Czy Wy również czasami tak macie w życiu że prześladuje Was pytanie – „kiedy, jak nie teraz ??”
Tak też było w moim przypadku.
Na początku tego roku postanowiłem zadebiutować w triathlonie, i każdą chwilę wolną od pracy poświecałem mniej lub bardziej intensywnym treningom. Jak się niebawem okazało niektóre treningi stały się aż nazbyt intensywne i moje przygotowania do pierwszego triathlonu w życiu, zostały przerwane kontuzją kolana, Od tej pory moje „wolne chwile“ byłem zmuszony przezaczać na wizyty u ortopedów, fizjoterapeutów, i na rehabilitacje. I w ten oto sposób na dwa miesiace zostałem wyłaczony z treningów biegowych, skupiając sie na przepychaniu ramionami wody w basenie i na wypadach rowerowych. Data startu zbliżała sie nieublaganie, a moje bieganie, a raczej uzyskiwane czasy pozostawiały wiele do życzenia. Zawody miały status Mistrzostw Polski i limity czasowe przedstawiały sie następująco- na pływanie 1,9 km - 1 godzina ; rower 90 km - 4 godz; bieg 21.1 km-2,5godz. Moim zalożeniem było zmieścić sie w limicie całego dystansu i na miesiąc przed startem skupiłem się na poprawianiu siły biegowej. W przeddzień zawodów jeszcze ostatnie ustawienia przy starym rowerze (dzięki Marek), oraz uzyskanie zaswiadczenia od lekarza sportowego o możliwosci udziału w zawodach wytrzymałościowych. Wyjazd z Sochaczewa o godz. 23.00. Dojeżdzając do Susza od strony Ilawy prowadzi droga i ze wzniesienia, widac Jezioro Suskie w całej okazałości, przyjazd o godz. 2.00 szybkie spanie na tylnym siedzeniu na parkingu przy jeziorze, o godz. 7.00 budzą mnie bluesowe rytmy Dżemu - Whiskey moja żono dobiegające ze sceny. (Znamienne) Pozostało tylko wciągnac lekkie śniadanie, odebrać pakiet startowy z chipem i czepkiem oraz do godz 10.00 wstawić rower do boksu. W trakcie gdy sędzia sprawdza pojazd wolontariuszki piszą nr startowy na ramieniu. Wszystko odbywa się dosyć sprawnie, choć daje się zauważyc poddenerwowanie niedoświadczonych zawodników. O 10.30 spiker prowadzący zawody daje znak że można rozpocząć rozgrzewkę w wodzie. Po raz pierwszy w Suszu z uwagi na ilość zawodników start odbył się z wody. Start godz. 11.00, ustawiam się z tylu stawki gdyż zamierzam płynąć spokojnie, ale zmieścić się w limicie. Nie chciałem też płynąć w tłumie żeby nie przeszkadzać innym. Z biegiem czasu robiło się coraz luźniej, zacząłem łapać rytm. Gdy po 24min byłem na połmetku, mijając boje, dało się słyszeć wiwatujących kibiców na plaży i na pomoście, z wody jako pierwszy wychodził jeden z naszych najlepszych triathlonistów Grzegorzek (niestety na etapie rowerowym z powodu awarii musiał ukończyć rywalizację). Jeżeli utrzymam tempo, zmieszczę się w limicie. Plaża coraz bliżej, zawodnicy płynacy obok płyna coraz szybciej, pszyspieszam i ja, dam radę, głebokie wdechy co trzeci ruch ramion. Gdy dosięgam rękoma gruntu przy brzegu wstaje i staram się biec do strefy zmian.
Pierwsza niespodzianka, nie mogę biec, nogi jak z waty, ktoś obok się przewraca na piach kibice pomagają wstać. Docieram jakoś do mojego boksu, wszystko dookoła wygląda zgoła odmiennie niż godzinę temu, określiłbym to jako lekki nieporządek. Ale to nic, skupiam się na sciągnięciu pianki, potem szybko spodenki kolarskie skarpetki, buty (trwa to zdecydowanie za długo, zawodowcom wystarcza na to 1,5minuty), jeszcze rzecz najważniejsza nie wolno dotknąć roweru, gdy nie ma sie zapiętego kasku, grozi to dyskwalifikacją. Mam juz kask i rower ale oczywiście musiałem o czymś zapomnieć, okulary przeciwko owadom latającym zostały w samochodzie. To nic będę starał się robić uniki. Dobiegam z rowerem do linii kończącej strefę zmian, dopiero za nią można dosiąść pojazdu. Po 100 metrach pierwszy punkt żywnościowy, pobieram wodę i trzy połówki banana, które wciskam do kieszeni koszulki. Przede mną 3 pętle po 30km, zakładam pokonać tą część na maximum swoich i mojego roweru możliwości, po to by jak najwięcej czasu pozostało mi na najtrudniejszą część triathlonu. Wyjazd z miasta po drodze wyłożonej kostką w kierunku Iławy, każdy zawodnik mocno oklaskiwany przez kibiców, wieje silny zachodni wiatr, na razie pomaga, ale po nawrocie, oprócz lekkich podjazdów wiatr tez da się we znaki.
Mijam zawodników, którzy po nawrocie kończą pierwszą pętlę. Widzę coś co nie powinno mieć miejsca, regulamin zabraniał driftingu, czyli bliskiej jazdy zawodników jeden za drugim. Tu tworzą sie kilkuosobowe grupy, i mimo ze sędziowie na motocyklach jeździli, nikt nie został zdyskwalifikowany. Do sześćdziesiątego kilometra jedzie mi się dobrze, nie omijam punktów żywieniowych, nie czekam aż będę głodny, tylko jem i pije regularnie. Przejeżdżając przez pobliskie wioski wśród kibiców są chłopcy którzy skandują “rzuć bidon rzuć bidon!”Po opróżnieniu bidonu, ciskam nim w grupę chłopców, uszczęśliwiając tym jednego z nich. Na ostatniej pętli zaczynam odczuwać zmęczenie i lekki ból kolan, temp. powietrza ok18st C jest sprzymierzeńcem, i nadal staram się dać z siebie wszystko. Kończąc trzecią pętlę dojeżdżam do miasta, jeszcze tylko ostatni podjazd na tej wybijającej z rytmu kostce, doping kibiców, wolontariusze gwizdkami ostrzegają o zbliżającym sie zawodniku, dojeżdżam do strefy zmian. Przed linia trzeba zejść z roweru, dalej biegnę, zawieszam rower, zdejmuje kask (kolejność nie przypadkowa), łapie szybko pas z sokiem i batonami oraz nr startowy i ... kolejna niespodzianka, nie mogę biec, po ponad trzygodzinnej jeździe na rowerze mój bieg jest nienaturalny. Oczywiście tego nie trenowałem, mianowicie przejścia do biegu, od razu po treningu rowerowym. Przechodzę do lekkiego truchtu, przede mną jeszcze tylko półmaratonik w postaci trzech pętli po 7 km. Powoli dochodzę do siebie, i dopiero po pięciu kilometrach mogę normalnie biec. Po 10 km mimo ze wchłonąłem wszystkie batony zaczynam odczuwać zmęczenie, chyba zaczął się dla mnie prawdziwy triathlon, doszedł do tego narastający ból kolan (przypomniała o sobie kontuzja sprzed pól roku) patrzę na stoper, nie jest dobrze, powinienem przyśpieszyć, ale to chyba wszystkie moje możliwości, ktoś z mieszkańców ze szlaufu polewa zawodników wodą (wielkie dzięki). Zawodnik truchtający przede mną na 4km przed meta schodzi z trasy, rezygnuje, trudno uwierzyć ale taki jest właśnie triathlon. Ostatni punkt żywieniowy harcerze, wolontariusze oferują banany, batony, wodę, ale nic juz nie biorę, mój organizm niczego juz nie przyjmie, skupiam się tylko na dotarciu do mety. Jeszcze ostatnia prosta, jeszcze 100 metrów, sam na sam z meta, kibice dopingują jakbym był przynajmniej liderem, a przecież ledwo w limecie sie mieszczę, jest nareszcie upragniona meta 6.53.49. medal ktoś mi na szyję zawiesza, zdjęcie. Oj boli wszystko ale satysfakcja nie do opisania jeszcze, tylko masarz łydek, a później posiłek regeneracyjny. Kolejka do masarzysty na pól godziny, czekam, w kolejce rozmawiamy już o następnym starcie, bo taki jest własnie triathlon. Zająłem 341 miejsce na 359 którzy ukonczyli zawody. A teraz drogi czytelniku jeżeli mój artykul zainteresował Cię na tyle że dotarłeś do tego miejsca i gdzieś z tylu głowy przemyka Ci czasami myśl czy Ty również mogłbys zostać TRI, pragnę Cie zapewnić że jeżeli odpowiednio się przygotujesz, dasz rade.
A jeżeli komuś brakuje motywacji, bardzo proszę zapoznać sie z tym oto materiałem
Szczególne i wyjątkowe podziękowania dla Macieja „górala“.
Komentarze