Ze zdumieniem dowiedziałem się z lokalnej prasy, że na mojej własnej ulicy istnieje „spór dotyczący osiedlowych dróg dojazdowych, który urósł wprost do wojny pomiędzy mieszkańcami”. To coś nowego! Chodzę codziennie po moim osiedlu, a tu kule nie świszczą, szrapnele nie pękają. Co jest nie tak!? Rzeczywiście, o problemie bloków, których mieszkańcy zostali odcięci poprzez zamknięcie dróg dojazdowych przez własnych sąsiadów, pisałem już dwa razy i rzeczywiście mieszkam w jednym z odciętych budynków. Gdybym jednak chciał z sąsiadami wojować, to wypożyczyłbym spychacz i rozjechał postmodernistyczne instalacje z gumy i metalu (cóż za perwersja). Oczywiście wtedy konflikt eskalowałby i mógłbym się spodziewać, że sąsiad wpakuje mi do mieszkania w środku nocy pocisk z bazooki. Nic takiego jednak na mojej ulicy się nie dzieje. Mieszkańcy odciętych bloków patrzą ze spokojem na uczynki sąsiadów i nie podejmują jakichkolwiek kroków, żeby temu przeciwdziałać. Natomiast, com napisał, napisałem jedynie po to, żeby pokazać czytelnikowi, ile złej woli może zgromadzić się w człowieku. Takie zatarasowanie drogi wymaga przecież sporo wysiłku. Po pierwsze, trzeba przełamać to, że przez lata żyło się we wzajemnej życzliwości i szacunku z sąsiadami, którym już za chwilę zamknie się drogę. To nie jest łatwe, bo człowiek nie zwierzę, sumienie ma. Po drugie - kłopoty techniczne. Trzeba zgromadzić stal, gumę, łopaty, kilofy i co tam jeszcze, a do tego ludzi, którzy ważną pracę tarasowania dróg wykonają. Problemy można mnożyć. Ujęcie własności jako prawa dysponowania rzeczą w granicach potrzeby wywodzi się od św. Tomasza. Myśl filozofa przejął Kościół Rzymskokatolicki. W encyklice Rerum Novarum Leon XIII pisał o własności, że jest ona naturalnym prawem osoby ludzkiej i podstawą jej wolności, ale zarazem nie jest ona nieograniczona. Korzystanie z niej łączy się z obowiązkiem wobec społeczeństwa, własność jest bowiem funkcją społeczną. Takimi czy innymi drogami myśl Kościoła przenikała do ustawodawstwa i stąd w miażdżącej liczbie systemów prawnych - a także w polskim - klauzule generalne, mające ograniczyć zupełnie swobodne korzystanie z własności. Rzeczywiście na osiedlu jest jedna droga dojazdowa, w bardzo złym stanie zresztą. Sąsiedzi, którzy zagrodzili dojazdy korzystają z niej bez oporów. Nieprawda, że nie przebiega ona przed oknami domów. Przebiega bowiem tak samo, jak jedna z zagrodzonych dróg. Druga zatarasowana droga znajduje się natomiast w szczycie budynku, gdzie nie ma okien (sic!). Gazeta, w której przeczytałem te farmazony, chce być mediatorem w konflikcie pomiędzy mieszkańcami. Cóż, w takim razie ja - deszczowy pies - podejmuje się mediacji pomiędzy zwaśnionymi mieszkańcami Marsa i Wenus. Nie ma bowiem żadnego konfliktu ze złą wolą, co najwyżej bezgraniczne zdziwienie, że bez zdania racji sąsiedzi mieszkający ze sobą i po 50 lat, mogą bez zmrużenia oka robić takie rzeczy. Jestem pewien, że nawet gdyby odcięte bloki zagroziły użyciem bomby atomowej, instalacje nie zniknęłyby z dróg. Jesteśmy bowiem w Polsce! Oglądali Państwo „Samych swoich”? Na zakończenie pytanie: czy praktykujący chrześcijanin powinien mieć w nosie to co setki lat temu napisał Św. Tomasz, całkiem niedawno Leon XIII, a mówi nam codziennie Jan Paweł II? Dlaczego pytam? Żyjemy bowiem w państwie katolickim. A nawiasem mówiąc, to zastanawiam się, kiedy redaktorzy owej gazety mają czas na pisanie artykułów wobec nasilającej się liczby debat i mediacji, jakie prowadzą i chcieliby prowadzić?
Andrzej Gąsiorowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze