Frycowe trzeba zapłacić Ruszyły rozgrywki tenisa stołowego i po raz pierwszy w historii tej dyscypliny w ekstraklasie występuje żeński zespół z Sochaczewa. Co prawda Sochaczewski Klub Tenisa Stołowego trafił od razu na faworytki i musiał zapłacić frycowe, ale gra zawodniczek wskazuje na to, że powinno być coraz lepiej. Podczas drugiego ze spotkań Bronisław Gawrylczyk, twórca drużyny, otrzymał zaszczytne odznaczenie przyznane przez krajowe władze tenisowe – złotą odznakę „Za Zasługi dla Polskiego Związku Tenisa Stołowego”. - Tę odznakę przyznano mi – mówi Bronisław Gawrylczyk – za wprowadzenie drużyny do ekstraklasy. Wiele klubów chciałoby się tam znaleźć, a udaje się to tylko nielicznym. Wcześniej również moja córka Natalia dobrze się zasłużyła, bo była w kadrze narodowej i reprezentowała kraj na różnych zawodach. Myślę, że wszystko to wpłynęło na decyzję o przyznaniu mi tego odznaczenia. - Czy mógłby pan przypomnieć, jaka była droga pańskiej drużyny do ekstraklasy? - Drużyna powstała cztery lata temu i od razu zaczęła grać w drugiej lidze, mieliśmy bowiem silny skład i władze związku uznały, iż szkoda takiej drużyny na to, aby tłukła się po niższych ligach. A trzeba dodać, że lig i drużyn w tenisie stołowym jest mnóstwo. Niech o tym świadczy fakt, że co prawda najwięcej wykupionych licencji zawodniczych ma w kraju piłka nożna, ale zaraz za nią, na drugim miejscu, jest właśnie tenis stołowy. Tak wielu młodych ludzi gra u nas w ping-ponga! - I ciągle podobno jest zainteresowanie najmłodszych tą dyscypliną. - Tak, również u nas. Tak się składa, że moja firma remontuje halę sportową na Orkanie. Do mnie więc zgłaszają się tam rodzice z dziećmi, które chcieliby zapisać na zajęcia tenisa stołowego. Są to mieszkańcy Sochaczewa, ale też spoza. Ostatnio przyjechała pani z Guzowa z dwoma chłopakami. Była w Żyrardowie, ale powiedzieli jej, że w Sochaczewie jest prężny tenis stołowy. Hala jednak jest w remoncie, a ponadto Orkan zlikwidował właśnie męską sekcję tenisa stołowego, więc nie ma komu szkolić młodzieży i dzieci. - Ale wróćmy do historii pańskiego zespołu. Wystartowaliście w drugiej lidze, i od razu pierwszego roku awansowaliście do pierwszej. - Tak. Tam graliśmy dwa lata. Przypomnę, że rok temu mecz o ekstraklasę przegraliśmy minimalnie. Aż wreszcie w tym roku się udało. A są drużyny, które grają i dziesięć lat w pierwszej lidze. My możemy grać teraz o medale mistrzostw kraju, lub występować w europejskich pucharach. Jest o co walczyć. - Dlatego wzmocnił pan drużynę? - Musieliśmy nieco zmienić zespół, bo w ekstraklasie nie gra się już debli, a ponadto przeciwniczki są bardziej wymagające. Ściągnęliśmy Natalię Partykę, która jest w kadrze narodowej i 16-letnią, obiecującą Chinkę. Pozostały Kasia Grzybowska i Natalia Gawrylczyk jako rezerwowa, bo ze względu na studia nie będzie miała już tyle czasu na treningi. Szersza kadra czasami bardzo się przydaje. Pamiętam, gdy rok temu walczyliśmy o ekstraklasę, był taki przypadek, że Natalia w czasie ferii wyjechała do Belgii, a grająca w naszym zespole Białorusinka musiała pojechać na zgrupowanie białoruskiej kadry narodowej do Niemiec. Wtedy niespodziewanie ogłoszono, że mamy grać mecz. Sam nie wiem, jak to się udało, że uprosiliśmy trenera białoruskiej kadry, aby zwolnił naszą zawodniczkę na ten mecz i ona przyleciała z Niemiec samolotem. Ale to było za mało, bo rozchorowała się inna nasza zawodniczka Iwona Kuszaj. Dzwonię więc do Natalii do Belgii, żeby natychmiast wracała, bo robi się niedobrze. Ona na lotnisko, a tu mgła i odwołane samoloty. Więc szybko pociągiem do Frankfurtu i tam w samolot. Rano była w domu, zjadła śniadanie i pojechaliśmy do Gorzowa na mecz. - I z jakim skutkiem? - Wygraliśmy, mimo że przegrywaliśmy już 2:0. - Na co pan liczy w tym pierwszym sezonie w ekstraklasie? - Plan minimum jest taki, żeby w niej pozostać, a każdy lepszy wynik będzie sukcesem. Proszę zwrócić uwagę, że mamy najmłodszą drużynę w lidze. Chinka ma 16 lat, Natalia Partyka 18 lat, podobnie jak Katarzyna Grzybowska, zaś grająca na rezerwie Natalia Gawrylczyk 20, tak młodego zespołu w Polsce nie ma. - Gdzie teraz trenujecie? - Teraz, gdy hala jest w remoncie, częściowo u mnie w domu, albo jeździmy do Grodziska Mazowieckiego i tam trenujemy z drużyną grającą w ekstraklasie mężczyzn. Natomiast mecze gramy w hali w Chodakowie, z tym, że musieliśmy sami założyć tam dodatkowe oświetlenie. Na hali było 250 luksów, a na taki mecz potrzebne jest minimum 600 luksów. Załatwił nam to właściciel firmy INSTEL Maciej Piecka, za co mu bardzo dziękujemy. A jeśli mowa o sponsorach, to cieszę się, że udało nam się pozyskać sponsora tytularnego. Nazwa firmy pana Jacka Apki znajdzie się teraz w nazwie drużyny, która nazywać się będzie SKTS Best-Chem Sochaczew. - Ile trzeba dać, aby zostać sponsorem tytularnym? - W tym przypadku jest to około 15 proc. kosztów utrzymania drużyny. Oczywiście, my byśmy chcieli jak najwięcej. Również władze miasta zrobiły pierwszy krok, za co dziękujemy i kupiły drużynie dresy, koszulki, torby i buty do gry, całe wyposażenie. Wyszło też na to, że nie będziemy już płacić za halę, w której gramy mecze, jak to było dotychczas. Sądzę więc, że idzie ku lepszemu i mamy nadzieję, że na tym pomoc władz miasta się nie skończy. Chciałbym również podziękować za pomoc właścicielom firm INDREX, MIKSPOL, PLASTIMET, SUPRO.pl. - Zachęcamy innych do wspierania naszej drużyny, a wracając do szkolenia dzieci i młodzieży, myślę, że szkoda byłoby, aby taka szansa się zmarnowała. Dziewczyny z sekcji mogłyby szkolić młodzież, zwłaszcza Chinka, która jest na miejscu i ma sporo czasu, a, jak słyszeliśmy, jest u nas tenisem ziemnym spore zainteresowanie. Rozmawiał Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze