We wtorek, 29 maja, na targowisku w Kozłowie Biskupim zjawili się przedstawiciele stowarzyszenia Centaurus, zajmującego się między innymi ratowaniem maltretowanych koni przeznaczonych na rzeź. Przybyli tu dość przypadkowo wraz z ekipą TVP, która chciała nakręcić reportaż o handlu końmi. Okazało się to jednak bardzo szczęśliwe dla potwornie zaniedbanej i zmaltretowanej klaczy, która miała być sprzedana do rzeźni. - Obeszliśmy całe targowisko, Przypominało średniowieczny jarmark. Zgiełk, hałas, każdy gdzieś się spieszył - opowiada Ewa Mastyk z Centaurusa będąca wtedy na targowicy w Kozłowie Biskupim. - Ona stała spokojnie, bezsilna, bezradna, uwiązana do siatki ogrodzeniowej, na samym końcu, żeby nie rzucała się w oczy. Była „przytwierdzona” przerośniętymi kopytami do podłoża i nie mogła wykonać żadnego kroku. Chwiała się tylko na boki, unikając ludzkiego dotyku. Otarcia, obtłuczenia, krwawe ślady na głowie, nogach i kręgosłupie to zapewne pozostałość transportu, któremu nie podołała, bo silniejsze konie ją poturbowały. Wokół zbiegowisko. Jedni oburzeni, ponieważ tak zabiedzonego konia, jeszcze nie widzieli. Inni poklepują klacz po zadzie sprawdzając, czy jest w rzeźnej wadze. Może warto kupić? Co tam kopyta, po trapie na ciężarówkę jakoś się wciągnie. To przecież tylko towar, kawałek mięsa. Na widok telewizyjnych kamer właściciel gdzieś się rozpłynął. Pojawia się jednak pośrednik, który twierdzi, że konia spłacił. Zresztą klacz tej nocy, jak mówi, miała już kilku właścicieli. Ona zaś cicho rży, zwiesza głowę i zaczyna drżeć. Jest coraz bardziej otumaniona. Marzymy – mówi Ewa Mastyk – aby jak najszybciej zabrać ją z tego piekła. Rozpoczynają się negocjacje z pośrednikiem. Staje na 3,5 tys. zł. Dajemy 500 zł zaliczki, chwytamy sznur przy pysku, by nikt go już nam nie wyrwał. Jednak klacz podwija jedną tylną nogę pod brzuch, nie może na niej stać. Potem okazało się, że był tam potężny ropniak. Gdy na tej nodze się opierała, kwiczała z bólu. A mówi się, że konie cierpią w ciszy. Przy pomocy kliku rolników udało się w końcu załadować klacz na przyczepę. Wchodziła po trapie niezdarnie, jakby wstydząc się własnego wyglądu i kalectwa. Niezapominajka, bo tak ją nazwała Ewa Mastyk, trafiła do warszawskiej kliniki na Służewcu w bardzo ciężkim stanie. Ropa w kopycie, ochwat, czyli trudności z poruszaniem się, lekki paraliż tylnej części ciała. Przez lata, przywiązana łańcuchem do muru stajni, nie widziała świata. Tylko rodziła źrebaki. Aż się zużyła i nadeszła starość. Na targ jechała po śmierć, a dostała wyzwolenie. Po podleczeniu trafi zapewne do ośrodka Centaurusa pod Warszawą, gdzie przebywa już około 500 uratowanych koni. Więcej w najnowszym numerze. Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze