„Weselcie się, radujcie…, czyli obrzędowość wielkanocna w Łowickiem”
Urząd Miasta w Sochaczewie
23/03/2005 09:08
W Muzeum Ziemi Sochaczewskiej otwarto nową wystawę, tym razem poświęconą tradycjom wielkanocnym. Jej tytuł to „Weselcie się, radujcie…, czyli obrzędowość wielkanocna w Łowickiem”. Obejrzeć można na niej eksponaty wypożyczone z muzeum w Łowiczu. Odwiedzający muzeum zobaczą okolicznościowe wycinanki, pisanki, stroje ludowe, wydmuszki zdobione papierem, palmy itp. Do obejrzenia wystawy szczególnie zachęcamy dzieci.
PALMOWA NIEDZIELA
Zwyczaje z tym dniem związane rozpoczynały obrzędowość wielkanocną. W kościele święcono palmy (gałązki wierzby) ozdobione zielenią, kwiatami i wstążeczkami. W interpretacji Kościoła palmy święci się na pamiątkę wjazdu Jezusa do Jerozolimy, któremu pod nogi ścielono palmowe liście. W wierzeniach ludu święcenie palmy wiąże się z różnymi zabiegami magicznymi. Poświęcona palma miała cudowne właściwości – chroniła przed chorobami, nieszczęściami i zapewniała urodzaj w polu. Zjedzone „kotki” palmy dawały zdrowie, chroniąc od bólu gardło, głowę, brzuch. Przed bólem głowy zabezpieczało nie tylko zjedzenie „kotka”, ale i trzykrotne uderzenie palmą po głowie. Kilkakrotne uderzenie palma leczyło dzieci nerwowe, które płaczą „zanosiły się”. Wierzono też, że poświecona palma chroni od pożaru i od uderzenia pioruna. W tym celu gałązki jej wkładano w poszycie dachów, a w czasie burzy stawiano w oknie obok zapalonej gromnicy. Oprócz tego zasuszone gałązki Kładziono w stodole pod pierwszy przywieziony z pola snopek w czasie żniw. Miały one chronić zboże od myszy i innych szkodników. Umarłemu wkładano do trumny gałązkę palmy „aby dłużej leżał w grobie niezmieniony”. Używano tez palmy, razem z wiankami poświeconymi w oktawę Bożego Ciała i zielem poświęconym w święto Matki Boskiej Zielnej, do okadzania bydła w dniu świętego Rocha (16 sierpnia). Przy obchodzeniu granicy pól z chorągwią w drugi dzień świąt Wielkanocnych gałązki palmy były zakopywane na kopcach granicznych, gdyż jako poświęcone miały zapewnić lepszy urodzaj.
WIELKI PIĄTEK
W wielki piątek, podobnie jak w wigilię Bożego narodzenia, we wsi Lipnice, Kiernozia, Gaj, Bąków Górny, Gągolin, Wygoda był zwyczaj mycia się o świcie w rzece. Idąc do rzeki należało nie oglądać się i zachować milczenie. Takie mycie zapewniało zdrowie i urodę, na twarzy ginęły „krosty”, przestawały boleć oczy. Według relacji Marii Skomiał, praktykowano to we wszystkich tych wsiach gdzie była woda bieżąca.
WIELKA SOBOTA
W dniu tym w kościele poświęcano wodę, ogień, ciernie i pokarmy. Przyniesioną do domu wodą święcono dom, obejście gospodarskie i wodę w studni – miało to chronić przed nieszczęściem i sprowadzić na dom błogosławieństwo. W Chruślinie najbliżej kadzi z wodą starali się stanąć hodowcy pszczół, którzy pierwsi chcieli nabrać wody po jej poświęceniu. Wierzono bowiem, że ten kto pierwszy nabierze wody, temu będą „się szykowały” pszczoły. Oprócz wody, jak juz wyżej było powiedziane, święcono tez ogień i ciernie głogu (według interpretacji Kościoła na pamiątkę korony cierniowej Chrystusa). Niedopalone ciernie (mokre gałęzie nie chciały się palić) zabierano do domu robiono z nich małą koronkę. Umieszczano ją na krzyżu stojącym na stole lub na obrazie nad stołem, albo na gwoździu przed domem. Pojedyncze ciernia wkładano też w poszycie dachów. Miały one chronić przed nieszczęściem, a głównie przed pożarem. Święcenie pokarmów odbywało się w Kościele, a jeżeli we wsi nie było kościoła – w prywatnych domach. Jeszcze w okresie miedzy wojennym przynoszono do święcenia to wszystko co przygotowano święta do jedzenia: szynkę, kiełbasę, ciasto, masło, ser, chrzan oraz jajka, które wśród pokarmów były najważniejsze. Barwiono je kolorową bibułą, najczęściej na jeden kolor. Bibułę maczano w wodzie i barwiono nią powierzchnię jajka. W zależności od koloru bibuły jajka były różowe, czerwone, niebieskie, żółte itd. W Lipnicach malowano jajka białą bibułą w kółeczka, kreseczki, małe kwiateczki. W Wiskienicy Górnej malowano je w kropki, w Dąbkowicach Górnych – w paski różnokolorowe, a w Złakowie Borowym – w paski, w kratkę lub drobne listeczki. We wsi Wygoda jajka farbowano za pomocą bazi topoli zagotowanych w wodzie, dawały one kolor pomarańczowy. Czasem zamiast bibuły używano do malowania papieru kolorowego glansowanego. Jajkami – malowankami czy kraszankami obdarowywano dzieci, przychodzące do chrzestnych po dyngus. Otrzymywali także te jajka chłopcy chodzący z kogutkiem i dziewczęta obnoszące zielony gaik.
WIELKANOC
Pierwszy dzień świąt Wielkanocnych, podobnie jak pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, uważany był za wielkie święto, które należało spędzać w gronie rodzinnym. Rano o godzinie szóstej trzeba było być w kościele na nabożeństwie, zwanym rezurekcją. W drodze powrotnej do domu urządzano wyścigi wozami, brykami, bryczkami i wolantami oraz wyścigi piesze. Ten kto pierwszy przybył do domu znaczyło, że pierwszy w tym roku wykona wszystkie prace polne, a przede wszystkim pierwszy sprzątnie zboże z pola i „przez cały rok będzie chybki” – prędki w pracy. Po powrocie z kościoła do domu spożywano uroczyste śniadanie, składające się z pokarmów poświęconych w Wielką Sobotę. Rozpoczynano od dzielenia się jajkiem i składania sobie wzajemnych życzeń wszystkiego najlepszego i „abyśmy wszyscy szczęśliwie doczekali drugiej Wielkanocy”. Skorupki z jajek trzeba było spalić, nie wolno ich było wyrzucać, bo były poświęcone. W ciągu dnia nie należało odpoczywać leżąc, „bo jak gospodarze będą leżeć to i len będzie leżał i da marne włókno”. W Kompinie uważano, ze nie tylko len się wyłoży, ale wszystko zboże wylegnie. W Błędowie znów twierdzono, że jeżeli gospodarz będzie w ten dzień spać, to przez cały rok będzie śpiący i powolny w pracy, a gospodarstwie nie będzie mu się dobrze wiodło.
DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT WIELKANOCNYCH
Zwano ten dzień dyngusem albo lanym poniedziałkiem. Po spokojnym rodzinnym nastroju pierwszego dnia świąt spędzanego w domu, drugi dzień świąteczny był bardzo wesoły, związany z różnymi zwyczajami. Wyraz „dyngus” występował w podwójnym znaczeniu – dyngus jako podarunek i dyngus jako oblewanie wodą. Od wczesnego ranka rozpoczynało się oblewanie woda. Dorośli chłopcy przygotowywali sobie w tym celu ręczne sikawki, którymi znienacka oblewali przechodzące ulicą dziewczyny. Pannę, którą udało im się schwytać prowadzili przed studnię lub do rzeki czy stawu i „zlali do suchej nitki”. Dziewczęta, które miały największe powodzenie musiały się kilka razy przebierać. Te natomiast, które nie zostały porządnie zlane, czuły się dotknięte, „że je chłopcy za nic mają” – bowiem oznaczało to brak powodzenia. W okresie międzywojennym ustalił się nowy zwyczaj we wsiach – Bąków Górny, Gaj, Wiskienica Górna, Niedźwiada, Zduny, Krepa, Urzecze, Chruślin, Sobota, wprowadzony przez Ochotniczą Straż Pożarną. Strażacy od wczesnego ranka jeździli z sikawką i zatrzymując się przed każdym domem, oblewali go wodą. Otrzymywali za to od gospodarzy jako dyngus jajka lub pieniądze. We wsi Gaj Marianna Sut ułożyła dla strażaków piosenkę na melodię „Wesoły nam dziś dzień nastał”, którą śpiewali, oblewając domy wodą. Zebrane w ten sposób pieniądze strażacy przeznaczyli na potrzeby swej organizacji, np. kupno sikawki, drabiny czy budowę remizy. Po dyngusie chodziły tez dzieci do rodziców chrzestnych, dziadków, Stryjków, wujków. Oblewały ich wodą, otrzymując za to jajka – malowanki. Pod koniec okresu Międzywojennego zaczęto dzieciom jako dyngus dawać pieniądze. Zwyczaj oblewania wodą wywodzi się z bardzo dawnych praktyk magicznych, mających sprowadzić deszcz na uprawianie rośliny, w naszym wieku na plan pierwszy wysuwają się momenty matrymonialne i składanie życzeń pomyślności. Po dyngusie, w lany poniedziałek, chodzili również z kogutkiem chłopcy w wieku od 10 do 14 lat. Było ich najczęściej trzech. Kogut z którym, chodzili najstarsi informatorzy autorki, wykonany był z drewna, ale w okresie młodości ich dziadków i rodziców, chłopcy chodzili po dyngusie z żywym kogutem. Miało to miejsce na przełomie XIX i XX wieku. Kogut drewniany miał na powierzchni dużo otworów, w które wklejano pióra prawdziwego koguta. Dlatego niektóre gospodynie na parę dni przed dyngusem zamykały koguty w kurniku, ażeby chłopcy nie powyrywali im piór. Czasem sztucznego koguta oblepiano ciastem i w nie wtykano pióra. Kogut wyglądał jak prawdziwy. Umieszczony był na wózku o dwóch kółkach, a obok niego stały cztery lalki ubrane po Łowicku. Chłopcy po wejściu do izby wprawiali w ruch kogutka i rozpoczynali śpiewać albo skandować odpowiednie teksty. Chłopcy obnoszący kogutka, pochodzili najczęściej z biedniejszych rodzin, uzupełniając w ten sposób budżet rodzinny, bowiem zebrany dyngus dzielili między siebie. Chłopcy z Łowicza, pochodzący z tych samych środowisk co kolędnicy docierali z kogutkiem do okolicznych wsi, odległych nawet o przeszło 15 kilometrów. Za otrzymany dyngus dziękowali.
GAIK
W poniedziałek wielkanocny chodzili chłopcy z kogutkiem, natomiast dziewczęta – z gaikiem. Była to mała choinka ubrana wstążeczkami z bibuły i laleczkami, z umieszczoną na wierzchołku jedną większą laleczką. Z gaikiem chodziły dwie lub trzy dziewczynki w wieku od 10 lat wzwyż. Do domów raczej nie wchodziły, tylko stawały za oknami albo w progu domu i obracając gaikiem i śpiewały. Krajobraz polskich wsi i miast wypełnia się w Wielką Sobotę wiernymi, śpieszącymi do świątyń z pięknie przybranymi koszykami, w których znajdują się próbki tego wszystkiego, co w następnym dniu znajdzie się na świątecznym stole. Kapłan w imię Boże błogosławi dary ziemi, które mamy dzięki Bożej Opatrzności: chleb,sól, jajka, mięso – a ponad tym wszystkim jest baranek wielkanocny. Wielkanoc bowiem to święto Paschy, niezwykle doniosła pamiątka Zmartwychwstania Jezusa. Zwyczaj święcenia pokarmów i napojów znany był na zachodzie w VIII w. Prawo do święcenia mieli początkowo tylko biskupi, dopiero z biegiem czasu prawo to przeszło na kapłanów, diakonów i lektorów. Gdy w innych krajach zwyczaj ten już dawno zaniknął, w Polsce wszedł głęboko w obyczaj wielkosobotni i w obecnej formie ukształtował się w XIV w. Trudno nam sobie wyobrazić, jak dawniej przysposabiano się na Wielkanoc. Im więcej było modlitwy i postów, tym więcej natura ludzka była spragniona zadośćuczynienia w zabawie i pożywieniu. Gospodynie, które przez cały Wielki Tydzień obok modlitw w kościele musiały znaleźć czas również na przygotowanie święconego dla domowników, stawały u kresu swych sił. A upiec i przygotować trzeba było bardzo dużo. Każdy większy lub mniejszy dom, każdy dwór staropolski był jakby małym państewkiem. Oprócz rodziny gromadziły się zastępy bezdomnych, czeladzi i starych sług. Wszyscy oni też zasiadali do wspólnego stołu lub dostawali osobne święcone. Musiało też wystarczyć dla niespodziewanych gości, dla wszystkich samotnych krewnych we wsi i okolicy. Dostawał zawsze coś z niego proboszcz i organista, i ci którzy przychodzili z życzeniami świątecznymi. Wszystko musiało być więc smaczne, udane i wszystko musiało być w bród, bo tego wymagał honor gospodarza i staropolska gościnność. W kuchni, przy kominie, przez cały Wielki Tydzień rwetes trwał nie do opisania. Gdy w Wielką Sobotę ksiądz przyjeżdżał do poświęcenia, uginające się pod ciężarem zastaw, przystrojone barwinkiem stoły były już gotowe. Do zastawiania święconego wybierano największy w domu stół, który ustawiano pod ścianą w wybranej na ten cel sali czy pokoju i nakrywano go lnianym, białym obrusem. Na stole królował zawsze baranek, wyrabiany przez domowych artystów, często z masła, z oczami z pieprzu lub też wypieczony z ciasta. Był również zielony porosły rzeżuchą krzyż, dzieło miejscowego ogrodnika. Wkoło stały ciasta, zimne mięsiwa, napoje- a wszystko przystrojone zielonym bukszpanem i barwinkiem. Stawiano tez kiełbasę, chleb, chrzan, sól- jako najistotniejsze wśród potraw. Gdy wysłani na skraj wsi chłopcy dali znać do dworu, że ksiądz jedzie – natychmiast zawiadamiano wieś przez dzwonienie z dworskiej wieżyczki, a na to hasło wychodziły z domów strojnie ubrane gospodynie, bo to one przede wszystkim dawniej udawały się ze święconym. Wykładały wszystko na rozłożone wełniane chusty, mając przy okazji możność pogwarzenia ze sobą, pochwalenia się swymi wypiekami. W kobiałkach czy na glinianych misach jaśniały placki, kolorami tęczy grały pisanki, złocistym blaskiem błyszczały zwoje kiełbas. Czeladź dworska wnosiła ceber wody studziennej, którą ksiądz poświęcał przyniesione dary Boże.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze