10:57. Strzał ze startera. Ale nie, no przecież my musimy mieć jeszcze zdjęcia zrobione;) Po sesji (pod rządkiem nieodzownych TOI-TOI-ów, ale nie na ich tle, na szczęście) biegiem na miejsce startu. Ale gdzie ono jest??? Jak się tam dostać i przebić przez dziki tłum czerwonych koszulek Maszeruję – Kibicuję? Prawie nie słyszą naszych „przepraszam”, bo kolesie na samochodzie radośnie wszystkich witają, łącznie z Robertem Korzeniowskim. W końcu przebijamy się na sam koniec białych koszulek, czyli biegaczy. Hmm, oni nadal stoją. A start już parę minut temu. No więc też stoimy, słuchamy wynurzeń zeszłorocznego uczestnika, który „pił do 4 rano, a o 11 bieg, dopiero na 7 kilometrze zorientował się, że biegnie”. Wow , gościu, gratulacje. Po paru minutach spacerku w końcu przekraczamy linię mety – do zobaczenia przy samochodzie;)
Słońce wyszło tuż przed startem. Średnio mi się to podoba, szczerze mówiąc. Już po parunastu metrach odechciewa mi się biec;) Za gorąco. Już żałuję, że założyłam te długie spodnie. Ale hej, czemu ci ludzie tak wolno biegną? Przecież już za linią startu, tak? No więc czemu wymijam wszystkich po kolei? Z tym moim bolącym piszczelem (jak kość może boleć…?) i skopaną kostką powinnam się wlec, a tu się okazuje, że są wolniejsi;) Ale oczywiście but stwierdza, że czas najwyższy, żeby sznurówka zaczęła się rozwiązywać. Dobra, na razie wytrzyma, poprawię jak się zatrzymam. Bo oczywiście się zatrzymam, żeby przejść paręnaście metrów, przecież całości nie przebiegnę, nie ma opcji.
O, jak fajnie, lekki wiaterek, można oddychać;) Ooo, jeszcze lepiej, za zakrętem ulica cała w cieniu. No tak to ja mogę biec :D Tia, mogę, ale zatory się robią, ta jednopasmówka jest stanowczo za wąska. A ci, co biegną wolniej, naprawdę muszą pchać się na środek i tarasować??? Nie da się wymijać, jak tak idą tyralierą. Przepraszam, przepraszam, ups, ktoś wyrwał z łokcia, przepraszam, wbiegam na chodnik jak reszta wyprzedzaczy. Trochę po chodniku, trochę po krawężniku i można biec swoim tempem, a nie tupać w miejscu leżąc komuś na plecach.
Daleko to jeszcze? Był już kilometr czy nie? Ale na razie jest spoko, mogę biec. I nawet noga aż tak bardzo nie boli;) Co chwila trzeba się szczerzyć, bo jak nie zdjęcia robią, to filmują, a mimo wszystko wyszczerz, nawet najgłupszy, lepszy na zdjęciu niż fizjonomia jak w stanie agonalnym. O, a po drugiej stronie ulicy z naprzeciwka widać czerwone koszulki. A, to ten moment wspólnej trasy. Klaszczą, krzyczą, że „jesteśmy świetni” itepe, przybijają piątki. Ich też jest całkiem sporo.
O, nie. O, nie… Właśnie widzę rzekę białych koszulek, która skręca pod górę. O, nie. Jak tylko zaczyna się górka, zacznę iść, nie dam rady podbiec i jeszcze biec potem. Kolana mi wysiądą. Jak tylko się zacznie, ja zaczynam iść. Ekhm. Górka już się zaczęła, a ja nadal biegnę. Kurde. No to jak zaczęłam, no to chyba skończę. Ale Jezus Maria, moje kolana. O- ouć, łydki też. Skończy się to czy nie? Nawet nie mam siły spojrzeć w górę. Ale, ha, ha, cały czas zasuwam po ścieżce rowerowej, bo tam na ulicy już idą grupami, nie pojedyncze sztuki. A ja, ha, ha, biegnę. No, nie wierzę normalnie. Jezuuuu, w końcu po równym! Płasko! Ale teraz to ledwo szuram nogami po asfalcie. No nie mogę podnieść normalnie. Muszę się zatrzymać, bo mi zaraz kolana popękają. Ale wszyscy biegną, a ja mam iść??? No way. O, już lepiej. Biegnę. Wyprzedzam. Biegnę. Lawiruję między ludźmi. I prawie na nich nie wpadam;) Ale jak zwykle gorzej z przedmiotami… Tym razem barierka, bo trasa teraz jednym pasmem, drugim normalnie jadą – no dobra, chwilowo stoją – samochody. Więc dla bezpieczeństwa barierki. Ale wyprzedzacze wbiegają poza barierki;) Prawie po samochodach. Chcę wyprzedzić kolejną dziewczynę, ale auć, no w ostatniej chwili normalnie się ocknęłam, bo tak to już bym leżała na barierce, oczywiście przewróconej.
Hmm, koleś przede mną ma pas z bidonami, a właściwie z bidonikami. Właśnie popija sobie izotonik albo jakiś energetyk. A ja nic. I go wyprzedzam :D Ależ ja jestem wredna. Ale szczerze, to naprawdę fajne wyprzedzać tych wszystkich lansiarzy, no i oczywiście te laski, które powinny śmigać jak strzały, bo ważą połowę tego, co ja.
Hmm, a gdzież my jesteśmy? Coś to znajomo wygląda, ale nie pamiętam skąd. Jakby Ochota czy coś. O. Jezu. Spartanie :D To ta ekipa z Maratonu Warszawskiego. Kolesie są nieźli, naprawdę. W hełmach, płaszcze, jeszcze te włócznie dzierżą i te nagolenniki… A tu w słońcu ze 25 stopni co najmniej. Jeszcze sobie śpiewają :D Ale i tak ich wyprzedzam. No co.
A tu co taka kolejka? A, punkt z wodą. E, nie, nie chce mi się tyle czekać. Jezus Maria, ale syf. To, że woda porozlewana to spoko, ale kurde kubki trzeszczą pod butami. Ha, ha, ha, ustawione ze trzy pojemniki na śmieci. Czy oni naprawdę myśleli, że te kubki się tam zmieszczą albo że ktoś w ogóle będzie je tam wyrzucał? Naiwność ludzka nie zna granic… O, butelki też trzeszczą.
Ktoś pyta, ile jeszcze. Ktoś inny odpowiada, że już był szósty kilometr. Szósty??? Przebiegłam 6, słownie: sześć kilometrów bez zatrzymania??? Niewiarygodne. E, to może ja dalej pociągnę? Ale by był numer. Byle tylko nie biec po słońcu, to może wyjdzie?
Rondo? Hmm, jak dalej ta trasa ma niby być, skoro meta koło Torwaru? Trzeba było sprawdzić wcześniej, a nie jak zwykle, nie mam pojęcia gdzie jestem. Tzn. wiem, Jerozolimskie, ale jak daleko toto od mety? Jacyś kibice się wydzierają „Już niedaleko! Już niedaleko!” a jakiś dowcipny trochę ciszej „Tylko siedem kilometrów!” Dobre;) O, palma. O, a jutro będę stać na tym przejściu, jak będę zasuwać do dziekanatu w tym czterogodzinnym okienku. Hmm, a może by tak skręcić w Mysią :D? Tam by był cień, nie tak jak tutaj… Nie, no nie wytrzymam, zaraz zrobię to samo, co ten facet, czyli padnę i przyda mi się karetka. Jezu, to już któryś z kolei. Przesadzili z tempem? Znaczy nie dostosowali do temperatury? Czy tacy słabi jak ja, że słoneczko wykańcza?
Znowu zdjęcia. Co kawałek normalnie jakiś fotograf stoi. Ej, czy ja dobrze widzę??? Tym razem w dół??? Super! Tylko, kurde, czemu ja w dół zawsze biegnę wolniej niż po płaskim? Muszę coś z tym zrobić. No to wydłużam ciut krok. Ale mnie łydki ciągną... Jeszcze mi tej górki nie wybaczyły. Dziewiąty kilometr? Serio? To jeszcze tylko jakby Olimpijską od obwodnicy do końca? To ja może to dobiegnę…? I pierwszy raz w życiu przebiegnę biegnąc od początku do końca dychę? A może nawet przyspieszę jakoś pod koniec? Te ostatnie 100 metrów, powiedzmy? Tylko ekhm, gdzie ta meta, co? Jakoś nie widzę…
Jest! Jest meta! Z 50 metrów! wytrzymam! To przyspieszam;) I znów wyprzedzam;) I nie dam się wyprzedzić;) Nie tym razem:D Iiiii… KOOOOONIEEEEC!!! Przebiegłam 10 kilometrów!!! No to teraz mogę paść. Więc padam. Nie, nie padam, ale gdyby tu było trochę mniej ludzi, na pewno bym padła. Tak to ostatkiem sił powstrzymuję się przed zejściem. A już mam ciemno przed oczami. Nogi się pode mną uginają. Kawałek chodnika, żeby mnie nie stratowali, błagam… Jest. Właśnie jakiś gość tam usiadł, ja też padam. Ale za długo to ja tam nie siedzę. Tylko kurde dajcie mi się złapać za te barierki, bo zaraz glebę zaliczę. Ok., nie glebnęłam raz, nie glebnęłam drugi. O, medal. Już przytomna względnie biorę, jak wszyscy wieszam na szyi. Chociaż zawsze jak mi zakładają, zdejmuję praktycznie od razu. Ale tym razem chyba zasłużyłam. O kurde, tu cały stół z medalami… Ech, głupia, jakbym nie wieszała, to bym się upomniała o jeszcze jeden, może ktoś by chciał. O, woda. O, knoppersy. O, nie ma knoppersów… Cóż, dla tych paru tysięcy spóźnialskich zabrakło. Bo ci szybsi są szybsi we wszystkim jak widać. I bardzo zaradni. Po co wziąć jednego, jak można całe pudełko? Auć, miałam buta na trasie poprawić, jak się tylko zatrzymam. Ale się nie zatrzymałam. I sznurówka nadal fruwa…
Dobra, tylko gdzie ja jestem…? Mam dojść na Rozbrat. W którą to mańkę było??? Aaa, są te TOI-TOIe, gdzie zdjęcia były robione. Tylko w którą stronę teraz? Tam to meta, to nie. Czyli w drugą? Kurde, a może jednak tam gdzie meta? A może ktoś z obsługi albo kierowania ruchem będzie wiedział? No pewnie, wie. Tam, gdzie chciałam iść. Tylko, hmm, gdzie ja jestem…? Jakoś tędy to chyba nie szliśmy. Ale może trafię? Po 5 minutach pod jakimś kościołem pytam kolejną panią. Nie jest pewna do końca, ale chyba w tamtą stronę. No to idę. Po 5 kolejnych minutach jakiś park. Białych koszulek nadal sporo. Idę przez park, może to po drugiej stronie? Pytam kolejną kobietę. Proszę pani, to w drugą stronę, tam prosto, w prawo i Śniegocką. Idę. Tyle że tę Śniegocką pamiętam, mijałam, ale to w lewo było, a nie w prawo! W prawo to tam, skąd przyszłam… Dobra, próbuję po mojemu, czyli w lewo. Jest Śniegocka. Trochę długa. Ale mam Rozbrat!!! Tylko w którą to stronę było?? Idę w prawo. Jakoś nie kojarzę. Jakoś to na WOSiR nie wygląda. No przecież byłam tam. Pytam kolejną dziewczynę, w którą to stronę. Ona nie stąd. No to zawracam. Przechodzę przez Śniegocką, znowu. No nie wytrzymam. Parę metrów w lewo i już bym była na miejscu bez spacerku przez cały Rozbrat… A już miałam ochotę biegiem ruszyć, żeby szybciej było;) Normalnie muszę sobie jakiś GPS zainstalować jako chip pod skórą. Orientacja w terenie zerowa. Z parkingu słyszę „O, Ola! W końcu! Ale z której ty strony idziesz???” No właśnie
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze