Maleńki zakład, w zasadzie budka na Batorego, u zbiegu z Warszawską. Wciśnięta w głąb podwórka, tak, że dziś mało kto w ogóle wie, że ona tu jest. A ona tu jest, w zasadzie trwa, niezmiennie od stycznia 1957 roku, kiedy to Edward utworzył tu zakład krawiecki. Nauczył się tego fachu w płockim powiecie. To był dobry zawód. Ubierały się u niego najszykowniejsze sochaczewskie damy, ubierali eleganccy panowie. Edward był w stanie sprostać największym wymaganiom. Pracy było tyle, że pomagała mu żona. I dobrze im się żyło. Dziś roboty tyle, co kot napłakał. Edward mówi, że już krawcy niepotrzebni. Za obstalunek się nie bierze, bo nie ma siły. Jakieś drobne poprawki. Ale przychodzi do swojej budki. Niecodziennie, bo czasami pogoda za trudna. Ale przychodzi. – Nie wiem, może jestem tu ostatni dzień, tego nigdy nie wiadomo – i uśmiecha się. Cały czas się uśmiecha. Tym uśmiechem wita każdego gościa. A gości niewielu, jacyś znajomi, czasami ktoś zbłąkany. A warto tu zajrzeć, by w oka mgnieniu, tuż za progiem znaleźć się w latach 60-tych ubiegłego wieku. To samo żelazko, ta sama maszyna, ten sam wieszak i lustro. Warto wpaść do Edwarda, by odwzajemnić mu uśmiech, ucieszyć się, że jest, podziękować za miliony świetnie skrojonych garniturów i sukienek.
Tekst: Monika Figut
Foto: Wiktor Wachowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wydaje mi się, że zarówno Pan Franciszek jak i Pan Edward zasługują na podanie nazwiska.
Wydaje mi się, że zarówno Pan Franciszek jak i Pan Edward zasługują na podanie nazwiska.