"Fruwające Oczy" zahipnotyzowały nas w "Fonobarze"- Relacja.
FLYING EYES HORISONT VAGITARIANS 20.07.2012 – Fonobar, Warszawa
W ramach trwającego obecnie festiwalu „Days Of The Cremony” na deskach warszawskiego „Fonobaru” w pewien średnio- ciepły lipcowy piątek, wystąpiły trzy zespoły, z różnych odległych od siebie stron świata. Co prawda koncerty na „DOTC” miały odbywać się na openerowej scenie „Fonobaru” jednak została ona tego wieczoru zajęta przez imprezę techno??, house"ową??...Czy jak to się tam teraz nazywa, tak więc tradycyjnie koncerty odbywały się w dusznym niczym fińska sauna środku. Co ma też swoje zalety, gdyż czujemy dosłownie wszystkimi zmysłami grające kapele i jesteśmy najbliżej nich jak to tylko mozliwe. Wieczór otwierała rodzima kapela Vagitarians dzięki, której swoją drogą ów festiwal w ogóle doszedł do skutku. Posępnie i ciężarnie zazwyczaj brzmiący stonerowo-doomowcy, postanowili uraczyć ludzi tego wieczoru całkowicie akustycznym setem. Słońce dość nieśmiało wyglądało zza chmur, ludzie powoli dopijali rozgazowane resztki piwa, a ze sceny zaczęły dobiegać pierwsze dźwięki, wiec ludzie zaczęli powoli sunąć w stronę wejścia do klubu. Niestety póki co beze mnie. Do samego środka wszedłem z małym poślizgiem czasowym, gdyż wlewanie w siebie hektolitrów alkoholu przed klubem zajęło mi nieco więcej czasu niż się spodziewałem… To co udało mi się wychwycić będąc jeszcze na zewnątrz to zagrany przez chłopaków cover Downa „Landing On The Mountains Of Meggido”, brzmiący w ich wersji naprawdę przyzwoicie, a na pewno będący blisko oryginału. Następni na scenie zaczęli rozstawiać się Szwedzi z Horisont. Kapela do tej pory wydała dwie płyty i zdobyła dość spore uznanie wśród fanów retro- stoner rocka. No właśnie pojęcie retro rock w przypadku Horisont nie dotyczy jedynie ich grania, sam ich wygląd przykuwa od razu uwagę – imponujące brody, baki porastające pół twarzy, dzwony, obcisłe jeansowe kurtki i długie grzywy, mogły wskazywać jedynie, iż chłopaki naprawdę nadal żyją w latach 70-tych. Nie można też nie wspomnieć o białym stroju perkusisty, przyozdobionym we frędzle i dwie błyskawice z przodu (coś w stylu Tonny"ego Iommi w ’78). Ich koncert wypadł naprawdę świetnie. Lubię takie granie i to brzmienie...hmmm A niebywale wysoki heavy metalowy głos wokalisty dodawał wszystkiemu jeszcze więcej klimatu. Najbardziej przykuły moją uwagę kawałki śpiewane w ich rodzimym języku , w których do złudzenia przypominali mi świetną, szwedzką kapelę z lat 70-tych, November. Następnie z przebojowego heavy rocka, mieliśmy zostać wciągnięci w świat psychodelicznego, podszytego narkotycznym klimatem bluesa. Jako gwiazda wieczoru wystąpiła amerykańska grupa Flying Eyes. To ich druga wizyta w Polsce – po raz pierwszy wystąpili jesienią zeszłego roku również w „Fonobarze”. To także druga ich trasa promująca najnowszą płytę „Done So Wrong” będącą następczynią debiutu z 2009 roku zatytułowanego po prostu „Flying Eyes” , na którą właściwie składają się dwie pierwsze epki, które zostały wydane w postaci jednego krążka. Zaczęli z grubej rury, jednym ze swoich bardziej znanych numerów: „Lay With Me”- pochodzącym z pierwszej płyty. Od razu dało się zauważyć, iż w porównaniu z pierwszym koncertem w Polsce, muzycy nabrali pewności siebie... i są nieco zmanierowani, co z pewnością spowodowane jest niemałym sukcesem jaki odnieśli, jak i koncertowaniem po Stanach i całej Europie. Tym razem podobieństwa wokalisty do Jima Morrisona nie kończą się jedynie w barwie głosu. Will Kelly pląsał po całej scenie, z zamkniętymi oczami niczym w transie, raz po raz stawał na brzegu sceny z gitarą, obrzucając ludzi podejrzliwymi spojrzeniami, bądź przewracał się przy kolejnej solówce (gdzie podział się ten speszony gość o zabawnym wyrazie twarzy?). Ale cóż…pooblewane piwem kable i poprzewracane mikrofony to niewielka cena za takie emocje jakie wywarli na publiczności, aż sami zdawali się być zaskoczeni tak ciepłym przyjęciem. Na koncercie przeważał materiał z drugiej płyty w tym jeden z moich ulubionych, „Death Don’t Make Me Cry”, czy świetny „Nowhere To Run”. Nie zabrakło też nowych, jeszcze nie opublikowanych numerów, które brzmiały naprawdę ciekawie. Występ zakończyli kawałkiem „Don’t Point Your God At Me” ze swojego debiutu, po czym zeszli ze sceny. Ten wieczór to kolejny niezwykle udany punkt „DOTC”. Przed nami niebawem jeszcze takie kapele jak Eyehategod, czy w ramach „After Party” festiwalu, Crowbar. Jedno jest pewne: Lekko nie będzie!!!
Tekst: Szymon „JohNy sKy” Kaim Zdjęcia: Paweł Wygoda
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze