Reklama

Język publiczny coraz bardziej nam chamieje

     Afera podsłuchowa ujawniona przez jeden z tygodników pokazuje nie tylko patologię, jaka panuje na samych szczytach władzy, ale również poziom, jaki prezentują najważniejsi urzędnicy państwowi. Rynsztok wydaje się w tym przypadku bardzo delikatnym i mało adekwatnym określeniem. Karierę w internecie i „na ulicy” już robi wypowiedź jednego z ministrów, który inwestycje rządowe podsumował zdaniem: „Polskie Inwestycje Rozwojowe są, niestety, jak to się górnolotnie nazywa i bardzo eufemistycznie… Ich po prostu nie ma. To ch…, d…a i kamieni kupa”. Ta wypowiedź przejdzie już do kanonu, tylko czego?

     Równie dosadnie ów minister streścił, co przeciętny Kowalski sądzi o przedsięwzięciach rządu, które mają symbolizować rozwój państwa. Mówi wprost, że Polacy „mają w d…e” orliki i autostrady. Tu akurat prawdę powiedział, może zbyt dosadnym językiem. Ludzie chcą pracy i życia w miarę uczciwym kraju. A tu wokół często skorumpowane, przesiąknięte wszechogarniającym nepotyzmem, czyli prywatą, polskie samorządy.  

Reklama

     O tym, że publiczny język chamieje z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, a nawet z dnia na dzień jestem przekonany od dawna. Język polski chamieje nie tylko na „szczytach czy dołach władzy”, ale i w mediach. Słowo „cham” w języku polskim jest synonimem prostactwa, prymitywizmu i wulgarności. W biblijnej „Księdze Rodzaju” Cham był najmłodszym synem Noego. Zachował się wobec ojca niegodziwie i został za to wyklęty. Dzisiejszego chama często nie traktujemy już, jako osobę godną pogardy, zachowującą się bezczelnie i ordynarnie. Cham ze swojej istoty powoli wchodzi do świata polityki, kultury i mediów. A właścicwie już tam wszedł i czuje się dobrze.

     Na co dzień w programach radiowych i telewizyjnych słyszę: „zajebisty”, „zajebista”, „zajebiście”. Także z ust naszych celebrytów. Na ulicy, w sklepach, w tramwajach słyszę słowa jeszcze wulgarniejsze i to w sytuacjach prawie oficjalnych. I takiego języka używają nie męty, menele, nie tzw. margines społeczny. Mówi w ten sposób młodzież z tzw. dobrych domów. Mówią nobliwie wyglądający dorośli, eleganckie panie i zdawaćby się mogło sympatyczni panowie. W przypadkowo posłyszanych rozmowach rzadko mi się zdarza nie odnotować słowa na k.

Reklama

     Wulgarność języka nie bierze się znikąd. Przypisywanie innego znaczenia temu, niż zawarte jest w wypowiedzi, odbywa się na naszych oczach. Przykładow jest tak wiele, że niektórzy już przyjęli tego typu „nowomowę” jako swój jezyk. Często w sferze publicznej zaciera się różnice pomiędzy językiem prostackim a językiem ludzi wykształconych.

     Dorobiliśmy się takich bełkotliwych stwierdzeń jak poczynając od słynnego już „róbta co chceta”, propagowane przez niektóre media. Wyrażenie to jest niby takie swojskie, ale jednak ten narzucony przez media śmieć językowy – jak twierdzą językoznawcy i socjologowie – kryje w sobie zachętę do nieposzanowania autorytetów, dyscypliny i norm społecznych. Może z tym ostatnim przesadziłem, bo norm w życiu społeczno-politycznym jest coraz mniej.

Reklama

     Dorobiliśmy się takich zwulgaryzowanych wyrażeń jak „zarąbiste”, „zajefajne”, które są powszechnie akceptowane w szkolach i rodzinach, mimo że stoją na granicy wulgaryzmów. Słowa wulgarne znalazły powszechny dostęp do języka publicznego, czego – jednym z setek  przykładów –było słynne „spier...laj”  jednej z pań minister skierowane do innego ministra, zarejestrowane przez kamerę i mikrofon i pokazywane publicznie.

     Język polski na ulicy i w życiu publicznym po prostu schamiał. Skoro polityk sejmowy może nazywać grupę obywateli „moherami”, to oczywiste, ze ulica posłuży się jeszcze gorszymi określeniami. W wielu filmach oglądanych przez milionową widownię wulgarność języka przerasta już wszelkie wyobrażenie normalnych ludzi. Nie możemy się dziwić, że wpływa to również negatywnie na dzieci i młodzież. Telewizyjnemu kloacznemu językowi poddają się już nie tylko ludzie młodzi, ale ulegają temu językowemu schamieniu ludzie dawno dorośli, nierzadko emeryci. 

Reklama

     Przekraczane są bariery i niszczone wszelkie reguły socjolingwistyczne. Tego ostatniego słowa może niepotrzebnie użyłem, bo któż go zrozumie. Ale są jeszcze słowniki językowe. Promuje się takie stwierdzenia, w które coraz więcej ludzi wierzy, że „polskość to nienormalność”, podobnie jak heteroseksualność. Bardzo często w prasie, w wypowiedziach polityków można przeczytać lub usłyszeć, że część ludzi to „bydło”, że obrońcy krzyża to „krzyżacy”, a księża to „czarni”, że politycy i zwolennicy odmiennych poglądów to „oszołomy”. I tak dalej, i tak dalej, bez końca.

     W plugawieniu języka polskiego prym wiodą nie rzadko niektórzy, podkreślam niektórzy, użytkownicy tak zwanych portali społecznościowych. Domagają się pełnej wolności słowa, zdjęcia bokad komentowania, a sami często tchórzliwie kryją się pod  "zajefajnymi" ksywami. Ci niektórzy często nie mają pojęcia o niczym i gdzie indziej nie mieli by możliwości wypowiedzenia się i tym samym zaistnienia. Można przejrzeć sobie takie strony.

Reklama

     Nie dość, że takim splugawionym językiem, posługują się ludzie niby wykształceni, cytowani w mediach, ludzie na wysokich stanowiskach publicznych, to na dodatek popełniają oni często liczne błędy ortograficzne, nie wspominając o prawidłowej wymowie czy gramatyce. Znany językoznwca prof. Miodek tak to skomentował w jednej z wypowiedzi „Swego czasu ukute powiedzenie: nieparlamentarne słownictwo obecnie zaczyna być bezsensowne! Dziś parlamentarzyści nie tylko mówią słownictwem całkiem nieodpowiednim, ale i zachowują się karygodnie! Co gorsza, nikt tego nie piętnuje! Kłamstwa - nagradzane, chamskie zachowanie - usprawiedliwiane przez kolegów partyjnych. Przymyka się oczy na niestosowne ekscesy w sejmie, a w najlepszym razie przemilcza. Nieparlamentarny nawet parlament, który kiedyś był wzorem poprawności, kultury. Dziś daleko mu do tego! Przyzwolenie dostają i telewizyjni „kreatorzy” dyskultury. „Róbta co chceta”! W kwestii słownictwa też, a jakże! Dziennikarze, prezenterzy telewizyjni itp. bezkarnie powielają niepoprawności językowe (i w radio, i w telewizji, i w prasie), z czego takim przykładem, którym „z rękawa” niech będzie - „Proszę Panią” (w miejsce „Proszę Pani”) czy „kilka razy pod rząd” (w miejsce „kilka razy z rzędu”). Wulgaryzmów nie będę tutaj wymieniać, ale z pewnością Czytający zgodzą się, że tego w powszechnym użytku - za dużo! Przepis (nie wiem jakiej rangi), który rzekomo każe karać wulgaryzmy pojawiające się w przestrzeni publicznej, jest, jak wiele obecnie, martwą literą prawa. I dalej beztrosko Polacy chamieją!”

     Nie inaczej jest z reklamami. „Zimo, wypier…j” - głosiło swego czasu hasło z billboardu, który pojawił się w pięciu największych miastach Polski. To dzieło sztuki, na które pieniądze wyłożyło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Billboard był częścią projektu noszącego nazwę „Haft miejski”. Chodziło w nim o fotografowanie napisów na murach. Resort kultury dofinansował ten projekt. Jaką kwotą?

Reklama

     W filmach krajowych i zagranicznych nieustannie używa się przekleństw, a ludzie to mechanicznie powtarzają. Kiedyś nawet słowo „dupa” było w mediach wykropkowywane. Dziś przeklinanie uzyskało znaczne przyzwolenie społeczne. Nie inaczej jest w Sochaczewie. Choćby ostatnie „Dni Sochaczewa” i koncert zespołu Big Cyc. Ileż tam razy pojawiało się słowo dupa. A to, że w Sochaczewie są fajne d…y. A to zdania, które sobie wynotowałem w trakcie trwania koncertu, wypowiadane przez nomen omen artystę. Chocby takie: „Lepiej dać dupy na łące niż pracować w Biedronce” Tutaj słowa dupa nie będę wykropkowywał, gdyż słyszały je setki osób będących na koncercie, a sam koncert był organizowany przez państwowy urząd. A to słowa artysty o „koncercie, który urywa jaja” i wiele innych. Pierwszy raz byłem na dniach Sochaczewa w nowym miejscu, i to z gośćmi, i wstyd mi było przed nimi. Wcześniej zawsze bywałem na dniach Błonia, które były w tym samym terminie co Dni Sochaczewa. W tym roku te ostanie były w innym terminie, to mogłem udać się do Sochaczewa. 

     Ciekawą koncpcję na chamienie ma satyryk Krzysztof Daukszewicz. „Wszystko chamieje, to i Polacy schamieli. I nasze życie publiczne, i wyroki sądowe pozwalające przeklinać w miejscu publicznym, do tego skłaniają. Kiedy podczas meczu kibice Wisły krzyczeli do kibiców Cracovii: „Żydzi, sp...lać”, orzeczono, że to nie było przekleństwo, tylko tradycja. Ponieważ właściwie wszelkie procesy o obrażenie kogoś kończą się uniewinnieniem, teraz już możemy przeklinać bezkarnie”.

Reklama

     Chamienie dotyka nawet tak zwane bezsporne autorytety. Aktoka Beata Tyszkiewicz, określana przez niektóre publikatory jako „dama” w programie telewizyjnym „taniec z gwiazdami” „dała czadu”. Po występie Anety Zając i Stefana Terrazzino, którzy w pewnym momencie wskoczyli na stół jurorski, jurorka stwierdziła: - No jeszcze nikt mi nigdy nogami na stole przede mną nie zapie…ł!”. Reszta jury nie kryła zaskoczenia rynsztokowym językiem aktorki. Czy Beata Tyszkiewicz przesadziła? A może i stateczne panie powinny czasem siarczyście zakląć, żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością? Przy tej wypowiedzi słowa wypowiedziane przez lektora programu „Miś z okienka”: „A teraz drogie dzieci pocałujcie misia w dupę” jakże są niewinne.

 

Reklama

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama