Reklama

Z wizytą w Aptece Dusz

Tygodnik Echo Powiatu
24/07/2003 00:00
Rozmowa z Ewą Bojarowską

- Dlaczego znalazła się pani w gronie osób nominowanych do tytułu "Człowieka Sukcesu 2002"?
- Szczerze mówiąc, nie wiem. Przecież mieszkam tu w zasadzie od niedawna, w Bibliotece w Rybnie pracuję dopiero od półtora roku... Zastanawiałam się nad tym, bo, przyznaję, spodziewałam się, że pani zada mi to pytanie. Może tym, którzy na mnie głosowali, spodobał się mój styl pracy, prowadzenia biblioteki tak troszeczkę inaczej...
- Czyli jak?
- Uważam, że biblioteka powinna być miejscem spotkania ludzi. Ludzi, którzy się znają, lubią, czasami nawet przyjaźnią. I przychodzą nie tylko wypożyczyć książki, ale też porozmawiać i o nich, i o sobie, o świecie, problemach codzienności. Uciekam wytrwale od wyobrażenia, że biblioteka to magazyn zakurzonych tomiszczy, gdzie wypisuje się w milczeniu rewers i podobnie bez słowa odchodzi. Jestem z natury bardzo otwarta i robię wszystko, by być kontaktowa. Udało się nam stworzyć taki klimat, że dzieci, szczególnie młodzież, przychodzi do biblioteki po prostu po to, żeby się spotkać, zapytać, jak żyją inni, co słychać.
- A dorośli, też przychodzą do pani pogadać?
- Tak, naprawdę tak jest. Mało tego. Już dziś mogę powiedzieć, że wiele spośród nawiązanych tu znajomości przerodziło się w zażyłość, a nawet przyjaźń. Mam nadzieję, że osoby, które mam na myśli, myślą podobnie.
- Ale na pewno musi być coś jeszcze, co przyciąga dzieciaki, młodzież?
- Tak, imprezy, zabawy, spotkania, które organizujemy. Dzieciaki uczestniczą w nich coraz aktywniej. Pewnie też z tego powodu bywamy uciążliwymi sąsiadami dla Urzędu Gminy [Biblioteka mieści się w tym samym budynku - przyp. red.]. W zeszłym roku na "Pytanka-zgadywanka" przychodziło po 100 dzieciaków, obsiadywały korytarz, schody, było oczywiście głośno i wesoło. Notabene, zabawa, o której mówię, okazała się niezwykle twórcza. Pomiędzy krzyżówkami i zagadkami przemycałyśmy pytania służące nie tylko rozpowszechnianiu wiedzy o bibliotece. Dzieci na przykład musiały sobie wyobrazić, że są wójtem gminy, maluchów pytałyśmy o Rybno ich marzeń. I oczywiście chciałyby mieć w pobliżu McDonalda i kryty basen, ale bywały też uwagi bardzo rozsądne i do zrealizowania, świadczące o dużej dojrzałości dzieci. Na przykład jedna z dziewczynek zasugerowała, żeby w ramach konkursu, w którym nagrodą byłaby wycieczka szkolna czy komputer, wszystkie klasy uczyniono odpowiedzialnymi za utrzymanie czystości w przydzielonym jej regionie gminy. Bardzo fajny pomysł.
- Czytelnicy się ożywili, ale czy również ich przybyło?
- Nie znoszę statystyk. Są zabójcze i nieadekwatne do rzeczywistości. Nie odzwierciedlają tej istotnej prawdy. Jeśli już muszę odpowiedzieć... tak, formalnie czytelników przybyło. Jednak dla mnie cel pracy i właściwa walka o jego realizację zaczyna się wtedy, gdy do biblioteki przychodzi człowiek tak trochę z nudów i tak bez celu. Nie wie, co chce czytać i czy w ogóle. I ja mu mówię: "Wie pan co? Pan nie trafił jeszcze na swoją książkę". Daję mu dwie pozycje i proszę, by, jeśli mu się nie będą podobały, natychmiast je odłożył i przyszedł po następne. Wówczas dam mu jeszcze dwie, i jeszcze, aż trafi na tę właściwą. I zacznie przychodzić w konkretnym celu, z potrzeby, a nie z nudów. To jest rzeczywistość. To jest ta prawda. To jest właściwy wymiar efektów mojej pracy. I każdy tak pozyskany czytelnik, mały i duży, jest moim sukcesem.
- Jak pani godzi rzeczywistość finansową gminnej biblioteki z potrzebą uzupełniania księgozbioru?
- Tak, to jest trudne, nie ukrywam. Ponieważ zmuszona jestem dokonywać selekcji tytułów do zakupienia, wprowadziliśmy możliwość zapisywania uwag czytelniczych. To nie jest oczywiście książka życzeń, ale bardzo sugeruję się potrzebami i opiniami czytelników. Jeżeli jakieś tytuły się powtarzają, są z jakiś powodów ważne - kupuję je... albo pożyczam. Bo wciąż korzystam z zamierającej już formy wypożyczeń międzybibliotecznych. Czasami też, żeby zdobyć jakąś pozycję dla mieszkańców Rybna, korzystam ze swojego prywatnego kąta w bibliotekach. A poza tym pisze listy z prośbą o egzemplarze redakcyjne do wielu wydawnictw.
- A o pieniądze również pani zabiega?
- Szukam wszelkich możliwości finansowego wsparcia. Jestem tu po to, by dać ludziom naprawdę wszystko, co mogę. I chcę im udowodnić, że jestem potrzebna. A będę potrzebna, kiedy mieszkańcy przekonają się, że mają po co do mnie przyjść, że jestem w stanie im pomóc i sprostać wymaganiom. Dążę do zmian. Biblioteka musi się dostosować do współczesnej rzeczywistości. Stać się miejscem upowszechniania, łatwego dostępu do każdej informacji, nawet dotyczącej rozkładu jazdy pociągów z Sochaczewa do Warszawy. Ale do tego potrzebne są narzędzia. Moim wielkim marzeniem i ambicją zawodową jest stworzenie w bibliotece internetowego punktu informacyjnego. Muszę zdobyć pieniądze na sztywne łącze i komputery. Dlaczego szesnastolatek, który nigdy w życiu nie widział Internetu, nie miałby się zetknąć z tak ważnym dzisiaj narzędziem pracy i nauki, jeśli istnieje taka szansa i odpowiednie do tego celu miejsce? Naprawdę niewiele trzeba. Bariery finansowe też można pokonać.
- Ja przepraszam, że tak bez związku, ma pani 28, a nie 38 lat, jak donosiła prasa?
- Nie, 38.
- Niemożliwe, w trakcie rozmowy z panią już się absolutnie upewniłam, że to musiała być pomyłka. Nie twierdzę, że 38 to dużo, ale wygląda pani, mówi, myśli, zachowuje się jak dwudziestoparolatka. Taka pełna energii, zapału.
- Ależ komplementy, dziękuję...
- Szczerze jestem zadziwiona. Ale wróćmy... Skąd się pani wzięła w Rybnie?
- W Rybnie, mówiąc w wielkim skrócie, wzięłam się z gazety, ale żeby wziąć się w Rybnie, musiałam się znaleźć w Sochaczewie. A tu prawie cztery lata temu przyjechałam za mężem, który pochodzi z Żdżarowa. Ja pochodzę z Grójca, gdzie najpierw pracowałam w bibliotece, a potem, po połączeniu jej z kinem, w Centrum Kultury Regionalnej. Oj, to było wyzwanie. Kiedy centrum powstało, nowo mianowany dyrektor zawołał mnie do siebie i orzekł, że albo decyduję się zostać kierowniczką impresariatu, albo nie ma dla mnie miejsca pracy. Kosztowało mnie to sporo odwagi, ale dzięki niej przeżyłam piękną przygodę - pracę w impresariacie artystycznym. Zaczynaliśmy od ambicji organizowania co miesiąc koncertu w Grójcu, potem imprezy były co dwa tygodnie, a na koniec jedna goniła drugą. Troszeczkę później animowałam niektóre środowiska Grójca, między innymi stworzyliśmy Stowarzyszenie Ziemi Plastyków Gójeckich, zaczynając od urządzania niezrzeszonym, niezorganizowanym malarzom wystaw. Podobnie stało się z Klubem Tańca Towarzyskiego "Takt", który wyłonił się z grupy prywatnie pobierających naukę tańca dzieci. My udostępniliśmy im salę, pomagaliśmy urządzać spotkania, zaczęło przybywać chętnych i koniec końców "Takt" zaczął żyć swoim życiem i odnosić sukcesy. Historię tę przerwała następna wielka przygoda - małżeństwo i macierzyństwo. A że mąż mieszkał tutaj, trzeba było coś wymyślić. Poszłam na wychowawczy i przyjechałam do Żdżarowa. Początkowo byłam pewna, że wrócę do pracy, ale wtedy musielibyśmy dojeżdżać do pracy oboje, ja do Grójca, mąż do Warszawy. A co z trzema synami? Więc zostałam. I z czasem udało mi się na zasadach konkursu zostać dyrektorem Biblioteki w Rybnie.
- A jaka jest Ewa Bojarowska prywatnie?
- Również taka, jak już się przedstawiłam, bo nie udaje mi się oddzielić życia prywatnego od zawodowego. Praca to moje życie, często niosę ją do domu. Tam rozmawiam o niej, myślę. Choć wiem, że powinnam stawiać tutaj grubszy mur, tylko ja tak wszystko przeżywam... Ale staram się jak mogę poświęcać wystarczająco dużo czasu rodzinie... mam nadzieję, że to potwierdzą.
- Co pani robi w domu? Co tam panią wciąga najsilniej?
- Obecnie go remontuję... wciąż odkrywam uroki gospodarzenia, urządzania się, pielęgnacji ogrodu. Wiem, że taka postawa należy ostatnio do bardzo popularnych, ale czy nie jest dobra i piękna? Dom to apteka dusz. Kiedy któregoś dnia popatrzyłam na swoją rodzinę, stwierdziłam, że tak, że ma szanse i powinna być apteką dusz. Jesteśmy tak silnym i energetycznym zespołem, że każdy może do nas wejść, wziąć takie lekarstwo, jakie mu jest potrzebne i iść dalej. A poza tym wspólnie z mężem uważamy, że dom to nie rzeczy tylko ludzie. I chcielibyśmy tego nauczyć nasze dzieci. Co robię w takim domu? Wychowuję synów i... jako kobieta mogę to powiedzieć, prawda? Dużo miejsca mojego praktycznego i emocjonalnego życia domowego zajmuje mój mąż. Trafiłam na wspaniałego faceta... Jest ciekawy, mądry, a przede wszystkim dobry. Ma pseudonim Niedźwiedź i doskonale to do niego pasuje. Idealnie zgodziliśmy się w tym, że w życiu najważniejsze jest to, co po sobie zostawimy - nie w sensie materialnym, ale duchowym (w formie uczuć, wspomnień), w tym wszystko to, co przekażemy swoim dzieciom. I jak je wychowamy. Może to zabrzmi górnolotnie, może nawet ludzie będą się z tego śmiali, ale chciałbym je wychować tak, żebym była z nich dumna i ja, i moja ojczyzna. Naprawdę. Żeby byli przydatni innym i żeby ta przydatność dawała im szczęście. Tak, to chyba miara dobrego, spełnionego życia, prawda? Tak sobie pomyślałam, patrząc na tę zieloną łąkę [dywan zieleni na wzgórzu zamkowym, u stóp którego siedziałyśmy - przyp. red.].
- Mam takie nieodparte wrażenie, że prowadzicie otwarty dom?
- Bardzo. Moja mama, a i Niedźwiedzia, aż się dziwią, że tylu i wciąż u nas gości. Ale przecież, gość w dom - Bóg w dom. A że mieszkamy przy trasie na Mazury, świetnie się do nas wstępuje "po drodze". I często się zdarza, że o 5.00 rano ktoś wpada na kawę, bo właśnie przejeżdżał, a u nas, traf chciał, wstaliśmy do dziecka, więc paliło się światło.
- I to jest chciana wizyta?
- Oczywiście, nasi znajomi wiedzą, że mogą nas odwiedzać bez uprzedzenia i że sprawi nam to radość. Może wciąż jeszcze nasz dom nie jest dość dobrze zorganizowany, powiedzmy, materialnie, ale to przecież nie jest potrzebne do bycia z drugim człowiekiem.
- Zdaje się, że macie dużo zwierząt, dwa psy i kota, tak?
- Nieee, miła pani, cztery psy i dwa koty. Z każdym wiąże się jakaś specjalna historia. Taką autentyczną znajdą z tego grona jest Depsa. Została wyrzucona na zakręcie z białego busa. Widziałam to na własne oczy. Myślałam, to bezczelność, worek śmieci w biały dzień przy ludziach wyrzucić. Ale patrzę, worek się podnosi i biegnie. Biedna. Cały tydzień snuła się wzdłuż drogi, wypatrując swoich "kochanych" właścicieli. Oczywiście poiłam ją wtedy i karmiłam, rozsądnie jednak myśląc, nie, więcej psów już mieć nie możemy. Aż tu któregoś dnia gotuję obiad i słyszę: "To jest nasz dom, tu jest łazienka, tu kibelek, tam kuchnia, ale tam na razie nie wchodź...". Wybiegłam i zobaczyłam ją, taką wielką z moimi małymi chłopcami. "To obcy pies, może was ugryźć", zawołałam. "Ależ nie, mamo, to nie obcy pies, to Depsa". I tak przybyła nam Depsa.
- Czy jest Pani szczęśliwa?
- Bardzo. Realizuję się i jako człowiek, i jako kobieta. Spotkałam wspaniałego mężczyznę, dzięki Bogu mamy kochane, zdrowe dzieci, żyję w otoczeniu ciekawych, mądrych ludzi.
- I nie ucieknie Pani któregoś dnia do Grójca?
- Nie, tu już jest taka moja mała ojczyzna.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama