Z Markiem Olechowskim, wójtem gminy Teresin, ale jednocześnie człowiekiem barwnym i w świecie bywałym, rozmawia Sławomir Burzyński.
- Pana gmina, jako jedyna z naszego powiatu, co jest dużym wyróżnieniem, znalazła się w pierwszej 100 gmin wiejskich w plebiscycie organizowanym przez czasopismo Rzeczpospolita. Zapewne jest to miłe dla wójta, który nią kieruje.
- Na pewno jest to splendor, który spada na gminę. I miło, gdy zapraszają na uroczystą galę do Warszawy. Ale naprawdę nie działamy po to, aby zdobywać wysokie miejsca w rankingach, to przychodzi niejako przy okazji.
- Rozumiem, że kapituła konkursu brała pod uwagę jakieś istotne dla życia i funkcjonowania gminy kryteria.
- Oczywiście, główne z nich to inwestycje i środki zdobywane z funduszy europejskich. Duże znaczenie miało więc zapewne wybudowanie pierwszego etapu drogi scalającej gminę, tzw. obwodnicy Teresina, przy dużym nakładzie środków zewnętrznych. Bylibyśmy jeszcze wyżej, może w pierwszej 50, gdybyśmy nie stracili wielu punktów w dziedzinie współpracy z organizacjami zagranicznymi. A to dlatego, że raczej nie organizujemy konkursów dla tych organizacji, bo sami, jako władze gminy, wspieramy różne instytucje, jak np. klub sportowy i inne. Niestety dla nas, współpraca z organizacjami pozarządowymi była w tym rankingu wysoko punktowana. Ale, jak powiedziałem, nie pracujemy pod ranking, tylko tak, aby sport w gminie sprawnie się rozwijał.
- Wcale mnie to nie dziwi, bo znane są pana sportowe zamiłowania. Przecież pański syn był jednym z lepszych polskich tenisistów grających w największych turniejach.
- Owszem, ale moje sportowe pasje są znacznie wcześniejsze. W tenisa grałem rekreacyjnie jeszcze przed studiami na AWF. Tam też kontynuowałem to zamiłowanie, ale uczelnię ukończyłem z tytułami trenerskimi tenisa ziemnego oraz łucznictwa.
- Wiemy już zatem, dlaczego w Teresinie tak dobrze stało zawsze łucznictwo.
- Wiele czasu poświęciłem tej dyscyplinie a moją wychowanką jest Katarzyna Kowalska, teraz Klata, która zdobyła brązowy medal w drużynie na Olimpiadzie w Atlancie. Jednak tuż przed tą olimpiadą musiałem zrezygnować z pracy z łuczniczkami, bowiem syn zaczął uzyskiwać coraz lepsze wyniki w tenisie. W związku z tym postanowiłem zająć się jego karierą. Nigdy jednak nie byłem jego trenerem, bo, choć jest takie powiedzenie: Obyś cudze dzieci uczył, to swoich też nie. Zwłaszcza z chłopakami to się na ogół nie udaje.
- Jednak wśród pań dość często ostatnio się zdarza, że tatusiowie mianują się trenerami córek. Chyba pan to potwierdzi jako osoba w świecie tenisowym z racji występów syna Piotra bywała.
- Owszem, na ogół jednak o tenisie mają ci panowie pojęcie dość blade, na dodatek bardzo kiepsko grają. Na przykład Piotr Woźniacki nie zagra dobrze piłki, bo nie potrafi! Żeby nie mówić o Williamsie, który paraduje z rakietą, choć grać zupełnie nie umie.
- Ale wróćmy do pana. Był pan i zapewne jest dobrym tenisistą.
- Na pewno dużo lepiej grałem kiedyś, gdy byłem o te kilka kilogramów młodszy. Wtedy 5-letni Piotrek obserwował moją grę i kiedyś poprosił, abym go pouczył, bo on też chciałby grać w tenisa. Powiedziałem wtedy: Jeśli sto razy odbijesz piłkę rakietą bez upuszczenia na ziemię, to pogadamy. Za jakiś czas przyszedł do mnie i mówi: Już umiem. I faktycznie, wziął rakietę i odbił ponad sto. I tak to się zaczęło. Pierwszym trenerem Piotra był niejaki Mariusz Deptuła z Pruszkowa. Piotrek jeździł do niego trzy, cztery i więcej razy w tygodniu. Potem był w kilku klubach oraz w szkole tenisowej w czeskiej Pradze. I tam mieszkał razem z Kubotem, poznał również dobrze Mariusza Firstenberga, a także siostry Radwańskie z różnych juniorskich turniejów. A zakończył swoje starty w Polsce srebrnym medalem Mistrzostw Polski Juniorów. Potem próbował grać zawodowo, nawet miał trochę punktów ATP, ale przyszła kontuzja, która przerwała jego karierę. Studia ukończył na uniwersytecie w Luizjanie w USA na kierunku finanse.
- Jak to się wiec stało, że, o ile wiem, jest pan stałym gościem na jednym z największych turniejów tenisowych US Open w Nowym Jorku, a także innych tenisowych turniejach?
- Z czasów, gdy Piotrek zdobywał juniorskie tytuły i medale, zostało wiele znajomości i przyjaźni, zarówno z graczami jak Kubot czy Firstenberg, siostry Radwańskie, czy ich opiekunami. Bywałem również zapraszany na wesela niektórych osób z tego środowiska. Właśnie dzięki nim do dziś mogę mieć w takim turnieju specjalną plakietkę dla gości i trenerów, pozwalającą na wstęp praktycznie za darmo na korty, ale także na zaplecze, gdzie zawodnicy przygotowują się do występu i odpoczywają. Korzystać z restauracji dla zawodników i ich otoczenia, a nawet gabinetów odnowy i innych atrakcji zupełnie bezpłatnie. Tam spotyka się najlepszych.
Pełen tekst w najnowszej "ZS"
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze