Z księdzem Janem Radoniem, polskim misjonarzem od 11 lat pracującym na Ukrainie rozmawia Jolanta Śmielak- Sosnowska - Jak to się stało, że zawitał ksiądz w nasze strony? - W Sochaczewie byłem już w ubiegłym roku, w sąsiedniej parafii w Chodakowie. Dzięki uprzejmości księdza dziekana Jana Kaczmarczyka i przychylności proboszcza trojanowskiej parafii ks. prałata Antoniego Jaszczołta odprawiam rekolekcje w obu kościołach. - W jakim rejonie Ukrainy przebywa ksiądz obecnie? - W tej chwili w Zabłotowie i w Wośćcu. Według starych map to były dwie ostatnie parafie w Rzeczypospolitej, potem już była Rumunia. Jest to dawne Pokucie, a obecnie mówi się u nas Prikarpacie. - Od kilku tygodni cała Polska śledzi to, co dzieje się na Ukrainie. Proszę powiedzieć, jak to wygląda tam, na miejscu. - Ta rewolucja oranżowa zaskoczyła nie tylko świat, ale i wielu miejscowych. Bogu trzeba dziękować, że dotychczas odbywa się to bez ofiar i przelewu krwi. Jest wielka desperacja, ludzie czują się oszukani, a władza nie przewidziała takiego obrotu sprawy. Na Zachodniej Ukrainie jest bardzo silna konsolidacja ludzi. - Czy w małych miejscowościach, na wsiach również? - Na przykład Zobłotów, w którym obecnie pracuję, nie ma nawet 5 tys. ludzi, a wielu jego mieszkańców jeździ na mityngi do Kijowa. Wygląda to tak, że jadą młodzi, jadą starzy , zostawiają dzieci pod opieką sąsiadów. Potem wracają i wyjeżdżają następni. Jedni drugim pilnują domostw, pomagają. To jest niezwykła sprawa, to prawdziwe pospolite ruszenie , które bardzo pojednało ludzi między sobą. - To znaczy, że nawet prości ludzie, mimo tylu lat komunizacji, są za demokratycznymi zmianami? - Oni boją się, żeby to, co już wywalczono, nie zostało zaprzepaszczone. Kiedy wyjeżdżałem z Ukrainy zapadła już decyzja o powtórce drugiej tury wyborów, wiec ludzie trochę odetchnęli, ale nadal boją się represji, bo głośno mówiło się, że widać ruchy wojska, że ono jest przemieszczane i zapowiadało się to rzeczywiście groźnie. - Czy kościół katolicki w tej sytuacji podjął jakieś działania? - Kościół zachęca przede wszystkim do modlitwy. Zawsze o 15.00. odmawiamy koronkę do Bożego Miłosierdzia w intencji pokoju w ojczyźnie. Bardzo wielu mieszkańców przychodzi na tę modlitwę. Przychodzą ludzie, których widzę pierwszy raz w kościele. Na mszę za Ojczyznę przyszło do kościoła ok. 120 osób. To, jak na tamtejsze warunki, ogromna ilość. - A normalnie ile osób przychodzi do kościoła? - Od 12 do 60. - To dlatego na zakończenie rekolekcji w Trojanowie powiedział ojciec, że gdyby miał tyle ludzi u siebie, to były szczęśliwym księdzem. - Ukraina to teren prawdziwej ewangelizacji. Tam wykonujemy pracę duszpasterską od podstaw. - Wróćmy jeszcze na chwilę do sytuacji politycznej na Ukrainie. Interesuje mnie, jak do tej rewolucji podchodzą władze lokalne, np. odpowiednicy naszych wójtów czy burmistrzów? - Na Ukrainie Zachodniej władze od szczebla wojewódzkiego począwszy, na wsiach kończąc, uznały prezydenta Juszczenkę. Uczestniczą w mityngach, demonstrują oranżowy kolor - symbol rewolucji, nie przeszkadzają, a wręcz przeciwnie, popierają organizowane wiece, msze. - Podkreśla ksiądz podział Ukrainy na tzw. wschód i zachód. Zachodnia Ukraina, jak wiemy z telewizji i gazet opowiedziała się za opozycyjnym kandydatem Juszczenką. Gorzej jest na wschodzie. - Wschodnia Ukraina ma inne oblicze. Zresztą poszczególne regiony mają swoja specyfikę, jak choćby Zakarpacie, czy Krym. To jest wiele twarzy jednego państwa. Wschód Ukrainy to są głównie tereny rosyjskojęzyczne, żyją tam dobrzy ludzie, ale inaczej myślący. - My tutaj, w Polsce, oglądamy wiele relacji telewizyjnych, z których wynika, że wschód jest przeciwko Juszczence i całej rewolucji. Pamiętam taką wypowiedź górnika z Donbasu, który odgrażał się, że „oni mogą pojechać do Kijowa i zrobić tam porządek”. Przed kamerami popierali Janukowycza. - No właśnie, przed kamerami. U nas na Zachodniej Ukrainie wiemy dobrze, że wielu Ukraińców ze wschodu też popiera Juszczenkę, ale co mają mówić oficjalnie, skoro przez tyle lat nie wolno było wypowiedzieć własnego zdania. Ludzie się boją, bo wschód Ukrainy był zawsze pod silnym wpływem Rosji. Druga sprawa to taka, że ludzie są niedoinformowani. Dopiero kilka dni temu media państwowe opowiedziały się za rewolucją. Do tej pory mówiły to, co im kazano. Skąd w takim razie ludzie mieli znać prawdę. - Do tej pory niewiele mówiło się o tym, jak wygląda życie na Ukrainie. Jak by ksiądz określił stopień cywilizacyjny naszych sąsiadów. - Duże miasta, wiadomo, próbują doścignąć zagranicę. Na wsi natomiast bieda. Można powiedzieć, że tak jak w Polsce lat 60. Po likwidacji kołchozów zostały całe połacie ziemi, a nie ma jej czym uprawiać. Taki smutny widok na wiosnę to np. kobieta ciągnąca bronę. Zostały co prawda wielkie traktory, ale nie ma małego sprzętu rolniczego, którym można by uprawiać małe gospodarstwa. To jest wielki problem ukraińskiej wsi, bo ludzie są tam dobrzy i pracowici, ale trzeba im dać coś na początek. Żeby zaczęli. Potem to już sobie poradzą. Najtrudniej im zainwestować, bo nie mają z czego. - Ale mówi się też, że wielu młodych Ukraińców opuszcza swój kraj. - To prawda. To jest drugi bolesny problem. Młodzi, nie widząc przyszłości dla siebie, zapożyczają się i wyjeżdżają za granicę. Do Polski, na Zachód. Tam, albo im się uda, albo nie ,ale i tak rzadko wracają. Zostawiają rodziny, te popadają w coraz większą biedę, rodzice zostawiają dzieci, które wychowują babcie. Życie odbywa się wtedy na zasadzie sponsoringu, a rodzina popada w degradację. To jest też bolesny problem dla kościoła. Mówi się, że wyjeżdża około 500 Ukraińców tygodniowo. - To znaczy, że demokratyzacja, wygrana rewolucji byłaby szansą na rozwiązanie nie tylko problemów politycznych, ale i społecznych. - Na pewno nie od razu. Trzeba przecież wielu reform, innego spojrzenia rządzących. Ale byłaby to szansa, aby Ukrainę przestać nazywać mętną wodą. W takiej wodzie wiele można ukryć, robić różne ciemne interesy, a chyba niektórym nadal na tym zależy. - Chciałabym, aby ojciec powiedział nam jeszcze, jaka jest sytuacja kościoła na Ukrainie i żyjących tam Polaków. - W mojej parafii nie ma zbyt dużo rodowitych Polaków, więcej ich żyje w dalszych rejonach, choćby w Kołomyi czy Stanisławowskiem. Dlatego moja posługa odbywa się głównie wśród Ukraińców i Rosjan. Ale na tym polega powszechność kościoła rzymsko – katolickiego: głosić Chrystusa do wszystkich. Takich prawdziwych Polaków, którzy pozostali na Ukrainie po zmianie granic, zaraz po wojnie, jest coraz mniej. To są już starsi ludzie, a część z nich chodzi do cerkwi lub do kościoła greko - katolickiego. Największym zmartwieniem dla kościoła rzymsko- katolickiego jest to, że niektórzy Polacy, zwłaszcza młodzi, w ogóle nie wierzą, nie kultywują tradycji, nie potrafią się zjednoczyć. - Ale po jedenastu latach pracy misyjnej na pewno są już jakieś sukcesy. - W duszpasterstwie nie chodzi o spektakularne sukcesy, ale radość przynosi to, że kościół zaczyna się odradzać. Po 10 latach pierwszy chrzest, potem pierwszy ślub. Taki z wyboru, kiedy dwoje młodych ludzi postanawia świadomie wziąć ślub w wierze rzymsko- katolickiej. Wcześniej zdarzyło mi się udzielać ślubów, ale głównie osobom starszym, które chciały jakby potwierdzić przed Bogiem swój wieloletni związek. Chrzest dziecka tych dwojga młodych, o których wspomniałem, stał się wielkim religijnym przeżyciem dla całej parafii. Wierzę, że w ich ślady pójdą inni. - A jak jest z kościołami? - Zostały właściwie całkowicie zrujnowane. Ten, który obecnie remontuję, był przez 50 lat magazynem spożywczym. Ale z remontem czy budową można sobie poradzić. Są już na Ukrainie ludzie bogaci, którzy chcą nas wspierać i to nie- koniecznie katolicy. Otrzymujemy też pomoc z innych krajów. Dzięki Bogu i dobrym ludziom mamy już wstawione okna i otynkowany kościół, będzie więc cieplej. Dużo trudniej jest walczyć z mentalnością ludzką. Na dzień dzisiejszy na Ukrainie zarejestrowanych jest 198 sekt, które zbierają ogromne żniwo. Dopiero w takim miejscu właściwie rozumie się słowa papieża, że nasza posługa to zmaganie o dusze świata, ale w takim dobrym rozumieniu, szanując wolność, tradycje i wolę innych. - Mówi ojciec o Ukrainie i jej mieszkańcach z wielką miłością i zrozumieniem, tak jakby tam była księdza ojczyzna. - Ojczyzną misjonarza jest kraj, w którym służy. Jeśli nie pokocha i nie zrozumie ludzi, wśród których , niewiele zdziała. - Wyobraża sobie ksiądz pracę gdzie indziej, choćby w Polsce? - Jestem, mówiąc żargonem wojennym, tylko żołnierzem. O wyjeździe na front decydują moi przełożeni. Wierzę jednak, że to będzie Wschód. - Życzę więc tego serdecznie i dziękuję za rozmowę.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze