No, mamy już kwiecień – a pod koniec tego właśnie pięknego wiosennego miesiąca czeka mnie jedno z bardziej abstrakcyjnych wydarzeń mojej kariery literackiej: premiera kolejnej książki…
Eposu dresiarsko-bandyckiego.
„Sztywny” (bo tak się ma to cudo nazywać) jest de facto bękartem. Mówię tu o książce, nie o jej eponimicznym protagoniście: ta książka jest moim bękartem. Dzieckiem absolutnie niechcianym, owocem pewnego brzemiennego w skutki tygodnia związanego z wyjazdem do Kaliningradu, potężnego fuckupu na linii zawodowej i równoległego pokłócenia się chyba ze wszystkimi bliskimi mi ludźmi, z jakimi pokłócić się mogłem. Ktoś inny po takim tygodniu by usiadł i zapłakał, albo będąc oficerem i człowiekiem honoru kulturalnie pierd***ął sobie w łeb. Ja natomiast napisałem książkę.
Książkę, która mi się przyśniła. Konkretnie przyśniła mi się jej ostatnia scena, pod którą i do której dopisałem całą resztę… Bez szczególnego zastanawiania się, bez myślenia o tym, co by tu i jak czytelnikowi przekazać, bez prób narysowania jakiegokolwiek większego przekazu. Bo tak. Bo, jak to ładnie i zgrabnie ujął mój kolega o wdzięcznej ksywie Schab, wielkie, kwadratowe bydlę o aparycji i uroku Shreka: „A c!uj”.
„Sztywny” opisuje jeden z ciekawszych pół-elementów rosyjskojęzycznego pół-światka, a mianowicie subkulturę (pod-kulturę w zasadzie) tak zwanych „gopników”. Po naszemu – drechów, ćwoków, cwaniaczków, drobnych rzezimieszków i bandytów. Prawdziwych szumowin tej ziemi, równie jak unoszące się na wodzie śmieci barwnych, różnorodnych i szybko przemijających.
Gopnicy mają długą i błyszczącą (bo nie świetlaną przecież) historię – sięgającą aż czasów pierwszego i drugiego Petersburksiego GOP, czyli odpowiednio Garadskowo Obszcziestwa Prizrienija (Miejskiego towarzystwa opieki) i Garadskowo Obszczieżytija Proletariata (a więc Miejskiej noclegowni proletariatu)… Końcówka XIX wieku, więc niedawno świętowali swoje stulecie. Prawdziwy GOP to zapewne dopiero ten drugi – złożony z ludzi, którzy nie mogli odnaleźć swego miejsca na wsi, dzieci z rozbitych rodzin albo w ogóle sierot i podrzutków, nawykłych do ciężkiej ręki ojca i od małego obeznanych z nożem, siekierą i flintą, którzy do wielkiego miasta zwyczajnie uciekali, mając już na sumieniu takie czy inne grzeszki. Z założenia odmienni – o prostych, ziemniaczanych twarzach i czerwonych, grubych dłoniach, posługujący się innym językiem, „wsiurscy” w najgorszym tego słowa pogardliwym znaczeniu – gopnicy błyskawicznie zbili się w jedną, twardą, szarą masę… Która następnie powoli, konsekwentnie, z iście wiejskim uporem zaczęła miażdżyć wszystko, co tylko uznała za zagrożenie. Zaczęło się od lokalnych rzezimieszków, którzy szybko albo nauczyli się, że chłopakom ze wsi nie wchodzi się w drogę, albo wyginęli poprzez selekcję naturalną. Potem pod nóż poszły lokalne gangi i bandy, potem komunistyczna milicja – i nawet ona była bezsilna wobec „wora w zakonie”, czyli złodzieja w majestacie prawa, chronionego przez szerokie plecy i pięści swych kolesiów. To właśnie z gopników wywodzą się powojenni „błatni” („twardziele”) o których pisze w swych niedawno wydanych „Demonach czasu pokoju” mój kolega z wydawnictwa, Adam Przechrzta – ludzie, którzy przeżywszy Wielką Wojną Ojczyźnianą nie bali się już nawet śmierci.
Gopnicy istnieją w utajeniu przez kolejne 50 lat, aby rozkwitnąć w pełnej krasie chwastów na polu we wczesnych latach .90 – gdy nagle okazało się, że pieniądze dosłownie leżą na ulicy, a biznes można zrobić z dnia na dzień na czymkolwiek. Pierwsi cinkciarze i przemytnicy z Zachodu, sprzedawcy pirackich kaset, zaczynający w budkach z zapiekankami, szemrani biznesmeni… To właśnie oni dali początek stereotypowi „Ruskiego” – wielkiego, nalanego cwaniaka ze złotym łańcuchem na szyi, oderwanego granatem od pługa ćwoka chlejącego hektolitrami piwo i obrażającego wszystkich i wszystko dookoła. Wydatnie pomogła w tym subkultura podmoskiewskich „Lubierców” – z początku drobnej grupy chuliganów, którzy jako jedni z pierwszych w stolicy odkryli uroki siłowni i sterydów. Potem do tego doszło aktywne promowanie tradycji (czytaj: walka z wchodzącym kapitalizmem) i wartości rodzinnych (czyli ultranacjonalizm), który odprowadził do powstania jedynej w swym rodzaju kultury nacjonalistów-dresiarzy. Zresztą, ich walki z klanami harleyowców doczekały się nawet ekranizacji – polecam początek filmu „Nazywam się Arlekino”, który wygląda jak trailer do Mad Maxa: półnadzy skinheadzi z rosyjskimi flagami piorący się w gigantycznej, epickiej ustawce na gołe pięści z rockersami na motocyklach…. I to rozpoczynające bitwę zawołanie: „Bij Coca-Colę!!!”
Bezcenne.
I to właśnie z tych jakże barwnych linii genealogicznych wiedzie swój ród nasz gopnik – rodzaj miejskiego drapieżnika stadnego, przyrównywalny nawet nie tyle do lwa czy wilka, ile raczej zwykłej hieny. Zresztą, wiemy sami dobrze (mieszkam przy blokach na Korczaka :) ) – po śmiechu najłatwiej ich rozpoznać…
A o samej anatomii, fizjonomii, wyglądzie i zachowaniu gopnika będzie następnym razem, czyli już niedługo.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Się przeczyta, się zobaczy :)))) Gratuluję talentu, każdy Pana tekst czyta się lekko i przyjemnie (nie wiem jak z tzw. aktem twórczym, czy równie lekko przychdzi - mam nadzieję że tak :) ).
Się przeczyta, się zobaczy :)))) Gratuluję talentu, każdy Pana tekst czyta się lekko i przyjemnie (nie wiem jak z tzw. aktem twórczym, czy równie lekko przychdzi - mam nadzieję że tak :) ).