Reklama

Najpiękniejsza wiara, najpiękniejsza filozofia

05/04/2005 09:07
Trudno dzisiaj dodać coś nowego do wszystkich mądrych słów jakie powiedziano po odejściu Ojca Świętego. Warto chyba tylko podkreślić, że kiedy mówiliśmy o śmierci papieża, stało się coś bardzo bardzo dziwnego. Byliśmy naprawdę nietrywialni. Ludzie schwytani na chybił trafił przez reporterów telewizyjnych i radiowych, mówili o śmierci słowami filozofów. W imieniu Akademii e-Sochaczew przychodzi mi pożegnać Jana Pawła II. Nie mogąc dodać wiele do tego, co już było powiedziane, przypomnę krótko filozoficzne inklinacje naszego papieża, z zaznaczeniem, że jest to moje własne ujęcie filozoficznej myśli naszego rodaka. Dzisiaj inaczej Go pożegnać nie umiem.
Myślę, że to papieskie umieranie oglądaliśmy wszyscy jakby spoza mgły. Kiedy skupienie jest tak wielkie, często umyka nam to, co dzieje się przed zwykłymi zmysłami. Czujemy bowiem także czymś odmiennym, co najczęściej nazywamy sercem. Pewnie dlatego, pisząc te słowa, nie pamiętam już, kto na ekranie telewizora powiedział, że każdy z nas miał z Janem Pawłem II „swą własną sprawę, czy przygodę”. Miałem ją także i ja.
Nieszczerość byłaby grzechem najgorszym, stąd muszę powiedzieć, że papieskie pielgrzymki po 1989 r. pozostawiały we mnie duży niedosyt. Nie zamierzam go dziś ani sobie, ani nikomu tłumaczyć. Dość powiedzieć, że w czasie ostatnich lat posługi papieża, kiedy choroby pochylały Go coraz bardziej, znów zbliżyłem się do Niego. Nie poprzez wiarę jednak, a przez filozofię. Im bardziej grzęzłem w usiłowaniach filozoficznych analityków dowodzących, że racjonalnie w Boga wierzyć nie możemy, tym bardziej wzmacniała się moja wiara. Ojca Świętego nigdy do tych myśli nie włączałem, a dziś uświadamiam sobie jak bardzo był tam obecny.
Teraz, kiedy nie ma go już pośród nas, próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, jakim filozofem był Karol Wojtyła? Do kogo było mu najbliżej? Nie myślę tu wszak o takiej filozofii wysłowionej czarno na białym. Że na przykład Wojtyła mówił o tym i o tym jak św. Tomasz, czy jak św. Augustyn. Myślę raczej o osobistym filozoficznym blasku, jaki bije od każdego wielkiego myśliciela, prześwietla przez dzieje, przez karty jego dzieł. Dlatego Karola Wojtyłę nie łatwo przyrównać do kogokolwiek. Wpisuje się Go w poczet personalistów, ale to stanowczo za mało powiedziane, bo personalizm niewiele się zajmuje metafizyką, a ta (jako dotycząca prawd ostatecznych) interesuje nas najbardziej i tą żywo się zajmował nasz papież, zresztą nie tylko w filozofii, ale także w poezji.
Ponieważ był Jan Paweł II człowiekiem niezmiernej uprzejmości, przekładała się ta uprzejmość także filozoficznie. Że do Tomasza, Augustyna, Pascala, filozofów dialogu odnosił się ciepło, to się rozumie samo przez się. Ale On także o pozytywistach, którzy wierzyli tylko w to, co widzą oczy i uszy potrafił powiedzieć dobre słowo. Dla papieża takie pozytywistyczne ujęcie „granic ludzkiej racjonalności podporządkowane zmysłom, wewnętrznie kierowanym prawami matematyki, przyczyniło się szczególnie do racjonalnego porządkowania zjawisk, do sterowania procesami technicznego postępu”, a zatem nie było złe, choć na pewno było ograniczone. Ewangeliczne oddawanie Bogu tego, co Boskie, cesarzowi tego, co cesarskie poszerzał Wojtyła o – najogólniej mówiąc – oddawanie naukowego naukowcom. I znać było, że nawet tutaj, na polu filozofii, stara się godzić zwaśnione strony.
Dlaczego jednak nie wszyscy wiemy, że Karol Wojtyła był filozofem? Naprawdę, powód jest prosty. Kiedy Ojciec Święty do nas przemawiał, mówił językiem serca, jakby zdawał Sobie sprawę, że scholastyczne, rozumowe rozróżnienia mogą ominąć odbiorców. Na pierwszy rzut oka ten dysonans pomiędzy pielgrzymkowymi kazaniami papieża, a jego myślą filozoficzną zdaje się być ogromny. Ale kiedy wsłuchamy się w jedno i drugie, to dobrze słychać, że papież najzwyklejszymi słowami przekazuje nam myśli Ojców Kościoła, Augustyna, Anzelma z Canterbury, Tomasza, Mistrza Eckharta, a potem tych wielkich nowożytnych obrońców wiary: Kartezjusza, Leibniza, Pascala. Obrońców, z pośród których nie wszyscy szli ręka w rękę z ówczesnym Kościołem.
Sam papież, wpisując się w to filozoficzne dziedzictwo, podobnie do wspomnianych myślicieli, przeżywał niezwykle bolesny, a obecny od początków chrześcijaństwa rozdźwięk: wiara, czy rozum. Najprawdopodobniej rozstrzygnięcie tego właśnie pytania w wydaniu Ojca Świętego powie nam o Nim najwięcej jako teologu i filozofie. Jan Paweł II mówi wprost, to wiara jest odpowiedzią! „Chrześcijanin nie musi wchodzić w filozoficzne spekulacje na temat Boga, skoro przemówił do niego Żywy Bóg, i to przemówił przez Swojego Syna”. Tutaj w niczym zresztą nie odbiega od Św. Pawła, dla którego jest jasne, że prawdziwe poznanie Boga następuje poprzez wiarę. Przecież i św. Tomasza, który wyraźnie twierdzi, że istnienie Boga nie jest oczywiste, że musi być ono stwierdzone lub dowiedzione, określa Karol Wojtyła nieco inaczej, niż to w historii filozofii przyjęte. Uznaje, że odpowiedź jakiej udziela Tomasz na pytanie – „Czy istnieje Bóg?” jest w ujęciu Akwinanty „nie tylko sprawą intelektu, ale równocześnie sprawą całej ludzkiej egzystencji. Zależy od wielorakich sytuacji, w których człowiek szuka znaczenia i sensu tejże egzystencji”; i dalej mówi Wojtyła, że „pytanie o istnienie Boga jest najgłębiej związane z celowością ludzkiego bytowania. Jest nie tylko sprawą rozumu, ale także sprawą ludzkiej woli, więcej, sprawą ludzkiego serca ”. I to już jest cały Blaise Pascal. „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna” – pisze w „Myślach” francuski myśliciel, który obok odkrywczych pomysłów na polu matematyki, twierdzi także, iż w sprawach zasadniczych nauka jako taka nie daje nam odpowiedzi. Stąd ja sam, w filozofii, przyrównuję naszego papieża do Pascala. Jest jednak zasadnicza różnica między Francuzem, a Karolem Wojtyłą. Ten drugi nigdy nie zgodziłby się na zakładanie się o istnienie Boga; to by było dla przepełnionego wiarą Jana Pawła II zbyt wiele.
Akademicka historia filozofii umieszcza Karola Wojtyłę pośród personalistów. To znaczy tych spośród tomistów, którzy odkładają nieco na bok zagadnienia metafizyki i teorii poznania, a koncentrują się na problematyce społecznej, a może lepiej powiedzieć etycznej.
W powszechnym odbiorze Jana Pawła II znamy właśnie od tej strony. Jeszcze przed rozpoczęciem pontyfikatu Karol Wojtyła ukazał się nam w świetle personalistycznym, widocznym w trzech pracach: Miłość i odpowiedzialność, Osoba i czyn, oraz Osoba: podmiot i wspólnota. Nigdy nie porzucił poglądów w nich zawartych, ale prawdziwie na losy świata zaczęły wpływać dopiero teksty oficjalne, ogłoszone po rozpoczęciu pontyfikatu, encykliki O pracy ludzkiej i W setną rocznicę encykliki Rerum Novarum. Obydwie przepaja duch personalizmu wypychający człowieka poza jego fizyczność, biologiczność i historyczność do poziomu osoby, mogącej decydować w sposób wolny i autonomiczny. Obydwie szczególne miejsce przyznają pracy człowieka. Tej pracy, której godność na odrębne sposoby była szargana w ciemnych latach socjalizmu i dzisiaj, kiedy rządzi tzw. „wolny rynek”. To w encyklikach Jan Paweł II przeciwstawił totalitaryzmowi rzecz najprostszą i najwznioślejszą – ludzką pracę, która miała stworzyć godne życie, pozwalające umocnić godność człowieka i jego zdolności twórcze, tak, aby miał możliwość udzielania odpowiedzi na własne powołanie i na zawarte w nim Boże wezwanie.
Prawdopodobnie to z tej, najpierw Tomaszowej, a potem personalistycznej myśli, zrodziła się w Wojtyle chęć do zażegnania konfliktu pomiędzy Kościołem a demokracją. Tylko taką jednak, która reprezentuje prawa człowieka. Przy czym otwierając drogę temu ustrojowi, nie przestał podkreślać, że demokracja bez wartości, to zakamuflowany totalitaryzm, a pierwszą spośród tych wartości jest prawda. W tym miejscu ujawniła się także inna wielkość papieża Polaka. Ta, która przynajmniej pozornie występowała przeciw samemu Kościołowi. Wielkość, która kazała Mu pisać: „Kościół nie zamyka bynajmniej oczu na niebezpieczeństwo fanatyzmu czy fundamentalizmu tych ludzi, którzy w imię ideologii uważającej się za naukową lub religijną czują się uprawnieni do narzucania innym własnej koncepcji prawdy i dobra”. Stąd wzięło się wyznanie grzechów Kościoła, odwiedziny w synagodze i meczecie, określenie antysemityzmu jako grzechu.
Ostatnie lata, miesiące, a w końcu dni i godziny pokazały nam jeszcze jedną, najwyższą formę filozofii praktycznej. Tę, która naocznie, z całą potworną niemalże siłą mówiła: starość i choroba są naturalnym elementem naszego ludzkiego bytowania. Gdy podnosiło się coraz więcej głosów, że powinien ustąpić, On z coraz większym oporem mówił im i Sobie: nie! To jest posługa, która musi się wypełnić do ostatniego tchnienia. I tak się też stało.
Już dzisiaj wkłada się Jana Pawła II do teologicznych i filozoficznych szufladek. Mistyk – mówią. Owszem, ale nie taki, który nam Boga wyciąga z rękawa. Z filozoficznego punktu widzenia Jan Paweł II to ten który wierzy i rozumie. Augustyn, Anzelm, Tomasz, Pascal i wielu wielu innych w jednej osobie. Pełen siły i mądrości swych filozoficznych poprzedników.
Obraz Ojca Świętego, który nie opuszcza mnie od wielu dni, jest smutny. Widzę nieustannie Jego wolno obracające się plecy, znikające w oknie Pałacu Apostolskiego. Innymi razy patrzę, jak nie mogąc już przemówić, błogosławi tłum zebrany na Placu Św. Piotra. Ten obraz nie opuści mnie jeszcze długo. Ale smutek kiedyś odejdzie. Pozostanie poczucie, że pontyfikat Jana Pawła II to była najpiękniejsza wiara i najpiękniejsza filozofia.

Andrzej Gąsiorowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    marnie 2005-04-06 00:00:00

    Odszedł Człowiek
    wybrał posługę,
    miał dar filozofa, poety, aktora
    ale nad to wszystko miał WIARĘ
    Jan Paweł II, nasz na zawsz Ojciec Święty

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości