Elvis jest tylko jeden...i ma się dobrze
Relacja z koncertu „10 Urodziny Elvis Deluxe”
(Elvis Deluxe, Oregano Chino, Natural High, 13.04.13, CDQ, Warszawa)
Rocznicowe imprezy zazwyczaj wiążą się z jakimś sentymentalnym wyciskaczem łez. Są torty, toasty, długie przemowy i ogólne walenie gruchy. Na szczęście polski Elvis nie jest tak tendencyjny, wyłamuje się wszelkim konwencjom i konwenansom. Owszem Ziemba (dla niewtajemniczonych basista i wokalista Elvis Deluxe- przyp. red.)gadał coś tam pomiędzy kawałkami pociągając z gwinta gorzką żołądkową (a jakby inaczej- „Deluxe”), ale nie było mowy o jakiś ckliwych wywodach.
Natural High- Eksplodowała naturalna energia.
Zanim jednak zagrali Panowie jubilaci na scenie ulokowali się ich starzy towarzysze z placu boju, załoga z Błonia, Natural High.
Nie wiem na ile ten haj i energię uzyskują metodami naturalnymi (oglądanie mimiki twarzy perkusisty dostarcza niesamowitych przeżyć:)), ale Panowie swym wysoko energetycznych rock" n rollem kopią tyłki, że aż miło.
Pamiętam jeszcze koncert, gdy kapela grała jako instrumentalny kwartet i mimo upływu lat nadal mają w sobie dynamit dźwięków. Grupa zagrała zresztą podobny materiał jak podczas Stoner Party w klubie „Rock "n Roll” 8 lat temu (ciekaw jestem ile osób to jeszcze pamięta?), a więc było zarówno „Ode To Clarissa” Queens Of the Stone Age, jak i „Pilot the Dune” Slo Burn. A, że kapela ma jeszcze wiele swoich wysoce energetycznych numerów, to było naprawdę czadowo. Wieszak (wokalista grupy – przyp. red.) co chwilę ćwiczył wyskoki i uskuteczniał dziwne tańce, które najprawdopodobniej podpatrzył u Johna Garcii, czy innego Iggy Popa. Gitarzyści kapeli również miotali się po scenie w epileptycznych konwulsjach. „Naturale” doskonale wywiązali się z roli rozgrzewacza i podgrzali temperaturę do maksimum.
Oregano Chino- indiańskie oregano dobre na wszystko.
Muszę przyznać, że na koncert Oregano Chino szedłem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony pamiętałem klimat jaki potrafiła kapela stworzyć kilka lat temu i tęskno mi było do takowego. Z drugiej natomiast obawiałem się, czy uda im się uzyskać podobne brzmienie. Czy te sześć lat przerwy nie zrobi jednak swoje?
Moje wątpliwości zostały rozwiane już na samym początku koncertu warszawskiego tria.
Wszystkie numery „Indiańskiego Oregano” to stonerowe przeboje. Obcując na żywo z „Lunar Hermit or Nuclear Cermit” (chyba najmocniejszy punkt koncertu), czy „Sons Of Freedom” nóżka sama chodziła i aż chciało się rzec: Oto przed Państwem zespół Kyuss!
Przed wspomnianym „Sons Of Freedom” miała miejsce śmieszna sytuacja, Bert Trust (gitarzysta kapeli – przyp. red.) szybko zszedł ze sceny i udał się na zaplecze. Oczywiście nie zabrakło komentarzy, że chłopaka przycisnęło i pobiegł za potrzebą. Zresztą wokalista grupy też kilka soczystych komentarzy dołożył od siebie. Okazało się, że potrzeba była natury, nazwijmy to technicznej i znany z Elvis Deluxe gitarzysta zapomniał tulejki do slide guitar. Przy aplauzie publiki wrócił ze zgubą w ręku, rozpoczął numer, który można by rzec jest prawdziwym hymnem kapeli. Takich wesołych sytuacji było jeszcze kilka. Grupa zresztą grała bardzo na luzie, co udzieliło się też publice.
Zespołowi podczas koncertu zdarzały się drobne błędy- a to nie wszyscy weszli z dźwiękiem w tym samym momencie, a to bas nie „zadziałał”, jednak trzeba przyznać, że był to występ bardzo udany. Tym większy szacunek dla nich, że zagrany pierwszy raz od ponad 6lat. Może to truizm, ale słuchając dźwięków generowanych przez grupę- wspomnienia odżyły, a sam poczułem się młodszy o ładnych parę lat.
Nie kojarzę w Polsce, ani jednej grupy, która pod względem brzmienia zbliżyła by się do tego, z którego przed laty słynęła czwórka z Palm Desert. Może z wyjątkiem wrocławskiej grupy o tej samej nazwie co wspomniana miejscowość, czy warszawski Sun Frenzy. Jednak to Oregano Chino byli pierwsi w generowaniu takich właśnie dźwięków, i to im należy się palma pierwszeństwa (oczywiście zamiast palmy może być konopny krzaczek).
Mam nadzieję, że Panowie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Prosimy o więcej.
Elvis Deluxe- Piasek w klepsydrze się sypie, a Elvis dalej wymiata swoje.
O tym, że Elvisi świętują 10 lat istnienia i jednocześnie jest to release party ich najnowszej płyty („The Story so Far” - przyp. Red.) wiecie już zapewne bardzo dobrze. Dlatego też bez zbędnych wstępów i ustępów przejdę do tego co działo się podczas sobotniego koncertu.
Jak można było się spodziewać kapela zaczęła swój set od promowania nowej płyty. A więc na pierwszy ogień poszły dwa numery z niej: otwierający ją „Yourgodfreed” i zapewne dobrze już znany fanom Elvisa, pamiętający czasy demówki grupy z 2003 roku, „The Hope”. Dalej powrót do poprzedniego albumu w postaci numeru „Out All Night” i przeskok do nowego wydawnictwa za sprawą singlowego „No Reason”. Tutaj w rolę wokalisty wciela się Burt Trust i wychodzi to mu całkiem nieźle. Potem petarda w postaci „Perfect Ride”. To jeden z ich najstarszych numerów, który zresztą znalazł się na debiutanckim „Lazy” z 2007 roku. Mi osobiście zabrakło tylko klawiszy, które na płycie dodały numerowi klimatu rodem z rock"n rollowych kapel lat 50-tych. Ale narzekać nie ma co, bo było za to bardziej punkowo i drapieżnie. Jak można się spodziewać grupa podczas tego niezwykłego koncertu zabrała nas w retrospektywną podróż i zagrała materiał z całego przekroju swojej twórczości. Nie mogło zabraknąć „Extraterrestrial Hideout Seeker”, który to został zapowiedziany przez Ziembę jako ten , który doczekał się jedynego teledysku w historii grupy. Swoją drogą dodam, że klip przedni i niczym nie ustępujący zachodnim produkcjom. Potem kolejne klasyki z „Lazy” (bujający„27” i queensowo- kyussowy „Sleep Brings No Relief”), „Take It Slow” z drugiej płyty i kilka nowych numerów. Jeden z nich przypominał do złudzenia „Phototropic” z „And Circus Leaves Town” Kyussa. Oczywiście to nie zarzut, wręcz przeciwnie.
Niesamowicie tego wieczoru zabrzmiał „Apocalypse Blues”. Faktycznie tytuł numeru idealnie oddaje jego muzyczną zawartość. Cóż, apokalipsa była naprawdę blisko. A Elvis Deluxe zabrzmiał tak ciężko jak Ojcowie Doom Metalu, Saint Vitus, czy inny Pentagram (nie ściemniam). Potem wraz z zespołem wspinaliśmy się po wielkiej górze („Mountain” z „Lazy”- przyp. Red.), by odlecieć przy dźwiękach „Something To Hide” z nowej płyty. Toż to od polowy numeru jakaś hipisowska psychodela była. W pewnym momencie wszystko zdawało się wirować i pływać niczym w filmie „Las Vegas Parano”. Grupa pożegnała się na chwilę, by wrócić na dwa bisy. Ziemba stwierdził, że nie ma co się obnosić, że to coś wyjątkowego i od razu praktycznie zaczęli grać bisy. Oczywiście na dobicie nie mogło zabraknąć „elvisowej” wersji „Search & Destroy” The Stooges. W pewnym momencie myślałem, że chłopaki rozniosą scenę. Miko był naprawdę bliski dewastacji swojego Ludwiga. Zresztą perkusista grupy przez cały koncert się nie oszczędzał, zostawiając dosłownie: „Krew, Pot i łzy”.
Publika dopisała, było głośno (momentami chyba za głośno), a pogo pod sceną trwało praktycznie non stop. Elvis godnie i z przytupem wszedł w nową dekadę.
"Elvisowi stuknęło dziesięć lat, piasek całkowicie przesypał się do dolnej bańki klepsydry, przyszedł zatem czas odwrócić ją i kontynuować naszą opowieść. Mam nadzieję, że wystarczy nam zapału, żeby tę klepsydrę przekręcać jeszcze wiele razy” to komentarz Elvis Deluxe dotyczący okładki ich nowej płyty i 10-lecia grupy. Po tym koncercie słowa te nabierają nowego znaczenia. Ja tam im wierzę jak nigdy dotąd. Panowie mają w sobie tyle energii i wiary we własne siły, że mogą spokojnie jeszcze pograć ze dwie dekady, a potem wystąpić na jakimś feście „Dinozaurów Rocka” i grać do końca życia „Pożegnalną Trasę”. A tak już całkiem na serio... Elvis jest tylko jeden i mieszka w Polsce. Szacunek Panowie.
P.S. Elvis Deluxe w towarzystwie m.in. The Stubs i Government Flu zagra już w najbliższą niedzielę w sochaczewskim NDK-u „Piekarnia”. Wpadajcie i przekonajcie się jak wielka moc płynie z tej muzyki !
Zdjęcia: Marian Odsłuch
www.dowidzenia.blogspot.com
Więcej zdjęć już wkrótce!!!!
Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze