Są ludzie, którzy odchodząc z tego świata popadają w zapomnienie. Może jedynie pies po nich płacze. Jeśli był takowy. Są i tacy, o których pamięć nie ginie. Zapisują się w historii jak tatuaż, jak blizna. Chcąc, nie chcąc głośno o nich. Nawet po śmierci. Bywają tacy, których zapomnieć nie chcemy. Dbamy o ich ziemskie miejsce wiecznego snu, modlimy się za nich, mamy wiarę, że powiększyli grono Aniołów. Bo kogoż innego? I nadzieję mamy, że do nich dołączymy. Kiedyś, kiedy przyjdzie na nas kolej. Bo niby czemu nie? Ale są też tacy, którzy po prostu nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nie tylko dlatego, że za życia tyle wkoło siebie narobili zamieszania. Nie tylko dlatego, że byli niebywale kochani, szanowani, że po nich pustka, której nigdy się już nie wypełni. Nie dają o sobie zapomnieć, bo SĄ. Są w dalszym ciągu. Wśród nas. Anioł? Duch? Energia? Nie wiadomo co. Ale jest to oczywiste, że są i że to właśnie oni.
Leszek Lewicki odszedł z tego łez padołu nieoczekiwanie. W bólu, cierpieniu, w wierze, że to jeszcze nie koniec. Pracował z nami w Teresińskim Ośrodku Kultury, gdzie był ważną dla nas wszystkich osobą. Był wspaniałym muzykiem. Pełnym niekonwencjonalnych pomysłów. Muzyka była całym jego światem. Była jego miłością. Najbardziej blues. Jednak znalazł czas i na poezję śpiewaną, na szanty, na muzykę country. I robił to z radością. W młodości grał w wielu zespołach. Ścieżki większości sochaczewskich i teresińskich muzyków przecięły się z Leszka ścieżką. Wielu z nich nadal wspomina Leszka ze łzą w oku. Tak więc pamiętamy. To dobrze. Tyle byliśmy warci za życia ile w innych pamięci. Czasem jednak nasza pamięć nie wystarcza i ktoś, kto odszedł lubi o sobie przypomnieć. To miłe, daje poczucie magii, choć może być mało komfortowe. Czyż to nie znaczy, że jest coś po…? Jestem „za” jeśli tylko prowadzi to do takich efektów jak w naszym przypadku. Oto historia niebywała. Historia powstania klipu.
W maju, z najstarszą grupą wokalną przygotowywałam koncert polskich piosenek lat 60. Cztery wokalistki przygotowały po dwie piosenki a dwie miały zaśpiewać wspólnie. Jednak charakter jednej z nich (znaczy się piosenki) nie podpasował grupie, więc z niej zrezygnowałyśmy (znaczy się z piosenki). Zostało dziewięć piosenek. Mało jak na koncert. Jeszcze jedna by się przydała. Biorąc pod uwagę ogrom pracy przed nami, obowiązki zawodowe i prywatne każdej z dziewczyn, nie dało się żadnej przekonać do dodatkowej pracy. Wzięłam więc ten utwór na siebie. Tylko jaki to powinien być utwór? Po przeanalizowaniu zespołów, które grały w latach 60., padło na zespół BREAKOUT. Pomyślałam: To coś dla mnie. Lubię tej muzyki posłuchać, nie jest mi obca, numery znane, chłopaki zagrają bez problemu. Najbardziej oczywistym był utwór „Poszłabym za Tobą”. Na drugiej czy trzeciej próbie przypomniałam sobie, jak wiele, wiele lat temu próbowałam śpiewać utwory Miry Kubasińskiej. Nie podchodziły mi w ogóle. To nie były moje klimaty. Nikt nie mógł mnie do tego namówić. Nawet Leszek. No właśnie. Leszek. „Lolek” był ogromnym fanem Tadeusza Nalepy. Znał wszystkie jego utwory, teksty, akordy, solówki, wiedział kiedy jaki utwór powstał, kto grał w którym nagraniu. Próbowaliśmy coś nawet wspólnie ale…. Nie. Ja się do tego nie nadawałam. I oto przyszedł moment, kiedy miałam się przeprosić z tą muzyką jako wokalistka. Postanowiłam zadedykować Leszkowi tę piosenkę podczas koncertu. Zrobiliśmy ją tak, aby jak najbardziej przypominała oryginał. Nie bardzo wyszło aż tak, ale byliśmy zadowoleni. W miarę. Dzień koncertu, nerwy, sprawdzanie czy wszystko działa. Ok, wszystko git. Zaczynamy. Każda piosenka ma nagraną zapowiedź na płycie. Pierwsza, druga, trzecia, idzie jak po maśle. Dziewczyny przejęte, ale skupione, śpiewają super. Chłopaki grają bardzo dobrze. Wszystko gra, publiczność bije brawa. Piosenka numer osiem. Moja piosenka. Wychodzę do mikrofonu. Zacina się płyta z zapowiedzią. Okazuje się, że działa tylko zapowiedź przed i po mojej piosence. Tej mojej akurat nie ma. Jak to nie ma? Przecież na próbie była. Co jest?????? Jeszcze raz. Przewijamy od początku… no szlag. Nie ma. Nagle wskakuje. Jest. Ja zlana potem. Mój Boże, czemu akurat teraz? Ale w porządku. Zapowiedź poszła, chłopaki zaczynają grać. Śpiewam. „Poszłabym za Tobą do samego nieba….”, cholera. Łzy w oczach. Nagle jakieś zamieszanie wśród publiki. Nie zwracam uwagi. Lecimy dalej. Potem dowiaduję się, że złamało się krzesło pod jednym z widzów. Pod Tomkiem Brzeskim, przyjacielem Leszka, który wprowadzał go w świat teresińskiej kultury, muzyków i czego tam jeszcze… ;) Za chwilę coś mi nie gra na scenie, ale nie zwracam uwagi. Później okazuje się, że perkusista złamał pałeczkę. A on właśnie jako jedyny jest rodziną Leszka… Dalej koncert leci bez żadnych problemów. Po wszystkim. Schodzimy ze sceny.
Leszku, nadal masz wielu przyjaciół...
Joanna Cieśniewska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze