62 lata temu, dwa tygodnie po wybuchu wojny, niemalże połowa Polski była zajęta już przez wojska niemieckie. Wycofujące się w nieustannych walkach armie polskie, często wyprzedzane przez szybkie wojska niemieckie, musiały nierzadko forsować siłą swój odwrót. Konsekwencją takiej właśnie sytuacji była największa bitwa polskiego września - Bitwa Nad Bzurą. Kluczowe jej dni i godziny przebiegały w trzech miastach: najpierw w Łęczycy, następnie w Łowiczu, na koniec u nas, w Sochaczewie. Nasze miasto stało się zwornikowym elementem bitwy gdy straciła ona impet i dowództwu polskiemu pozostało wycofanie wojsk do walczącej Warszawy przez Puszczę Kampinoską (chroniącą przed bronią pancerną i jako tako lotnictwem). 13 września, wkroczył do miasta i zajął pozycje obronne 2 batalion 18 pułku piechoty pod dowództwem mjr Feliksa Kozubowskiego. Jego trzy kompanie zajęły pozycje w okolicach stacji PKP; tereny w pobliżu dzisiejszego cmentarza wojskowego na Trojanowie i wylot szosy na Błonie; na rynku oraz wylocie szosy na Bolimów. Wspierająca artyleria - II dywizjon 26 Pułku Artylerii Lekkiej, rozlokował swoje baterie wzdłuż obecnej asfaltowej drogi biegnącej od mostu na Kuznocin. Niemcy, nieco zaskoczeni tak szybkim i sprawnym zajęciem Sochaczewa, już koło południa przystąpili do natarcia (nieprzyjaciel atakował od strony Warszawy). Polacy prowadzili wyrównaną walkę, jednak gdy do akcji wkroczyła 4 Dywizja Pancerna (wyposażona min. w rzadko spotykane wówczas na innych polach bitwy czołgi PzKfw-III i PzKfw-IV o potężnej sile ognia), batalion zaczął ponosił znaczące straty. Atakowany do późnych godzin wieczornych, również przez doborowe jednostki SS i liczną artylerię, z trudem odpierał ataki wroga, Sochaczew zaś przemieniał się systematycznie w kupę gruzu. Najcięższe walki toczyły się u wylotów dróg na Błonie i Żyrardów. Tam swoje żniwo zbierały polskie działka przeciwpancerne, które spaliły wiele niemieckich wozów. To jednak nie zmieniało tragicznej sytuacji batalionu i jego dowódca, w nocy z 13 na 14 września, podjął decyzję o odwrocie na zachodni brzeg Bzury. Gdy wyczerpane kompanie maszerowały już nad ranem do folwarku Kąty, majora Kozubowskiego napotkał jego zwierzchnik, dowódca piechoty dywizyjnej, płk Parafiński i rozkazał zawrócić i ponownie odbić miasto. Ten manewr kosztował polski batalion bardzo wiele. W biały dzień, atak na wysoką skarpę miasta, gdzie zajął pozycję wielokrotnie silniejszy i liczniejszy nieprzyjaciel, nie mógł się powieść kilkustet wyczerpanym żołnierzom.
A jednak, niemieccy "komandosi" z doborowego pułku SS Leibstandarte "Adolf Hitler" musieli uznać wyższość wroga. Po odbiciu miasta, straty po stronie polskiej wzrosły jednak do olbrzymich już rozmiarów. W niektórych oddziałach stanowiły połowę stanu wyjściowego. Pomoc nie nadchodziła, co gorsza, od tego dnia piechota została pozbawiona wsparcia artyleryjskiego, pozostawiono jej jedynie jedną baterię artylerii (kilka armat), która aż do końca wspierała ich bój o Sochaczew. Niemcy nieustannie atakowali, zmuszali obrońców do cofania się w zgliszcza płonącego miasta, ci kontratakowali, zdobywali kolejne godziny, jakże ważne dla całej armii, której oddziały dzięki obronie miasta, mogły wycofywać się w kierunku puszczy. Napór niemieckich czołgów, nieustanny ogień artrylerii, skupiony na tak małym obszarze, czynił jednak tak straszne spustoszenie w oddziałach polskich, że major Kozubowski znów musiał podjąć decyzję odwrotu. Tym razem polscy żołnierze wycofywali się, niemalże z wrogiem na karku. Nie składali broni, odstrzeliwali się atakującym Niemcom, ginęli w gruzach miasta. Kierującego odwrotem dowódcę, mjr Kozubowskiego, niemieckie kule dosięgły na zniszczonym moście pontonowym w pobliżu zgliszcz stałej przeprawy; wraz z nim zginęło kilku usiłujących ratować go żołnierzy. Zachodni brzeg Bzury zdołało osiągnąć kilkudziesięciu piechurów. Liczący ponad pół tysiąca żołnierzy batalion, przestał istnieć. Walka się jednak nie skończyła. Mimo zajęcia miasta, Niemcy nie potrafili się przeprawić na drugi brzeg Bzury, bowiem odgryzała im się wspomniana wcześniej bateria artylerii. Te kilka dział jeszcze do późnych godzin popołudniowych 16 września, kombinowanym ogniem artyleryjskim, uniemożliwiały Niemcom sforsowanie Bzury. Dziś po tych tragicznych wydarzeniach, (poza pamiątkami w muzeum oczywiście), niewiele zostało. Dziury w murach zamkowych po pociskach (być może zostały też jeszcze takowe na zachodniej elewacji budynku PKO BP), gdzieniegdzie jeszcze walające się na torze motocrossowym wypalone łuski, leje po granatach w lesie czerwonkowskim. Została też na szczęście pamięć. Groby obrońców Sochaczewa na cmentarzu parafialnym są jako tako utrzymywane i pielęgnowane. Totalna głupota i bezsens zjawiska jakim jest wojna, które każą nam potępiać to zjawisko, nie powinny nam jednak tej pamięci wyplenić. Oni wyboru nie mieli. Musieli walczyć. Jedni chcieli, inni nie. My, w pewnym sensie dzięki nim, wybór teraz mamy - mimo więc, że nie musimy - zapalmy 15 września, w 62 rocznicę śmierci batalionu, małą świeczkę na grobie jej dowódcy.Luke luke@e-sochaczew.pl
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze