Zachciałam mieć mandolinę. Być mandolinistą. Przechadzać się z mandoliną. Z nonszalancką miną wygrywać na mandolinie wesołe melodie. Trzymać mandolinę blisko jak ulubione zwierzątko lub wypasioną maskotkę. Spacerować z mandoliną po górskich zboczach, memłając w ustach źdźbło trawy. Dać się przyłapać na czułym tuleniu mandoliny. Od czasu do czasu odmówić spotkania z tajemniczym uśmiechem mandolinisty. Nie dziś, moi drodzy. Mandolina czeka.
Wizja wielkiej przyjaźni, nierozerwalnej więzi na wieki. Jakbym dostała znienacka w głowę mandoliną. Wybudziłam się ze snu w samo południe. Wszyscy dokoła stali się nieświadomymi zombie, masą pozbawioną mandolin. A ja byłam mandolinowym mesjaszem, dzierżyłam mandolinę jak berło, mandolinowałam ludźmi i oni musieli mnie słuchać.
Nie pytałam o zasadność tego nagłego popędu. Czy wszystko musi mieć sens? Czy każda mandolina musi być przemyślana? Więcej! Czy cokolwiek musi być przemyślane? Co by było, gdybym pomyślała – rozmyśliła się – jednak nie miała mandoliny? O nie, nie ma głupich.
Chwyciłam wszystkie oszczędności mojego krótkiego życia. Wpakowałam je szybko do torby. Niczym złodziej bez skrupułów wykradałam wszystko, co z trudem uciułała rozsądna część mnie. Nie oglądając się na siebie, na policję, ewentualny pościg trzeźwych myśli i wyrzutów sumienia. Z rozwianymi włosami i żądzą mandoliny w oczach wpadłam do muzycznego. „Mandolina!” wołałam od progu. „Królestwo za mandolinę!”.
Rozbiłam się o niechętne i puste spojrzenia pracowników sklepu, którzy wyglądali na ludzi pytających „Mandolina? Dziecko, po co ci teraz mandolina?”. Dostałam ją jednak. „Co, gdybym coś zepsuła?” zapytywałam siebie, obejmując szczupły gryf tej nieskończenie uroczej i bezbronnej istotki. Tonęła w moich objęciach. Jednym zbyt brutalnym uderzeniem mogłabym zerwać jej delikatne struny. Była lżejsza od małego kotka. Łkała cichutko. O ile subtelniej niż te toporne super mega jumbo akustyki! Miała w sobie i wesołe melodie, i nonszalancką minę, i słoneczne górskie zbocza.
„Jest możliwość zwrotu?” wyrwało się rozsądnej części mnie. Ta druga już wykładała forsę na ladę i zwiewała ze sklepu ile sił w nogach. Nie widzisz kartki, pytał ktoś, a ja nie widziałam kartki. Nie widziałam, łzy zalały mi oczy, możliwość zwrotu bowiem nie było, i to było na tej kartce napisane, nie chciałam zwracać przyjaciela, ale możliwość musiała być. Musiała być, bo nigdy nic nie wiadomo, może jestem niemandolinowa, może to nie zadziała, może to chwilowe zauroczenie. Tak mówiła ta rozsądna część, rozsądna część triumfowała, rozsądna część zachowała swoje pieniądze i autorytet. Wychodzę. Ramiona mam puste. Ze zdrowym rozsądkiem i bez mandoliny jestem najnieszczęśliwszym człowiekiem świata.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze