Napisanie felietonu w 700. numerze gazety niewątpliwie zobowiązuje. Długo więc zastanawiałem się, jakiego by tu koziołka fiknąć, jakiego by zajączka z kapelusza wyciągnąć, lub asa z rękawa pokazać? W końcu postanowiłem podejrzeć prawdziwego fachowca. Słyszałem kiedyś, jak to w pewnej wiosce na płocie miejscowa ludność mogła przeczytać, nagryzmolony niewprawną ręką anons: „Wieczorem w remizie wystąpi Murzyn”. I podobno przyszli wszyscy, cała wieś. Mimo, że nikt nie wiedział, co też ten czarny będzie robił. W Chodakowie w sobotę wystąpił magik. Impreza była podniosła, bo chodziło o dziesiąty, jubileuszowy finał konkursu „Miss Sochaczewa”. A iluzjonistę zaproszono na wszelki wypadek. Gdyby się coś „sypnęło”, taki fachowiec zawsze jakoś wybrnie z sytuacji. I on, jak należało się spodziewać, stanął na wysokości zadania. Już pierwsza sztuka zaparła wszystkim dech w piersiach, gdy nasz magik przypalił świeczkę. Potem uciekała mu po scenie laska, co by to nie miało znaczyć, a na koniec pierwszego wejścia strasznie naśmiecił, rozrzucając wszędzie karty do gry. Całą przerwę w jego występie, w której pokazały się misski, ludzie z niecierpliwością oczekiwali na ciąg dalszy. I chyba się nie zawiedli, bo dopiero wtedy mistrz iluzji dał czadu. Wyciągnął jedną kobitę z widowni i kazał jej trzymać tacę, a przy tym wołał do niej: Machalaj, machalaj! Aż się jej wszystko pomachalajało i zamiast wykonywać magiczne gesty, opowiadała o tym, czym wzbudziła zdrową wesołość na widowni. Na estradzie pojawiał się także od czasu do czasu wesoły konferansjer, Franio, który wyraźnie pragnął dorównać mistrzowi. Franciszek, nie wiedzieć czemu, upodobnił się zewnętrznie do niejakiego Sumińskiego, który kiedyś w telewizorze bajał o zwierzątkach. Ten też zaczął bajać, tyle że głównie o kociakach: „Konferansjer jest jak biustonosz, niby niepotrzebny a jednak podtrzymuje całość” – powiedział, po którym to wyznaniu niejeden pan na widowni zaczął żałować, że wyobrażał sobie dziewczyny bez. A iluzjonista nie popuszczał. Wsadził asystentkę do skrzyni, by najpierw ukręcić jej łeb, a potem, tfu, przerżnąć na dwie części, które oddzielnie wirowały po estradzie. I powiem wam, że chyba bym nie chciał wiedzieć, jak to się robi. Dziewczyny też wirowały, skakały, biegały i kucały…, wszyscy jednak w napięciu czekali na magika. Ten zaś poszedł na całość i z brzucha wyszła mu dziewczyna, czyli że ją urodził, na dodatek całkiem dorosłą, i to jeszcze jak! Potem wyjął pistolet i krzyknął: „A teraz ustrzelimy jedna misskę!” Nie zdradził jednak, która mu się aż tak nie spodobała. Konferansjer z biustonoszem znów próbował go przebić i gdy zaczęła zanikać mu fonia w mikrofonie, z uporem kontynuował wypowiedź, aż wreszcie usłyszeliśmy, że jedna z missek otrzyma w nagrodę … kwity. – Na prezydenta? – krzyknął ktoś z widowni. Zabawa była przednia, i nie wiem, czy wielu zauważyło, kto tego dnia zwyciężył, a także to, że Miss Sochaczewa otrzymała jeden telewizor, a wicemiss dwa. A jeszcze tego samego dnia wieczorem, właśnie w telewizorze, pokazali innego magika. Davida Copperfielda, który wlazł w sam środek trąby powietrznej, bo tylko tam podobno można ten kataklizm przeżyć. Czyżby on robił nas w trąbę? Chociaż, prawdę mówiąc, my to przecież bardzo lubimy. Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
czy zawsze musi być coś z przytykiem....wg mnie iluzjonista spisał się super i cała impreza była ok