Dziwna ta noc. Dziwnie jest grzebać po omacku w szafie, szukając mandoliny. Dziwnie jest pisać nie widząc stawianych liter, może długopis nawet nie pisze? Pomyślmy chwilę o losach zdań postawionych na próżno niedziałającym długopisem. Na zawsze zagubione w ciemności, błądzące po omacku, w połowie drogi między zamroczonym sennością umysłem, a wyłowioną spod łóżka kartką. Nie mają w sobie ani doskonałości zdań istniejących wyłącznie w umyśle, ani twardego realizmu zdań wystukanych na klawiaturze komputera. Duchy, widma, upiory. Na świecie, lecz nie dla świata. Stworzone, lecz nie wcielone. Aż strach mnie zaczyna brać, już niemal widzę te zbłądzone zdania, krążące nad moim uchem z determinacją głodnych komarów, przerażające i wiejące grozą niepotrzebnego patetyzmu, to znów zwyczajnie irytujące, wyszeptują swoje sekrety w godzinach głębokiej nocy, które są tak ciemne, iż zda się, że sam Bóg nas nie widzi.*
Ale długopis powinien pisać. Znalazłam go tuż przed Stadionem Narodowym. Czekałam wtedy na koncert Paula McCartney’a, uznałam więc to za niezawodny znak, że właśnie tym oto długopisem mój idol podpisze mi się na kupionym wcześniej plakacie. Oczywiście nic z tego. Zawsze można mieć nadzieję, że to właśnie on go tam zgubił.
No i gdzie ta mandolina? W szafie tylko pusty pokrowiec, zgłosić porwanie? Szkoda robić raban po nocy, może wróci do rana? Słyszę ciche popiskiwanie przyduszonych strun, jest tu, na krześle pod poduszką, oparta niewygodnie o klucze. Przyciągam ją na łóżko, chcę zaintonować tęskną miłosną serenadę do otwartych okien wypełnionych ciemnością i bladymi, chorowitymi gwiazdami miasta. Ale klops. Rozstrojona. Zdecydowanie nie będę natężać się teraz do tak prozaicznej czynności, jak regulowanie kluczy i dopasowywanie do siebie dźwięków w instrumencie. Innym razem.
Niesamowite, jak pewne i instynktowne są ruchy dłoni przy stawianiu liter, niczym ruchy języka przy wymawianiu ich. Nadziwić się nie mogę. Wróćmy do koncertu.
Co może zdziałać koncert? Od dwóch dni nie potrafię jeść i spać. Kupa problemów, hałdy marzeń, szczyty szczęścia, wzgórza rozpaczy, depresje depresji. Choruję z miłości do starego dziadka. Myślę, że jesteśmy sobie przeznaczeni, bo ja mam 17 lat, a gdyby przestawić cyferki w moim wieku, wyszłoby 71. Tyle lat ma Paul. Jesteśmy dwoma pisanymi sobie sercami. Jesteśmy swoimi palindromami.
Dobra, teraz trochę już żartuję. Tak mi się dowcip wyostrzył o tej późnej porze, gdy wszystkie kontury i sylwetki stają się raczej rozmyte. To też brzmi trochę jak dowcip. Tylko nie potrafię sprawić, żeby stał się naprawdę śmieszny.
*Dzięki, Wiktorze Hugo, za to zręczne sformułowanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze