Reklama

Bitwa o łaźnię

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
03/02/2005 09:18
Bitwa o łaźnię
I znowu, jak onegdaj, zjechali się do stolicy panowie szlachta i rycerstwa kwiat, by o skarbie całej stanicy deliberować. A z nimi jako zwykle giermków kupa a i czasem pludry jakoweś, które po majdanie się rozlazłszy, jeno obrzydzenie i wstręt u szlachetnie urodzonych powodowały.
Ichmościowie drogą znurzeni długo odpoczywali wywód teoretyczny bez pośpiechu tocząc. I nawet podczas głosowania, połowa z nich utrudzona, od głosu się wstrzymała. I wszystko byłoby dobrze, bo już książę Bogumił kontent bardzo siedział i imć panom z wysokiej Rady za przychylność dziękował, a część towarzystwa za karczmą się rozglądała, gdy nagle jakowyś mąciwoda znaleźć się musiał.
Tym razem był to niejaki Julian z Tasiecka, na ogół człek spokojny, bardziej w księgach niż w szabli rozmiłowan przez to Druhem wszystkich znany, ale widać zbudził się z jakowejś drzemki i senne mary odganiając, na majdan jak oparzony wyskoczył. A tam dawaj o domniemany wybór przybocznego Pierwszego Łaziebnego wypytywać, jak by to dla stanicy jakoweś znaczenie miało. Na co mu jaśnie oświecony. Jurko, fechmistrz z Żelichowa odparował, jakoby muchę strącał, że decyzyj, żadnych na razie nie było, a jeno pismaki po pergaminach co im ślina na gęsie pióro skapnie, wypisują.
W tym momencie Jędrzej Brodaty nie zdzierżył i na takie dictum w słowach długo nie przebierał, stojąc mężnie przy Julianie, któren, jako się rzekło, do fechtunku specjalnie ułożon nie był. Ale i jemu Jurko w oczy szablą zaświęcił radząc schować język za zębami, by mu go jednym sztychem nie przykrócił. Jednakowoż Jędrzej onego nie dość, że w gębie nie zatrzasnął, to jeszcze obracać nim począł jak szabelką, że wszystkich w zdumienie wprawił. Na koniec zakrzyknąwszy gromko, że jakiego by mu despektu Jurko nie uczynił, to i tak obrazić go nie zdoła, co by mogło znaczyć, iż mu nierówny z urodzenia. Choć Żelichowie zapewne inaczej mniemają. W międzyczasie w oną szarpaninę włączył się przewodzący towarzystwu Maćko bez hełmu, któren Jurka fechmistrza srogą reprymendą utemperować próbował. Na co ten po ripoście Jędrzeja rzekł do onego: - Widzisz człowieku! I tym Maćka srodze ugodził. A przecież mogła to być jedynie próba wysłania leczniczej energii, która głuchym uszy przetyka, krzywych prostuje i wzrok przywraca ślepym, po której Maćko na oczy przejrzawszy, gębę zawarł i w zdumieniu patrząc na swych towarzyszy takoż pozostał.
A że imć Jurko z Żelichowa jakoweś tajemne moce posiada, przekonaliśmy się takoż niebawem, gdy Głównego Łaziebnego Pietra z Osieku przepytywać zaczął na okoliczność, czy ony wie, kto na jego przybocznego rychtowany będzie. Ten, jak zahipnotyzowany zeznał, że nie, choć dobrze wiedział i począł coś bredzić, że to nie on jest winien przecieku. Ale może chodziło mu o dziurę w korycie łaziebnej sadzawki.
Do ruchawki na majdanie włączył się również znany wszystkim z zamiłowania do porządku Krzyśko Niezgolony z Żyżyna, pułkownik rycerzy Sojuszu, który domagał się castingu na wicełaziebnego. Może szukał dla siebie dodatkowego zajęcia, zwłaszcza, że jak każdy wojak, lubi umyte białogłowy. Jakoż właśnie i na majdanie pojawiła się imć Danuśka z Radzanowa, dziewka hoża i dorodna, która zakrzyknęła, iż domyśla się, że chodzi tu o niejakiego Mieczysława z Głuchowa maratończykiem zwanego, od tego, że nie lubił sprintu i zatrzymywania się po pierwszej setce. Na co poderwała się inna białogłowa, Maria co zechciała Niemca, której marzyłby się w łaźni jakiś zgrabny wysportowany młodzieniec. Ale niestety władcy nasi puścili to mimo uszu, co w końcu też nieźle o nich świadczy, ograniczając się do poinformowania towarzystwa, iż nowy wicełaziebny nie otrzyma więcej niż trzy trzosy złotej monety miesięcznie.
Ostatecznie wątpliwości, któż to miałby być, rozwiał imć Jędrzej Brodaty, który ogłosił, że spotkał Mieczysława z Głuchowa w jakowejś komórce i tamten przyznał się, że idzie do łaźni, dodając przy tem, iż gdyby tylko zechciał, to zostałby nawet Głównym Łaziebnym.
- Więc po co te tajemnicze knowania – desperował imć Jędrzej – Przecież jaki koń jest, każdy widzi. Koń jest chabeta!
Tak zakończyła się kolejna potyczka na sochaczewskim majdanie i tylko Waśko Biały jakowyś smętny siedział, pary z gęby nie puściwszy, jakby żałował, że musi do ciepłych krajów wyruszyć, gdzie może go i solidny trzos grajcarów czeka, ale już sobie z kompanami od bitki i wypitki na majdanie nie pofolguje.
Burzymir z Okopowa
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gąsior 2005-02-03 00:00:00

    No niezłe, niezłe! Ale żeby naprawdę docenić trzeba tam było być! Jam się prędko wycofał nie chcąc być posądzonym o łakoci ze stołów chwytanie i do gęby wtykanie. O winie i miodzie nic żem nie słyszał.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości