„Najlepszym przyjacielem mężczyzny jest jego kolekcja płyt...”
Smutno mi, gdy widzę w sklepie muzycznym całe rzędy srebrnych krążków, a gdzieś tam w kącie kilka czarnych, zakurzonych winyli. Ach, moja ukochana Czarna Płyto – dlaczego o tobie zapomnieli? Te twoje kształtne krągłości, twój format, pokazują mizerię kompaktowych płytek. Ileż w tobie możliwości dla projektantów kopert! Rozkładane obwoluty, olbrzymie plakaty, różne formy wielokątów, ruchome elementy, trójwymiarowe zdjęcia, wyglądałaś tak pięknie. Byłaś gazetą, książką, kartą pocztową, ubierano cię w karton, blachę, tkaninę czy w folię, a Stonesi zadziwili wszystkich, ubierając cię w jeansy z prawdziwym rozporkiem. No i ten twój zapach... najnowszych perfum marki „Farba Drukarskaâ”! Jeśli byłaś z dalekiego zachodu, każdy kto cię zdobył, otaczał cię jeszcze większą pieczą. Winyl zbiera kurz, więc po pierwsze należało umiejętnie chować cię do papierowej koperty. Po sposobie wykonywania tej czynności można było odróżnić kolekcjonera od zwykłego fajansiarza. Płyty należało przechowywać tak, by nie ścierał się z nich lakier, a rogi broń Boże nie pozaginały się. Dlatego nie zdzierało się folii w którą byłaś oryginalnie zapakowana. Niewątpliwym dowodem miłości do Ciebie Czarna Płyto, było inwestowanie w środki czyszczące, chusteczki antystatyczne i szczoteczki, a wtedy ty tę miłość na pewno odwzajemniłaś słodkimi dźwiękami muzyki. Socjalistyczne lata wymuszały nad wyraz pieczołowite obchodzenie się z longplayami, które ze względu na wysokie ceny oraz znikomą dostępność, podlegały ciągłej wymianie lub sprzedaży. Trzeba było być niezłym cwaniakiem, żeby nie naciąć się na podróbkę. Napisy np. „Made in Hungary” zamazywano flamastrem i przyklejano zachodnią nalepkę. By wybawić rysy, niektórzy posuwali się do użycia pasty do butów! Najważniejszą sprawą dla każdego maniaka było ustawienie płyt na półkach. Większość zaczynała od upychania pierwszych sztuk w wolne miejsca półek lub stawiania byle gdzie. Z czasem kolekcja rośnie i trzeba wprowadzić jakiś ład. Z miłośnika sezonowych hitów przeistaczamy się w prawdziwego kochanka – świadomego fana. Nasza kolekcja zaczyna odzwierciedlać zdobywaną przez nas wiedzę. Zaczynamy czytać prasę muzyczną i słuchać specjalistycznych audycji radiowych. Wówczas dochodzi jak w każdym zakochanym, do gwałtownej przemiany wizualnej, bo nagle postanawiamy przeistoczyć się w hipisa, metala czy rastamana. Naszą przemianę natychmiast odzwierciedla nasza kolekcja. Decydujemy się na rozstanie z większością nie przystających do nowych czasów, wręcz wstydliwych starych płyt. Ech... ta miłość – nie wybiera. Kiedyś słuchaliśmy metalu, punka, rocka progresywnego, teraz stawiamy na ostry funk i jazz, blues. Wciąż szukamy, mamy nadzieję, że nowa młoda fala jeszcze nas zaskoczy, że poczujemy ten dreszczyk. Jednocześnie krążymy i wsłuchujemy się w dźwięki jeszcze dotąd nie poznane, nie dotknięte. Właściwie, pisanie o tej miłości w obecnych czasach, gdzie większość ludzi ściąga płyty z Internetu lub „wypala” na nagrywarce, mija się z celem. Małpy, serwery, twardziele, fraktale, modemy i procesory to nie jest dobre towarzystwo dla zakochanych w muzyce. Dlatego dla mnie każdy pretekst jest dobry, by na kilka godzin zaszyć się ze swoją ukochaną (kolekcją) , bo nikt nie jest tak wierny jak ona. nierob
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze