Z Januszem Piechną, Sochaczewianinem 2003 roku, rozmawia Tomasz Ertman - Jak przyjąłeś zwycięstwo w plebiscycie „Sochaczewianin Roku”? - Bardzo się z niego cieszę. Ogromnym zaszczytem jest to, że byłem po raz drugi do niego nominowany. Nawet w najskrytszych marzeniach nie sądziłem, że wygram w tak elitarnym gronie. Każdy z nominowanych zasłużył na ten tytuł, każdy ma na koncie znaczące osiągnięcia. - Komu zawdzięczasz to zwycięstwo? - Zawdzięczam je wszystkim swoim zawodniczkom i zawodnikom, którzy swoją konsekwentną i ciężką pracą osiągnęli już sukces sportowy. Godnie reprezentują Sochaczew, powiat oraz nasz kraj. - Czy zaszczytny tytuł zmieni coś w twoim życiu? - Nie! Nic się nie zmieni, gdyż od dawna mam wyznaczony cel, do którego dążę. Być może tytuł Sochaczewianina Roku pomoże mi zdobyć środki finansowe dla moich czołowych zawodników. Mam nadzieję, że władze samorządowe przychylniej spojrzą na moją sekcję. - Jakie są główne trudności, na jakie napotykasz w swojej pracy trenerskiej? - Jak już wspomniałem są to przede wszystkim kłopoty finansowe. Na szczęście, dzięki przychylności dyrektora MOSiR-u Piotra Osieckiego mam salę do treningów. - Dlaczego wybrałeś Sochaczew? Przecież jako trener mógłbyś pracować w silniejszym klubie. - To przypadek. Byłem zawodnikiem Stoczniowca Płock, a następnie Gwardii Warszawa. Następnie założyłem rodzinę i wspólnie z żoną wybraliśmy Sochaczew. Tęskniłem za sportem i w roku 1998 wraz z Krzysztofem Werłaty założyliśmy UKS „7”. Nadal nie zapominam o szkole podstawowej w Chodakowie, kontynuując współpracę z panią Teresą Lutyńską. Jako judoka godnie reeprezentowałem swoje kluby i jednym z moich marzeń, które się spełniło jest to, że moi zawodnicy czynią to samo. Są znani na tatami w Polsce i Europie. Jestem z nich dumny. Wszyscy trenerzy zazdroszczą mi takiej młodzieży. - Jak UKS „7” jest postrzegana w świecie judo? - Trenerzy dziwią się, że w tak spartańskich warunkach zdołaliśmy tak dużo zrobić. Wielokrotnie były rozmowy na temat przejścia moich zawodników do innych klubów. Byłem temu przychylny z uwagi na lepsze warunki treningu oraz możliwość otrzymywania stypendiów sportowych. Jednak moi zawodnicy inaczej na ten problem patrzą. Są przywiązani do naszego miasta i klubu. Na każdą propozycję otrzymywałem negatywną odpowiedź. Oni twierdzą, że tu się urodzili, chcą reprezentować Sochaczew i walczyć dla niego. Nie chcą innego trenera. Za ten patriotyzm cenię ich bardzo i podziwiam. - Powiedz, komu „oscarowym zwyczajem” chciałbyś podziękować? - Przede wszystkim bardzo dziękuję swojej żonie Marii oraz synowi Jarkowi, którzy z przychylnością patrzą na moje zajęcie. Rozumieją i pozwalają kontynuować moją pasję. Nie mogę zapomnieć o swoich przełożonych z WRD KSP Warszawa: inspektorze Jacku Zalewskim, komisarzu Tadeuszu Krupie oraz aspirancie sztabowym Jarosławie Gnatowskim. Dzięki nim mogę zajmować się swoimi judokami. Dziękuję także swoim zawodnikom i ich rodzicom, zwłaszcza Piotrowi Przybyłowskiemu – za wszelką pomoc. Dziękuję także wszystkim tym, którzy głosowali na moją osobę. - A ja dziękuję ci za tę rozmowę i życzę kolejnych sukcesów oraz spełnienia marzenia życia – wyjazdu na Igrzyska Olimpijskie. - Tym razem nie dziękuję, żeby nie zapeszyć.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze