Reklama

Michał Gołkowski – tłumacz, pisarz

07/09/2017 10:25

Wuj co roku przed wigilią zamykał się w pokoju z choinką i torbą waty. I nie wychodził dopóki nie uzyskał niezmiennie tego samego efektu. Choinka wuja musiała wyglądać tak, jakby przysypał ją najprawdziwszy, najlżejszy, najzimniejszy śnieg. I wyglądała.


Michał mógłby przytoczyć różne wspomnienia. Ale opowiada mi właśnie to. A rozmawiamy o istocie postrzegania przez niego własnego życia, miejsca, w którym jest, drodze, która tu go doprowadziła i którą nadal podąża.

Jesteśmy już po zdjęciach. Michał chętnie przystał na plener w najstarszych, zniszczonych kamienicach Sochaczewa. Lubi wszelkie ekspresyjne ślady, a może raczej cywilizacyjne odciski naszych przodków. Są bliskie jego całościowemu, metafizycznemu pojmowaniu tak świata, jak najmniejszych zdarzeń codzienności.

Reklama

Pozował jak zwykle z wdziękiem i chęcią. Można by sądzić, że to świadoma kreacja na przepełnione pewnością siebie wypiętą pierś i zadarty podbródek, wszystko prosto do obiektywu. Owszem, ale osąd byłby nieprawdziwy bez zrozumienia, ile w tym dowcipu i dystansu do siebie. Bez dostrzeżenia, iż sama potrzeba tej kreacji ze sztucznością nie ma nic wspólnego, gdyż leży całkowicie w naturze Michała. To dlatego wierzymy tym zdjęciom, mogą nas poruszyć, rozśmieszyć serdecznie, ale nie odpychają. Poza autentyczna. Taki oksymoron w życie wcielony.

Jest też coś jeszcze. Nieśmiałość. Wyczuwam ją dość dobrze za każdym razem, gdy przychodzi do redakcji, a przecież to nie pierwsza nasza rozmowa. Skromność. Choćby ta wyrażona poprzez przywiązanie do Sochaczewa, w bezpośredniej rozmowie z nawet czepiającym się przechodniem czy gapiem. Pokora, gdy kłania się nauczycielce z liceum: „Dzień dobry, pani profesor”.

Reklama

Bez pewności siebie prawdopodobnie nie byłby najlepszym tłumaczem ustnym w Polsce. Gdyby zaczął się jąkać, wahać w intencji przekazu tłumaczonego, nie angażowaliby go do przekładu na polski międzynarodowych dyskusji wagi tzw. państwowej. Podobnie jako pisarz nie przekonałby do siebie nikogo bez twardego zdecydowania, że to właśnie i nic ponadto chciał napisać.

- Język to młotek. Można byłoby użyć oczywiście bardziej wyrafinowanych narzędzi, ale to właśnie młotek daje nam najszersze spektrum efektywności. Na dobrą sprawę, możemy nim wystukać wszystko, co chcemy, możemy nawet wykuć dziurę czy przyciąć na równo. Jednym zdaniem, im prostsze narzędzie, tym lepszy efekt, trzeba tylko opanować sztukę władania nim. Dziś władam dość dobrze dwoma rozmiarami młotków, używam jednego bądź drugiego w zależności od szerokości gwoździa, który chcę przybić.

Reklama

Wtedy pytam, czy bardziej jest tłumaczem, czy pisarzem, co jest dla niego ważniejsze.

- We wszystko, co robię, angażuję się w 101 procentach. Mógłbym nawet wyliczyć, w czym jest mnie więcej, ale jeśli miarą ma być waga - zacinam się. Nie wiem, co jest dla mnie ważniejsze. Na drodze tłumacza spotkałem pewnego reżysera, to było sześć lat temu, wróciłem do domu i pomyślałem: kurczę, ja też chcę opowiadać ludziom fajne historie! Rok później już pisałem, dziś przygotowuję dwunastą książkę. Można więc podsumować, że gdybym nie był tłumaczem, nie zostałbym pisarzem, tym bardziej, że to jako tłumacz nauczyłem się władać słowem, cyzelować zdania, uderzać wspomnianym młotkiem precyzyjnie. Jednak pewności, że bez zawodu tłumacza, nie zacząłbym pisać, nie mogę mieć, może bym został.

Reklama

Może by został, bo dzisiejszy Michał nie zaczął się przecież od pierwszego przekładu. Sam ujmuje to tak:

- Język dla pisarza jest jak grot włóczni, jak szpica. Tnie, ale nie cięłaby przecież, gdyby nie ten ogromny ostrosłup za nią, który ją popycha.

Ostrosłup Michała? Słynna babcia polonistka, ciotka, wujek zmyślacz, ojciec dyplomata. Głęboki humanizm i języki świata. I ten moment, kiedy zrozumiał, że słowo, odpowiedni ich dobór, oddziałuje na innych, może spowodować wielkie emocje u odbiorcy lub nie wywołać ich wcale.

Reklama

Po tej świadomości przyszła kolejna. W połowie partii szachów poczuł, że chce wygrać. Że nie chce po prostu przeżyć swojego życia, że chce je poprowadzić. Że, jak Nietzsche, woli móc, niż musieć. Od kilku lat tak właśnie prowadzi swoje życie, by jak najwięcej było tego „mogę”, jak najmniej „muszę”. By zostało po nim coś więcej, niż nic lub tylko niewiele. Nasza rozmowa jest dowodem na to, że osiąga swój cel.

Już rozumiem opowieść o wujku i jego choince. Przedwigiljny rytuał to droga Michała, choinka to słowo, a wata to młotek. Czytając książki Michała widzimy to, co chciał, żebyśmy zobaczyli. Zostanie to w nas, nawet już po nim - jak w Michale wspomnienie o wujku.

Reklama


tekst Monika Figut

foto Wiktor Wachowski


 

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    stanislawa-podg 2017-09-10 10:38:45

    Bardzo ciepło kibicuję Michałowi 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości