Z Jarosławem Kutelskim, dyrektorem ds. korporacyjnych i Beatą Brymorą, konsultantem Mars Polska, o 20 latach obecności firmy w Sochaczewie rozmawia Jolanta Śmielak-Sosnowska
20 lat istnienia firmy to okazja do wspomnień, pochwalenia się osiągnięciami i rozmowy o planach. Zacznijmy od wspomnień. Wejście Mars Polska na sochaczewski rynek to było ogromne wydarzenie, ale pewnie już mało kto pamięta, jak do tego doszło.
Jarosław Kutelski - Może posłużę się historią, którą opowiedział nam Lech Dziewulski, człowiek, który w tamtych czasach między innymi odpowiadał za wybór miejsca pod przyszłe inwestycje firmy Mars. Przede wszystkim, należałoby powiedzieć, dlaczego Polska. Jeśli przypomnimy, że to był początek lat 90., a więc czas tuż po przemianach ustrojowych, wybór wydaje się w pełni uzasadniony. Polska miała być centrum produkcji i dystrybucji produktów na kraje Europy centralnej i wschodniej. Nie bez znaczenia był także fakt, że w naszym kraju mieszkało wtedy ponad 7 milionów psów i kotów, a przecież duża część naszej produkcji przeznaczona jest właśnie dla zwierząt domowych.
Beata Brymora Ja do tych biznesowych powodów dodałabym jeszcze jeden sentymentalny. Bracia Mars nigdy nie zapomnieli, że to głównie Polacy w latach 30. XX wieku budowali ich pierwszą fabrykę pod Chicago. Właściciele wysoko ocenili wtedy kompetencje, pracowitość i zaradność naszych rodaków, którzy wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Myślę, że to w pewnej mierze dług wdzięczności, a także nadzieja, że Polacy znowu pokażą się z dobrej strony.
A dlaczego Sochaczew?
Jarosław Kutelski - Z tym też wiąże się ciekawa historia, bowiem okolice Sochaczewa nie były jedyną lokalizacją pod przyszłą inwestycję. Wiadomo było, że to nie będzie Warszawa, ale miejsce w jej pobliżu, dobrze skomunikowane ze stolicą i resztą kraju. Lech Dziewulski zaproponował więc trzy upatrzone wcześniej miejsca. Jedno na wschód, drugie na południe i trzecie na zachód od Warszawy. Kiedy John Mars przyjechał do Polski, żeby obejrzeć wybrane lokalizacje, zaczęli od tej wschodniej. Na dworze padało, było pochmurno i ciemno. Właścicielowi firmy miejsce to nie przypadło do gustu. Podobnie było z druga lokalizacją. Przyszedł czas na Sochaczew. Niebo się wypogodziło, wyszło piękne słońce, a teren w Kożuszkach tak się spodobał, że John Mars powiedział do Lecha Dziewulskiego: kup to miejsce!
Beata Brymora Teraz traktujemy tę opowieść jak anegdotę, ale miejsce rzeczywiście okazało się szczęśliwe. Trzeba bowiem pamiętać, że w pierwszych założeniach to miała być mała fabryczka. Przypominam sobie konferencję prasową w Urzędzie Miejskim, na której znalazłam się jako ówczesny dziennikarz Ziemi Sochaczewskiej. To był grudzień 1992 r. i właśnie ruszała fabryka suchej karmy. Jeden z dziennikarzy zapytał wtedy, ile osób może docelowo zatrudnić zakład. Szefowie firmy, po uzgodnieniach między sobą, odpowiedzieli, że około 100. Jeśli porównamy tę zapowiedź z obecną liczbą pracowników, to otrzymamy obraz rozwoju firmy w ciągu 20 lat.
Dzisiaj firma zatrudnia blisko 1400 osób, a ilu pracowników liczyła na samym początku?
Beata Brymora Dokładnie ośmiu. To byli pracownicy znajdującej się wcześniej na tym terenie małej wytwórni napojów. Oni tworzyli pierwszą załogę, do której dołączali kolejni mieszkańcy Sochaczewa i okolic.
Jarosław Kutelski Od początku istnienia zakładu w Kożuszkach obowiązywała idea korzystania z lokalnego potencjału. Taka filozofia przyświeca firmie Mars, dodajmy firmie rodzinnej, w której rękach znajduje się 100 proc. kapitału zakładowego. Dajemy pracę ludziom stąd, dbamy o rozwój lokalnych społeczności, współpracujemy z samorządem. Zresztą dzięki tej dobrej współpracy z władzami miasta i gminy firma może się ciągle rozwijać. Procentuje to nowymi miejscami pracy, zatrudnieniem dla współpracujących z nami firm, kontraktami dla producentów surowców, a w końcu rozwojem całego regionu.
Jako pierwsza powstała fabryka suchej karmy. Kiedy zapadła decyzja, że to za mało?
Jarosław Kutelski Decyzja o rozbudowie wypłynęła dosyć naturalnie. Okazało się, że ten rynek ma tak ogromny potencjał, iż warto w niego inwestować. Pamiętajmy, że w tym czasie nie było jeszcze Unii Europejskiej, były wysokie cła, a więc warto było mieć własną produkcję, bo wtedy nasze produkty były tańsze.
Beata Brymora Dzięki takiemu myśleniu, w 1995 r. powstała fabryka czekolady, a rok później rozpoczęliśmy produkcję mokrej karmy. Jako ostatnią uruchomiliśmy linię produktów mlecznych. Warto przy tym pamiętać, że jesteśmy pierwszym i jak na razie jedynym oddziałem firmy Mars na świecie, gdzie na jednym terenie funkcjonują cztery zupełnie różne technologie. Moim zdaniem jest to wyraźny sygnał, że Polacy, a co więcej mieszkańcy tego regionu, sprawdzili się.
Proszę powiedzieć, jaką pozycję zajmuje zakład w Kożuszkach w całej korporacji?
Jarosław Kutelski Z dumą możemy powiedzieć, że nasz zakład jest wzorcowy, a fabryka czekolady określana jest jako ta, w której obala się mity. To znaczy, że jeśli inni mówią, że czegoś się nie da zrobić, to polska fabryka czekolady pokazuje, że można wszystko.
Pełen tekst w najnowszej "Ziemi".
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze