Jimmi Page? Ten zramolały dziadyga? Od trzydziestu lat nie nagrał dobrej płyty! Nie wiedzieliście, że sławetny riff ze „Stairway To Heaven” został żywcem zerżnięty z utworu „Taurus” zespołu Spirit?
Co jak co, ale The Edge to kompletna pomyłka. On robi za speca od efektów technicznych?! Sto razy lepiej nadałby się Thurston Moore albo chociażby Tom Morello.
Nie przepadam za Jackiem Whitem, ma przekombinowany styl gry, a kto będzie pamiętał o White Stripes za dwadzieścia lat? Jest tyle ciekawszych grup…
Film „Będzie głośno” przedstawiający spotkanie trzech gitarzystów o różnych podejściach do instrumentu, różnych poglądach na muzykę, a przede wszystkim, reprezentujących różne pokolenia, spotkał się z dość specyficzną krytyką ze strony fanów rocka, zarówno moich znajomych, jak i internetowych pasjonatów. Dlaczego specyficzną? Bo film każdemu się podobał! Ale… I tu okazywało się, że co najmniej jeden muzyk nadawał się tylko do natychmiastowej wymiany, bo to się nie godzi, nie miał pojęcia o temacie, psuł atmosferę, a w ogóle to znam dziesięciu gitarzystów lepszych od niego.
Dlatego właśnie uważam, że wszyscy przepełnieni poczuciem misji fani rocka, którzy najchętniej z pochodnią i widłami wypędzaliby ze świata i ludzkiej świadomości złych (czyt. niezgodnych z moim gustem muzycznym) artystów i wykonawców powinni trzymać się od tego filmu z daleka. Po co psuć sobie humor i przez półtorej godziny oglądać jak Jimmi Page (dziadek wołowy), The Edge (bez U2 jeszcze słabszy niż z) i Jack White (wszystko co najgorsze we współczesnej muzyce rockowej) gawędzą o gitarze elektrycznej jako wspólnym mianowniku dla tak innych od siebie światów - jak przyrównać lata 60 do 90?! – i jako instrumencie, który diametralnie odmienił ich życie.
A dlaczego piszę akurat o tym filmie? Po pierwsze, jest świetny, więc jeśli macie czas, polecam. Po drugie, chciałabym, aby przepełnieni poczuciem misji fani rocka trzymali się również z daleka ode mnie. Zgoda, można bardziej lubić to czy tamto, można się zachwycać, bronić, dyskutować. Ale wariuję, gdy ktoś naukowo próbuje mi udowodnić wyższość The Rolling Stones nad The Beatles albo z zapałem dowodzi, że cały dorobek Nirvany nie ma znaczenia, bo Kurt Cobain nie potrafił śpiewać. Ale chyba pisałam już kiedyś o czymś podobnym. Widzicie, wariuję. To wszystko przez nich.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze