Zadaliśmy pytanie dr. Pawłowi Piątkiewiczowi, szefowi Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, czy istnieją jasne procedury i kryteria dotyczące wysyłania karetek pogotowia do poszczególnych zdarzeń. - Zasady wysłania karetek wynikają z ustawy o państwowym ratownictwie medycznym i one są dość ogólnie określone, natomiast, jak do każdej innej ustawy, są i tu odpowiednie przypisy i aneksy, które precyzują owe procedury – mówi dr. Paweł Piątkiewicz. – Przede wszystkim dyspozytor ma obowiązek zebrania wywiadu od osoby zgłaszającej i kierowania jednostek systemu ratownictwa medycznego tylko tam, gdzie życie ludzkie jest w bezpośrednim zagrożeniu, natomiast absolutnie zakazuje kierowania tych jednostek do takich przypadków, które leżą w gestii lekarza rodzinnego. Ze względu jednak na kiepską edukację społeczną w tematyce ratownictwa medycznego, nad czym ubolewam, ludzie nadal uważają, że karetka jest gabinetem lekarskim na kółkach, a czasami nawet, zwłaszcza w ostatnim okresie, że jest jak dziewczyna na telefon. Dlatego dyspozytorzy muszą bardzo rygorystycznie przestrzegać zasad postępowania w kierowaniu karetek na miejsce zdarzenia i niestety selekcjonować, weryfikując to co słyszą po drugiej stronie słuchawki, bo przecież nie są na miejscu zdarzenia. Jest to praca szalenie stresująca i odpowiedzialna, dlatego obarczona czasem błędem. Gdy mówimy o odmowach wysłania karetki, które najbardziej bolą opinię społeczną, to trzeba jasno powiedzieć, że nie są to incydentalne przypadki, takie odmowy są na porządku dziennym. – kontynuuje dr Paweł Piątkiewicz. – Dla przykładu powiem, że tylko w grudniu 2009 r. odmówiliśmy wysłania karetki 71 osobom. Trzeba jednak dodać, że ostatnie lata, a już szczególnie ostatnie miesiące, są pełne wyjazdów. Można bez specjalnej przesady powiedzieć, że prawie nie wysiadamy z karetek. Na dodatek, w naszym Oddziale Ratunkowym na cały powiat mamy tylko jeden zespół wyjazdowy lekarzy specjalistów, oraz dwa zespoły ratowników medycznych, na dodatek jeden z nich jest rozmieszczony w Iłowie. Wezwań jest rzeczywiście ostatnio olbrzymia ilość, na przykład w grudniu zespół ratownictwa medycznego specjalistów, czyli karetka oznaczona literką „S”, wyjeżdżała aż 180 razy. Zespoły podstawowe z ratownikami medycznymi wyjeżdżały łącznie 460 razy. Doliczamy do tego zespół transportowy, który dokonał w jedynym tylko miesiącu 207 przewozów chorych. Były to przewozy pacjentów do ośrodków o wyższej referencyjności, lub do domów albo z gabinetów lekarskich do szpitali. Łącznie więc było w grudniu 847 interwencji sochaczewskiego ratownictwa medycznego. To olbrzymia ilość wyjazdów. I ona w każdym kolejnym miesiącu się zwiększa. Niestety, ludzie u nas nadal bardzo często wzywają karetkę w sposób nieuzasadniony. Z mojej praktyki wynika, że na dziesięć wezwań, naprawdę uzasadnione są dwa. Obserwuję też niepokojące zjawisko, że sochaczewianie pracują od poniedziałku do piątku zaś w weekendy przyjeżdżają leczyć się w Oddziale Ratunkowym w szpitalu, w tym czasie też najczęściej wzywają do domu pogotowie. Wszyscy muszą sobie zdać w końcu sprawę z olbrzymiego zagrożenia, które może wystąpić na skutek pochopnych wzywań karetki. Na przykład, jeśli w tym czasie miał miejsce jakiś groźny w skutkach wypadek lub zawał serca albo nagły poród. A przecież, jak mówiłem, dyspozytorka ma na teren całego miasta i najbliższą okolicę tylko dwie karetki. Trzecia stacjonuje w Iłowie, ze względu na to, że nasz powiat jest bardzo duży, między najbardziej odległymi jego punktami są aż 62 km. Żeby więc spełnić wymóg ustawy, która mówi, że poza terenem zabudowanym musimy dojechać w ciągu 20 minut na miejsce wezwania, trzeba było w najodleglejszym punkcie powiatu umieścić karetkę z obsadą. Bardzo dużo osób w Sochaczewie myli lokalizację Centrum Powiadamiania Ratunkowego ze szpitalem, bowiem dyspozytor, który przyjmuje zgłoszenia wzywające karetki, znajduje się w siedzibie Powiatowej Straży Pożarnej przy ul. Staszica. I stamtąd kieruje telefonicznie bądź drogą radiową dwoma, plus Iłów, zespołami ratowniczymi znajdującymi się na terenie miasta i powiatu. Proszę więc wczuć się w jego rolę, w sytuacji, gdy odbiera około 25 telefonów w ciągu godziny z wezwaniami do różnych przypadków, jak musi być skupiony i rozważnie podejmować decyzje. A przecież często ludzie krzyczą do słuchawki: „Nie będę nic opowiadał, przysyłajcie szybko karetkę, bo ten człowiek umiera!” Tymczasem jemu nie wolno skierować karetki do niewiadomego wezwania. Jest to bowiem zbyt duże ryzyko dla innych mieszkańców miasta i powiatu. Nasze dyspozytorki są to osoby z wieloletnim doświadczeniem na tym stanowisku i mają upoważniające do tego przygotowanie. Trzeba też dodać, że dyspozytor jest pracownikiem systemu ratownictwa medycznego, na którego nie ma wpływu nikt za wyjątkiem koordynatora wojewódzkiego. Jemu jedynie podlega służbowo i merytorycznie. I tylko on może cokolwiek nakazać dyspozytorowi. Członkowie zespołów ratunkowych muszą wykonywać jego polecenia. Jeśli jest zgłoszenie i dyspozytor mówi: „jedziecie”, to nie ma wtedy żadnej dyskusji. Oczywiście, jeśli ma wolną karetkę, bo nadużywanie wezwań pogotowia to już plaga, która może być przyczyną tragedii. Później wszyscy mają pretensje do dyspozytora i do lekarzy. A przecież niekoniecznie trzeba z powodu gorączki, która trwa od kilku godzin, wzywać karetkę, nie musi to oznaczać natychmiast świńskiej grypy albo sepsy. W roku 2009 mieliśmy w sochaczewskim pogotowiu prawie 42 tys. interwencji. Czyżby to miało znaczyć, że całe miasto było w ciągu roku w stanie zagrożenia życiaLub co drugi obywatel w mieście i powiecie razem wziętych? Daje to 114 interwencji dziennie, czyli co 15 minut wyjeżdżała karetka! Jest to absurd. To nie rokuje dobrze, zwłaszcza w przypadku zawsze możliwych zdarzeń masowych. Jak choćby kraksa autobusu lub wykolejenie się pociągu. Lecz i na taką ewentualność dyspozytor musi mieć coś w rezerwie. A jeśli nawet zdarzy się ów wypadek masowy, to trudno liczyć na to, że dyspozytor wyśle wszystkie siły i środki w to miejsce. Bo przecież ta tragiczna sytuacja nie daje gwarancji, że w tym samym czasie pani Zosia nagle nie zacznie rodzić, a pan Andrzej nie będzie miał zawału serca. Mimo to, wcale nie rzadkie bywają sytuacje, że przy tym nawale wezwań, przez wiele godzin dyspozytor nie ma żadnej rezerwy. Przeciętny obywatel pracuje 160-170 godzin w miesiącu, my dyżurujemy w tym samy czasie po kilkaset godzin. opr. bus
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze