W 2014 roku obchodzimy wiele znaczących rocznic historycznych związanych z miastem i powiatem sochaczewskim. W ferworze ostrej walki politycznej warto choćby pamiętać o tych, którzy zginęli w obronie Ojczyzny 70 lat temu. Do najbardziej znanego i krwawego starcia partyzantów z przeważającymi siłami niemieckimi w pobliżu Sochaczewa doszło 4 kwietnia 1944 roku pod miejscowością Bronisławy. Nie wiem jak będą wyglądały uroczystości, kto weźmie w nich udział, toż to jeszcze dwa tygodnie. Ale myślę, że powinny mieć charakter nie tylko gminny, ale ogólnopowiatowy. Wszak to największa potyczka na obszarze powiatu sochaczewskiego z niemieckim okupantem.
Partyzanci biorący w niej udział należeli do utworzonego oddziału złożonego z zagrożonych aresztowaniem żołnierzy AK pochodzących z Sochaczewa i jego okolic lub czasowo przebywających na tym terenie. Dowódcą oddziału został kapitan Wilhelm Kosiński „Mścisław”. Przez kilka następnych miesięcy oddział przemieszczał się po obszarze powiatu sochaczewskiego, maszerując głównie nocami, by uniknąć walki z Niemcami.
Po nocnym marszu 4 kwietnia 1944 roku o godzinie 3 rano oddział zakwaterował w gospodarstwie Jana Wagnera we wsi Bronisławy. Kapitan Wilhelm Kosiński „Mścisław” wspominał: „Do miejsca zakwaterowania około godz. 5 nad ranem przybył na rowerze goniec od komendanta powiatu z rozkazami. Mam osobiście zgłosić się u niego w Sochaczewie w celu omówienia zadań na najbliższą noc. Mieliśmy odebrać kolejny zrzut broni alianckiej. Wieś Bronisławy odległa jest od byłej mej kwatery w Ćmiszewie o około 2 km. Odprawa wyznaczona została w Sochaczewie, odległym o około 7 km od zajmowanej kwatery. Postanowiłem więc, że udam się do Ćmiszewa, wezmę pozostawiony tam mój rower i tym rowerem pojadę na odprawę. Tak też uczyniłem”.
Po przybyciu do Ćmiszewa Kosiński wyruszył
w stronę Sochaczewa. „Od momentu opuszczenia oddziału w sumie upłynęła może
godzina, może półtorej. Po ujechaniu około 2 km od
Ćmiszewa uszu moich doszły odgłosy karabinów maszynowych. Głosy dochodziły z
kierunku wsi Bronisławy. Na razie nie wiązałem tego z faktem pobytu tam mego
oddziału. Przecież nie tak dawno go opuściłem i nic nie wskazywało, by mu coś
groziło. Gdy jednak po kilku chwilach zobaczyłem gruby warkocz czarnego dymu,
przy wciąż trwającej strzelaninie, ogarnął mnie ogromny niepokój, że ma to jednak
związek z oddziałem, który tak przecież niedawno opuściłem. Dosiadłem więc
swego roweru i popędziłem do Sochaczewa na miejsce odprawy.
Żadnego wyjścia z sytuacji nie widziałem (…). Oddział skazany był na własne siły, a los jego został przesądzony wskutek miażdżącej przewagi wroga. Zarówno liczebnej, jak i wskutek braku broni przydatnej do zwalczania wroga. Z relacji świadków okazało się, że miejsce pobytu partyzantów otoczone jest różnymi formacjami wroga w liczbie około 500 żołnierzy. Walka była zażarta”.
Kiedy Kosiński udał się w godzinach rannych na spotkanie z dowódcą obwodu „Skowronek” majorem Władysławem Starzykiem, dowództwo oddziałem objął podchorąży Tadeusz Turczyński. Około godziny 9, kiedy żołnierze przygotowywali posiłek, pod Bronisławy podeszły oddziały niemieckie z Sochaczewa i Chodakowa, wzmocnione dodatkowo posiłkami z Bielic i Łowicza. W sumie Niemcy skierowali do akcji około 500 żołnierzy, partyzanci mieli 24 ludzi. Wioska została otoczona z trzech stron – od północy, zachodu i wschodu.
Kiedy od strony północnej padł na zabudowania grad nieprzyjacielskich pocisków, rozpoczął się dramatyczny bój trwający do godziny 14. Partyzanci wyskakiwali z budynku i zajmowali stanowiska, prowadząc ogień do Niemców. Piotr Grzegorowski, jeden z dwóch, który przeżył wojnę wspominał: „Z trzema kolegami wyskoczyłem za murek, który mógł mieć ze 30 metrów, może więcej, kwadrat z kamieni z którego można było się dość dobrze bronić i zaczęliśmy się ostrzeliwać. Niemcy bali się podchodzić, bo nas nie razili, a murek był dość wysoki i dobrze nas chronił (…). Nas było 24, a Niemców około 500. Jeszcze samolot przyleciał, który strzelał do nas z broni pokładowej nad głowami. Tak, że wiadomo było, że walka jest beznadziejna…”
Niemcy, używając pocisków zapalających, wzniecili pożar zabudowań, gdzie bronili się partyzanci. Pożar budynków stanowiących osłonę dla broniącego się oddziału, zwiększał skuteczność akcji wroga. Walczący żołnierze zostali otoczeni ze wszystkich stron. Od wschodu zajęli stanowiska funkcjonariusze Sonderdienstu i policjanci granatowi, z pozostałych kierunków atakowała żandarmeria, Schutzpolizei, oddziały SA i lotników z Bielic. Partyzanci usiłowali jeszcze wydostać się z okrążenia w kierunku południowym, nie wiedząc, że tam rozlokowały się główne siły Niemców. Gdy przebicie się na południe okazało się niemożliwe, z podwórka wycofali się za stodołę, w kierunku zachodnim i tam ich najwięcej poległo. Po zakończeniu walki przyjechali jeszcze żandarmi z Łowicza i Skierniewic (…).
Po kilkugodzinnej zaciętej walce oddział został doszczętnie zniszczony. Na placu boju pozostało 20 zabitych partyzantów, czterech Niemcy wzięli do niewoli. Po stronie niemieckiej dwóch żołnierzy zostało rannych (…). Wziętych do niewoli – ciężko rannych Zygmunta Makarewicza i Jerzego Bielskiego oraz Piotra Grzegorowskiego i Tadeusza Miszczaka – przewieziono do siedziby Schutzpolizei w Chodakowie. Dwaj ostatni wykorzystując nieuwagę Niemców uciekli 9 maja 1944 roku. Przetrzymywany wraz z nimi w jednej celi Jerzy Bielski odmówił udziału w ucieczce, twierdząc, że nie da rady.
Krótko po ucieczce Grzegorowskiego i Miszczaka, uwięzionych w Chodakowie Makarewicza i Bielskiego przewieziono do więzienia śledczego Gestapo na Pawiaku w Warszawie. Niemieckie obwieszczenie z 10 maja 1944 roku informowało, że w grupie 24 osób skazanych na śmierć a przewidzianych do ułaskawienia znajduje się Zygmunt Makarewicz. Jednak, kiedy 29 maja 1944 roku jego rodzina dostarczyła mu na Pawiak paczkę, dowiedziała się, że poprzedniego dnia Makarewicz i Bielski zostali rozstrzelani.
Pochowanie poległych partyzantów nie było sprawą prostą. Ciała ich pozostawiono tylko w bieliźnie, zabierając broń, dokumenty i ubrania. Jedno ciało, prawdopodobnie Tadeusza Turczyńskiego, pozostawiono w ubraniu. Następnego dnia na miejsce walki przyjechał starosta powiatu sochaczewskiego Hans Scheu i wydał polecenie pochowania ich tam, gdzie leżą - na wzgórzu obok wsi. Tak też uczyniono 6 kwietnia 1944 roku.
Za akcję pod Bronisławami kilku żołnierzy niemieckich otrzymało Krzyże Zasługi II Klasy z mieczami. Dwóch żołnierzy natomiast otrzymało odznaczenia za odniesione rany. Klęska oddziału partyzanckiego w Bronisławach zrobiła na sochaczewskim społeczeństwie wstrząsające wrażenie. Rozważano przyczyny, które spowodowały tak wielką tragedię. Krążyły różne pogłoski, między innymi o zdradzie. Do dziś jednak sprawa ta nie została do końca zbadana i wyjaśniona. Piotr Grzegorowski i Tadeusz Miszczak, którym udało się uciec z hitlerowskiej katowni w Chodakowie, przeżyli wojnę.
Niniejszy tekst stanowią wybrane, niewielkie fragmenty najnowszej książki: Bogusław Kwiatkowski, Dzieje Sochaczewa, t. 6: II wojna światowa, cz. II: Okupacja (1939–1945), Sochaczew 2014. Tam obszerny opis wydarzenia, archiwalne zdjęcia, bibliografia, relacje uczestników wydarzeń: Polaków i Niemców, fotografie i teksty dokumentów, zagadki dotyczące wydarzenia i t.p.
Bogusław Kwiatkowski Niezależny Promotor Historii Miasta Sochaczewa :)
www.bkwiatkowski.pl
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze