Solidarność w Chemitexie zorganizowała się tak naprawdę już po porozumieniach sierpniowych – wspomina Andrzej Seniuk, jedna z głównych postaci ówczesnej sochaczewskiej Solidarności. – Oczywiście atmosfera nabrzmiewała już wcześniej. Docierały do nas podziemne wydawnictwa, wszyscy emocjonowaliśmy się tym, co działo się na wybrzeżu. Ja być może byłem trochę bardziej od innych na bieżąco, bo mój brat ksiądz Aleksander Seniuk, to była znana dość postać, przyjaciel księdza Małkowskiego czy księdza Popiełuszki, natomiast starszy brat pracował w Ursusie i wtedy już działał. Od nich miałem wiadomości oraz niezależną prasę: „Wolnego Związkowca”, „Robotnika” i inne wydawnictwa. Wiedzieliśmy więc, co się dzieje. Paweł Gralak też miał swoje kontakty, Hanka Król oczywiście także.
Mimo to dopiero po 28 sierpnia jakoś się skrzyknęliśmy i powstał „Komitet Założycielski – Wolnych Związków Zawodowych”, jeszcze wtedy nie było mowy o „Solidarności”. Znaczącą rolę w tym komitecie odegrała Wanda Rogulska, która wówczas była psychologiem zakładowym, miała bezpośredni kontakt z pracownikami i wiele im tłumaczyła. Ona też wciągnęła męża Janusza. Był tam również Paweł Gralak, który został wybrany przewodniczącym, byłem ja oraz kilka innych osób, ale nie wszystkie nazwiska dziś pamiętam. Właściwie, każdy, kto miał na to ochotę i nie obawiał się, mógł do Komitetu przystąpić. Choć trzeba powiedzieć, że mieliśmy szczęście do dyrektora. Był nim świetny gość, którego dzisiaj wspominam z szacunkiem – Jan Szrama, przysłany tu z Łodzi. Był to człowiek z fantazją, lecz i realnie myślący, on to właśnie pobudował chodakowskie bloki, by pracownicy mieli gdzie mieszkać. I był od początku bardzo nam przychylny. Otrzymaliśmy szybko lokal w zakładzie oraz dostęp do zakładowego radiowęzła. Natomiast tam sercem wszystkiego był wtedy Franek Niewiadomski. Jego zasługi też są nie do przecenienia, bo to on przez ten radiowęzeł informował ludzi o tym, co naprawdę dzieje się w Polsce.
Potem, już na jesieni 80-tego, Komitet Założycielski przekształcił się w Tymczasową Komisję Zakłądową i pojechaliśmy we dwóch z Pawłem Gralakiem do Warszawy do Regionu Mazowsze, by ją zarejestrować. Pojechaliśmy dwoma różnymi szlakami z obawy przed jakimiś prowokacjami, że nas zatrzymają czy aresztują, lub zabiorą dokumenty, bo to były takie czasy. Ale udało się i otrzymaliśmy numer, niższy od tysiąca, a przecież w kraju były dziesiątki tysięcy zarejestrowanych zakładowych związków. Tym numerem się potem szczyciliśmy. Natomiast w Sochaczewie, niższy od nas numer posiadał jedynie Energomontaż, ale tylko dlatego, że miał dyrekcję w Warszawie i tamci, rejestrując swą komisję zakładową, niejako automatycznie zarejestrowali też oddziały, m.in. w Sochaczewie.
Rejestracja związku dała ten efekt, że w zakładzie dostaliśmy biuro i ustawowo, przeliczając na ilość członków, także dwa etaty. A trzeba powiedzieć, że po sierpniu ludzie u nas zapisywali się masowo. Na pewno więcej niż połowa załogi była w „Solidarności”, a była to załoga chyba trzytysięczna. Paweł Gralak, wówczas jako przewodniczący związku, nie chciał przyjść na etat. Tak więc na jeden przeszedłem ja, na drugi z BHP Andrzej Kiełbasiński. Kiedy natomiast zostaliśmy już wybrani na kadencję, Paweł pozostał przewodniczącym, Hanka Król - sekretarzem, zastępczynią Pawła była Halina Modzelewska z włókienniczego, mnie natomiast przydzielono funkcję etatowego pracownika kadrowego. Układy z dyrekcją były bardzo dobre, chociaż część kadry była poza „Solidarnością” i swoją robotę robiła, a to komuś pożyczki nie chcieli dać, a to twierdzili, że się premia nie należy, a mnie przypadło w udziale zajmowanie się właśnie takimi sprawami pracowniczymi. Komuś gdzieś krzywdę zrobili, innemu czegoś nie wypłacili… takie ludzkie sprawy. Próbowałem to załatwiać i to podobno dość skutecznie, a przy tym nigdy w zakładzie nie pytałem, czy ten, co przychodzi po pomoc, jest członkiem „Solidarności”. Do tego stopnia, że wstawiłem się kiedyś, gdy nie przyjęto na kolonie dzieci milicjanta, którego żona była robotnicą w Chemitexie. Po mojej interwencji dzieci milicjanta na kolonię pojechały. I może dlatego potem, gdy on właśnie zakładał mi w grudniu kajdanki, to jako jedyny powiedział: współczuję i przykro mi.
Z czasem zakłady pracy w Sochaczewie zaczęły się kontaktować i organizować. A na dodatek pojawiły się kłopoty z zaopatrzeniem oraz inne, znamionujące nadejście większego kryzysu, i wiele spraw trzeba było załatwiać wspólnie na większym forum. Zaczęliśmy się spotykać w mieście i tworzyć jedną związkową rodzinę. Pojawiła się wtedy potrzeba utworzenia biura, które by koordynowało wszystkie te poczynania i przydzielono nam taki lokal w budynku, gdzie jest teraz bank PeKaO S.A., w ówczesnej Cegiełce. Wtedy też akurat zostałem wysłany z zakładu pracy na kurs interwencji związkowej do Jachranki, po którym przedstawiciele sochaczewskich zakładów uznali, że to ja powinienem w tym biurze funkcjonować. A po pewnym czasie wybrano mnie na przewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu „Solidarności” w Sochaczewie.
Ludzie przychodzili tam masowo, dziennie było zawsze kilkudziesięciu interesantów. W różnych sprawach, zawodowych, osobistych, nieraz sprzed wielu lat. Ale trzeba też powiedzieć, że telefon „Solidarności” miał wtedy magiczną moc. Wiele więc udawało nam się załatwić.
Stan wojenny zastał mnie na weselu. Ślub brał brat mojej żony, a wesele było w Płońsku. Było to w sobotę, 12 grudnia. Gdy wyjeżdżaliśmy z miasta, przypadkiem z okna samochodu zobaczyłem, jak ówczesny naczelnik miasta Kasprzycki wchodzi z teczką do budynku policji. I tak mnie to wtedy zastanowiło: po co ten Kasprzycki w sobotę wieczorem z teczką idzie na komendę? Ale pojechaliśmy na to przyjęcie, i wróciliśmy w nocy. Wiózł nas taryfiarz, ś.p. Tadek Znajdek. Zaskoczony byłem pustymi ulicami, chociaż to noc, śnieg, ale nigdzie światła ani żywego ducha.
Gdy wszedłem do swojego bloku, portierka mówi: „panie Seniuk, już od 22.00 policja pana szuka, coś się stało”. Zadzwoniłem na komendę, a tam dyżurny mówi mi, że było włamanie do mojego biura w Sochaczewie i że zaraz po mnie przyjadą. I faktycznie, szybko się uwinęli i cały czas była mowa, że to było włamanie do biura. Zawieźli mnie jednak nie tam, a na komendę i brama się zamknęła, a w pokoju SB czekało już kilku cywilów, i tam poinformowano mnie, że „jest stan wojenny i takie osoby jak pan, panie Seniuk muszą być uwięzione”. Kazali mi się przebrać w więzienne łachy, a gdy odmówiłem, kilku panów mi pomogło i „na dołek” do aresztu. Tam już siedział Tadek Szymańczak, wówczas przewodniczący Solidarności Rolników Indywidualnych a rano nas obu skuli i do gazika, gdzie mnie jeszcze dla pewności przykuli do poręczy, i jedziemy. Puste ulice, policja stoi na rogatkach, nikogo poza tym nie ma, cisza.
Eskortował nas porucznik milicji, który gdy wjeżdżaliśmy na wiadukt w Łowiczu i zobaczyliśmy, jak świnie w radzieckiej jednostce biegały luzem po wybiegu, powiedział: - Zaraz zobaczycie, jak was wpier… do tej ruskiej jednostki, to te świnie was tam zjedzą i nie będzie po was śladu. A gdy podjechaliśmy pod budynek milicji w Łowiczu i zobaczyłem wojsko z karabinami, to pomyślałem, że cholera szkoda tego wszystkiego i szkoda dzieci, bo chyba ci ruscy się z nami rozparawią.
A później do więzienia w Łowiczu i tam już psy, ZOMO, klawisze i zawieźli nas do oddzielnego, pustego jeszcze, pawilonu. Kiedy szliśmy drogą przez więzienie, to zauważyłem, że na bocznicy stoją specjalne wagony do konwojowania więźniów. I tak pomyślałem, że wsadzą nas w te wagony i wywiozą gdzieś na wschód.
Dużo by mówić o pobycie na internowaniu, ale to temat na oddzielną opowieść. Przesiedziałem tam ponad pół roku i wyszedłem latem 1982 roku. Puścili mnie wtedy na przepustkę, a potem zadzwonili do domu, żebym już nie wracał. Lojalki nie podpisałem, choć było takich wielu. Ale najgorsze zdarzyło się po wyjściu, gdy nie mogłem zatrudnić się w swoim zakładzie w charakterze robotnika, gdy się ludzie poodwracali ode mnie ze strachu. Jak cierpieli ci, którzy ośmielili się przyjąć mnie do pracy, choćby w charakterze palacza, jak pan Kowalski, jak byli szykanowani i ciągano ich na SB. Jakie musiał ponosić konsekwencje dyrektor Michał Staszewski, który mnie zatrudnił. A w Boryszewie, to sami działacze „Solidarności” nie zgodzili się, żeby dyrektor Michalak mnie przyjął, choć on sam mi to zaproponował. Do dziś ponoszę konsekwencje tego, że byłem przewodniczącym, który nie zamieniał się pod stołem kwitami solidarnościowymi z PZPR-em i jego następcami.
*
Przewodniczący Andrzej Seniuk, po głupiej wpadce w pracy, czego bardzo żałuje, bo jak mówi, takiej atmosfery jaka była w Powiatowym Zarządzie Dróg ze świecą szukać, jest na zwolnieniu lekarskim. Przyznano mu grupę inwalidzką i ubiega się teraz o rentę. Energii jednak nie stracił, i gdyby trzeba było …
wysłuchał Sławomir Burzyński
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
No i to jest fajna opowieść. Ja sam byłem wtedy, kiedy wprowadzono stan wojenny, strasznie mały, ale co nieco pamiętam. Dziecko nigdy nie czuje prawdziwej grozy wydarzeń, ale nawet dziecko może mieć w sobie poczucie wolności. I to było cudowne, poczuć JĄ. Dzisiaj wielu ludzi udaje, że w socjalizmie było w jakimś tam sensie OK. Nie zawaham się uzżc tego słowa, ale już wtedy miałem świadomość, że to jest straszne gówno. Nasza dzisiejsza Polska nie jest pozbawiona wad, ale tutaj przynajmniej wschodzi słońce. W socjalizmie miało sie wrażenie, że mieszka się za kołem podbiegunowym. Nawet słoneczny dzień był przeniknięty jakimś niewypowiedzianym mrokiem.
Bez przesady. Była ta czapka komuny, było draństwo, ale ludzie bardzo się starali, pod każdym względem, chociażby dlatego, żeby im, tym komuchom, pokazać, że jeszcze Polska nie zginęła. Czasami mam wrażenie, że dziś jest jeszcze gorsza propaganda niż w tamtych czasach i wszystkich, którzy żyli właśnie wtedy, uważa się z idiotów.
No i to jest fajna opowieść. Ja sam byłem wtedy, kiedy wprowadzono stan wojenny, strasznie mały, ale co nieco pamiętam. Dziecko nigdy nie czuje prawdziwej grozy wydarzeń, ale nawet dziecko może mieć w sobie poczucie wolności. I to było cudowne, poczuć JĄ. Dzisiaj wielu ludzi udaje, że w socjalizmie było w jakimś tam sensie OK. Nie zawaham się uzżc tego słowa, ale już wtedy miałem świadomość, że to jest straszne gówno. Nasza dzisiejsza Polska nie jest pozbawiona wad, ale tutaj przynajmniej wschodzi słońce. W socjalizmie miało sie wrażenie, że mieszka się za kołem podbiegunowym. Nawet słoneczny dzień był przeniknięty jakimś niewypowiedzianym mrokiem.
Bez przesady. Była ta czapka komuny, było draństwo, ale ludzie bardzo się starali, pod każdym względem, chociażby dlatego, żeby im, tym komuchom, pokazać, że jeszcze Polska nie zginęła. Czasami mam wrażenie, że dziś jest jeszcze gorsza propaganda niż w tamtych czasach i wszystkich, którzy żyli właśnie wtedy, uważa się z idiotów.