Reklama

Inwazja magistrów inzynierów + 3 litery

Tygodnik Echo Powiatu
22/06/2006 12:49
Tym razem publikujemy OnLine dwa felietony. Dużą część drugiego z nich zajmuje list dyrektora ZKM Krzysztofa Sieczkowskiego, który jest odpowiedzią na pierwszy felietonów.

Inwazja magistrów

Przez wiele lat nie używałem wizytownika. W ogóle jako człowiekowi prostemu wydają mi się wizytowniki, a przede wszystkim wizytówki jakimś dziwnym zbytkiem. Owszem ułatwiają życie, ale jest w nich jakaś niezdrowa manifestacja własnej osobowości, jakże teraz modna. Nie o tym jednak chciałem mówić. Oto mój wizytownik zapycha się wizytówkami magistrów. Powoli zaczyna mi się wydawać, że dzisiaj w każdym fachu, czegokolwiek by się nie robiło, trzeba być magistrem. Proszę się nie obawiać, nie zamierzam mówić, czyje to wizytówki tkwią w niezbyt przeze mnie lubianym przedmiocie.
Z szafowania „magistrami” i „inżynierami” śmiano się już dawno. Janusz Kondratiuk w „Dziewczynach do wzięcia” swoimi bohaterami uczynił samozwańczego „magistra” i „inżyniera”. Przepraszam, że tłumaczę jak krowie na miedzy, ale magistrzy z wizytówek i pieczątek zdają się nie dostrzegać własnej groteskowości.
Do tego dochodzi jeszcze jeden element. W czasach „magistra” i „inżyniera” z filmu, były obydwa tytuły jednak dość trudne do zdobycia. Dzisiaj jest to daleko łatwiejsze. Śmiem twierdzić, że może to zrobić każdy, kto tylko bardzo tego pragnie. Oczywiście nie zamierzam tu deprecjonować wkładanego w naukę wysiłku, ale nie wydaje mi się, żeby było to coś, czym należy się chwalić.
W terminologii stopni i tytułów naukowych w ogóle istnieje spory zamęt. Ponad wszelką wątpliwość jednak „magister” nie jest ani stopniem naukowym, ani tytułem naukowym. Mogę się mylić, ponieważ stoję na bakier z regułami savoir vivre’u, ale umieszczanie „magistra” na wizytówce nie należy do kanonu tej dziedziny.
Znam natomiast wielu doktorów i profesorów, ludzi oddanych nauce całym sercem, o których nigdy bym się nie dowiedział, że posiadają owe stopnie naukowe, gdyby ktoś trzeci mnie w tym nie uświadomił. Z drugiej strony są to osoby, które raczej nie posiadają wizytówek w ogóle.
Oczywiście, kiedy człowiek funkcjonuje w ramach jakiejkolwiek uczelni, bez wiedzy o czyimś stopniu naukowym lub zawodowym obyć się nie można, choćby dlatego, że należy on do istoty uczelnianej machiny. Nie wiem natomiast po ciężką cholerę umieszczać magistra na wizytówkach związanych w wykonywanym zawodem. Myślę zresztą, że przeciętnie zorientowany szary człowiek wie, że architekt czy dyrektor szkoły posiadają tytuł magistra bądź inżyniera. Być może jednak sami zainteresowani nie są jeszcze co do swojej wartości przekonani, ale czy umieszczenie owego „magistra” na wizytówce cokolwiek może tutaj pomóc?
I tak magistrami są dzisiaj dealerzy samochodów i telefonów komórkowych, właściciele najróżniejszych firm, samorządowcy i urzędnicy. Zawsze, kiedy otrzymuję wizytówkę od takiego „magistra”, zastanawiam się, czy od tej chwili mam się do rzeczonej osoby zwracać per „panie magistrze”? Może powinienem, kto to wie…
Oczywiście mam świadomość, że temat, który dzisiaj poruszam, był już wałkowany niejednokrotnie. Ostatnio jednak, prawdopodobnie w związku ze zwiększonym obrotem spraw w ogóle, przyjmuje rozmiary niepokojące. Głowa od tych magistrów zaczyna pękać…
Pora zatem na odezwę: Uprasza się społeczność magisterską o wycofanie z obiegu dotychczasowych wizytówek i zastąpienie ich nowymi. Niech inspektor, prezes, dyrektor magister Jan Kowalski zamieni się na powrót w Janka Kowalskiego, bo jak słowo daję, nie wytrzymam, pęknę.

Prof. dr habilitowany szpitalnie, klinicznie i poliklinicznie
deszczowy pies Andrzej Gąsiorowski

3 litery

Zgodnie z moimi przewidywaniami felieton sprzed 3 tygodni pt. „Inwazja magistrów”, w którym pisałem o nadużywaniu na wizytówkach i pieczątkach zawodowego tytułu magistra, wzbudził spory społeczny ferment. Niniejszy list jest jego najlepszym wyrazem.

Nie wstydzę się swoich „trzech liter”

W żaden sposób nie zgadzam się z poglądami wyrażonymi przez redaktora „Deszczowego psa”, w tekście pt. „Inwazja magistrów” z dnia 30.05.2006r.
Tytuł magistra zdobyłem w czasach, kiedy liczba studentów w Polsce niewiele przekraczała 360 tysięcy, a wyższe wykształcenie posiadało niecałe 3% dorosłych obywateli. Samo studiowanie było dla mnie okresem w życiu chyba najpiękniejszym i chociaż studia łatwe nie były, skończyłem je w terminie z oceną dobrą. Mimo iż nie pochodzę z rodziny, w której dzieciom przy zdawaniu na studia przysługiwały tzw. punkty za pochodzenie, to uzyskanie dyplomu było dla mnie prawdziwą nobilitacją, żeby nie powiedzieć awansem społecznym. Wizytówką z „trzema literami” posługuję się już prawie 30 lat i nadal uważam, że jest to rekwizyt bardzo w życiu potrzebny, o ile posługujemy się nim w sposób przemyślany i tylko w sytuacjach ściśle określonych. Mimo, iż jestem jak najbardziej świadom czasów, w jakich żyjemy obecnie, to nie widzę dostatecznego powodu, dla którego miałbym się wstydzić swoich „trzech liter”, albo ich nie pokazywać ze względu np. na silną demokratyzację życia publicznego. Studia swoje skończyłem uczciwie i jestem z tego dumny.
Chociaż mamy obecnie w Polsce blisko dwa miliony studentów, a liczba szkół wyższych jest trudna do określenia, to i tak mam wielki szacunek dla ludzi, którzy za wszelką cenę chcą uzyskać dyplom. Szacunek mój jest tym większy, iż wiedzę zdobywają za ciężko zarobione pieniądze, kosztem wolnego czasu, a często także kosztem poważnie już zaawansowanego życia rodzinnego. To nie oni powinni się wstydzić swojego wykształcenia, to wstydzić powinien się układ, w jakim żyjemy, gdzie wiele wartości ulega deprecjacji, a człowiek coraz częściej przestaje być traktowany z należnym mu szacunkiem. Ukończenie studiów nie musi oznaczać obecnie automatycznej poprawy warunków życia. Często daje tylko komfort poprawy psychiki mocno naruszonej złymi stosunkami w pracy, jej braku lub kiepskimi zarobkami. Posiadanie wizytówki z „trzema literami” może być graficznym wyrazem tego stanu rzeczy i to również należy uszanować.

Krzysztof Sieczkowski
mgr ekonomii SGPiS (SGH)
Warszawa w zakresie gospodarki miejskiej


Korzystając z przysługującego mi prawa odpowiedzi, odpowiadam: Szanowny Panie Dyrektorze, wiele Pańskich tez do mnie przemawia, problem w tym, że wysiłek jaki włożyło się w osiągnięcie jakiegokolwiek, choćby najszczytniejszego celu, bez względu na jego rozmiary można zniweczyć w jednej sekundzie, chwaląc się swoim osiągnięciem. „Ściśle określone sytuacje” o jakich Pan pisze obejmują tylko i wyłącznie stosunki „uczelniane” i CV, jakie składamy przyszłemu pracodawcy. Z poważaniem,

Andrzej Gąsiorowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    trycja 2006-06-24 15:15:44

    Rozgrzeszam Cię :)))))) Zawsze wydawało mi się, że mam poczucie humoru, ale ten felieton nie wywołał u mnie uśmiechu... Ech, muszę nad sobą popracować :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Gąsior 2006-06-23 13:36:00

    Patrycjo, w zasadzie wszystko już napisałem, ale że wywołałaś mnie niejako do tablicy, chcę odpowiedzieć w dwóch słowach.
    Z całą pewnością są ważniejsze sprawy, wydaje mi się, że taką myśl można znaleźć w moim tekście. Przepraszam za banał, ale rolą prasy jest zajmowanie się sprawami poważnymi i tymi zupelnie błahymi, tym bardzij rolą kogoś, kto stara się pisać felietony.

    Sprawa "mgr" jest w dużej mierze kwestią konwenasu społecznego. Z dostępnej mi wiedzy wynika, że jest to po prostu nieeleganckie, bo mówimy to o sprawie sytuującej się gdzieś na tym poziomie. Etykieta, savoir-vivre. To są sprawy mi obce, dlatego mój tekst popełniłem jako laik w tej dziedzinie.

    Ja sam już więcej dodać nie mogę, proponuję obejrzeć film, o którym wspominam, czy choćby "Rejs". Skoro twórcy tych filmów mogli troszeczkę pośmiać się z owego "magistra" i "inżyniera", to ja też chyba mogę.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    trycja 2006-06-22 21:42:57

    Nie, no masz rację. Chodziło mi bardziej o to, że jak ktoś pracuje w zawodzie, który wykonywać można tylko po spełnieniu pewnych wymagań w zakresie wykształcenia, to nie widzę żadnych przeciwskazań do "chwalenia się" tytułem na wizytówce. Powiedziałabym nawet, że jest to wskazane. Może nie każdy obecny mgr, czy inż. jest pełnowartościowym i dobrze wykształconym magistrem, czy inżynierem, ale nie da się tego ocenić po wizytówce (z literkami, czy bez).
    A jeśli chodzi o to sprawdzanie wykonawcy, to muszę Ci powiedzieć, że są ludzie, których w ten sposób oszukano, a raczej poprzez niedopowiedzenie wykorzystano. Stąd mój przykład, który dla większości jest mało trafny.
    Poza tym wkurzył mnie ten artykuł - sory Andrzej. Ale czepianie się takich drobiazgów... Czy to ma jakieś znaczenie? Nie używam na codzień swoich literek, ale jeśli miałby mi ktoś mieć za złe ich wpisywanie na wizytówce służącej mi w pracy w danym zawodzie, to wzięłabym to za jakąś fobię, frustrację, albo zazdrość...

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości