Reklama

Per aspera ad astra - Przez cierpienia do gwiazd

Klub Maratończyka Aktywni
02/10/2013 23:54

Per aspera ad astra

Niedziela 29 września 2013r godz. 4:45 rano. Hmm rano? Dla większości "normalnych" ludzi to środek nocy, szczególnie w niedzielę. No może poza tymi, co wczoraj mieli ślub i właśnie kończą wesele. Dla reszty pora przewrócić się na drugi bok, chyba że ktoś ma w planach dzisiaj jeszcze przebiec maraton.

Lubię wstać wcześniej przed startem, żeby potem nie gonić w pośpiechu.  Za oknem ciemno i ponuro, jesienna pogoda, puste ulice. Mija godz. 5.00. Pierwsze wspomnienie sprzed lat - o tej porze mieliśmy pobudkę w wojsku, 20 minut potem wychodziliśmy na zaprawę. Bez względu na pogodę, a że trafiłem do wojska w środku zimy to przyzwyczaić się lekko nie było. To były moje pierwsze kontakty z codziennym bieganiem. Lekkie rozciąganie, jeszcze lżejsze śniadanie i o 6:45 wychodzę na stadion. Mam godzinkę drogi, na dworze przyjemny chłodek. Wygląda na to, że padać nie będzie, temperatura niska - jak dla mnie idealnie. Po drodze jeszcze banan i kilka łyków Powerade. Zgodnie z planem docieram na Narodowy, wchodzę w podziemia, tu trochę cieplej. Pora się rozebrać i potruchtać po betonie. Wkoło coraz więcej ludzi, czuć już atmosferę. Podekscytowane głosy, ten specyficzny zapach maści typu Bengay, coraz więcej ludzi truchta obok. Przygotowałem strój na pszczółkę Maję, czyli żółto-czarny; dokładnie ten, w którym najczęściej trenowałem w ostatnich czterech miesiącach - lepiej nie ryzykować jakiś niespodzianek.

Reklama

O 8:30 udaję się na start, dziś bieg startuje dwoma nitkami z obu jezdni Mostu Poniatowskiego. Widać tabliczki z planowanymi czasami, planuję dziś zmieścić się w 4 h. Wybieram więc strefę na 3:55. Organizatorzy zaskakują mnie pierwszy raz - 10 minut przed startem można skorzystać z toalety bez stania w najmniejszej kolejce, zawsze do tej pory stać trzeba było odstać swoje na chłodzie. Duży plus.

Godz. 9.00, stoję daleko od mety, startuje pierwsza grupa. Powoli wolnym krokiem docieramy do linii startu jakieś 6-7 minut po rozpoczęciu biegu. Nie jest źle, dużo ludzi jeszcze za mną. Zaraz się zacznie. Przechodzę linię startu, uruchamiam Garmina. Przechodzimy cała linią do biegu, pierwszy kilometr po moście. Po długim oczekiwaniu na chłodzie powoli można się teraz rozgrzać. Nie wiadomo kiedy docieram do palmy. Z tą palmą to do dziś nie wiem o co chodzi. Nie przepadam za plastikiem, dla mnie lepiej jakby prawdziwe polskie drzewo, na przykład jabłoń zasadzili. Na sztuce się jednak nie znam, może to ma jakiś ukryty sens? W każdym razie trasa jest w tym roku taka, że po 40 km trzeba będzie przebiec jeszcze raz koło niej. Tak sobie pomyślałem, że wtedy to się pewnie ucieszę na jej widok. Tymczasem z Jerozolimskich skręcam w Marszałkowską, widzę po lewej Pałac Kultury i Nauki - do połowy spowity mgłą. Pamiętam czasy, kiedy pod nim kwitł jeszcze handel, w dużej części międzynarodowy. :) Pierwsze kilometry zwykle są nudne, jeszcze nic nie boli, nic się nie dzieje, trzymam się 20 metrów za balonikiem na 3:55. Nie muszę nawet patrzeć na czas, zakładam że prowadzący grupy wie co robi. Choć chyba leci ciut za szybko, pewnie też zmarzł i chce sie rozgrzać. Mijamy Ogród Saski, obok Plac Piłsudskiego i Grób Nieznanego Żołnierza. Akurat tych dwóch ostatnich miejsc nie widać przez ogrodzenie z barierek.  Dużo tu skrętów na tym odcinku, raz w lewo raz w prawo. Wąsko. Mijamy Teatr Wielki, w drodze na Krakowskie Przedmieście dochodzę do wniosku, że kultura biegaczy też się poprawiła. Widać, że ludzie ustawieni w takich strefach biegowych, w jakich naprawdę zamierzają biec. Oj jak ciężko było na Półmaratonie w tej samej Warszawie w marcu - miałem wrażenie, że w strefach na 1 h15 min - 1h-30 min poustawiali się ludzie, którzy pokończyli ten bieg w 3h. Już na 1 km biegnąc na moście ze swojej strefy na 2h mijałem wtedy z trudem ledwo wlekące się grupki, blokujące czasem pól jezdni. Ciągłe przyspieszanie żeby ominąć i zwalnianie żeby się wpasować w kolejną grupę kosztuje wiele sił. A tu proszę - jest już 6 km i wszyscy równiutko bez szarpania. Przy Krakowskim Przedmieściu mijamy po prawo Kościół św. Anny - jeśli dobrze kojarzę w jego krużgankach można zobaczyć sklepienie w kształcie kryształów. Zaraz Konwiktorska, obok stadion Polonii i potem w dół do Wisłostrady. Po lewej Wisła, górą kolejne mosty, z prawej ta ładniejsza strona Zamku Królewskiego, a środkiem maraton płynie. Na długiej prostej dopiero widać, ilu jest uczestników. Podobno zgłosiło się ponad 10 tys. ludzi (później dowiedziałem się, że ukończyło ok 8.5 tysiąca).  Trasa płaska i nadal nudno, jedyna atrakcja to tunel. W tunelu jak zawsze jest muzyka i wszyscy krzyczą. Echo niesie i mnie też ponosi. Za balonikiem zrobił się tłok, przyśpieszam i wyprzedzam grupę, znajduję sobie lukę między jedną dużą grupką i tą drugą, z którą do tej pory biegłem. Nie lubię tłoku, wolę biegać sam. Czasem ludzie pytają, czy na treningi chodzę  z kimś czy sam. Dla mnie sprawa jest prosta. Odpowiedź mam zawszę tę samą, bieganie jest dla mnie czynnością intymną i tym czasem nie lubię się dzielić z nikim. Tymczasem z Wisłostrady zbiegamy, trochę dalej przebiegamy Łazienki - zauważam chińskie lampiony - no tak, dalej napis Aleja Chińska, zgadza się. Potem znowu na południe, przez Wilanów do nawrotu przy Świątyni Opatrzności Bożej. Sporo pieniędzy na to chyba poszło, ale jak dla mnie efektu - przynajmniej na zewnątrz nie widzę. Tymczasem mijamy połówkę - mam czas 1h 57 min z sekundami - nadal lecę na 3:55. Na nawrocie, na wysepce pomiędzy jezdniami przed kościołem dziewczyny dopingują ćwicząc aerobik. W końcu coś oryginalnego, wcześniej byli sami muzycy. Przed nawrotem widziałem tych, co biegli grubo przede mną, było ich całkiem sporo. Pomyślałem nawet, że muszę być chyba gdzieś blisko końca, po nawrocie widzę, że jednak nie. Po drugiej stronie leci taki sam tłum jak przede mną. Na 27 km pierwszy i jedyny poważny, dłuższy na trasie podbieg. Tempo utrzymuję, ale jest pierwszy problem na górze - robię się strasznie głodny. Kolejny punkt z bananami dopiero na 30 km, tempo mi spada delikatnie, ale jednak. Nie wziąłem żeli, nie wziąłem pasa - aby tylko mieć parę gramów lżej. Teraz trochę brakuje energii i taki żel by się na pewno przydał. Dwa gryzy banana tylko na chwilę poprawiają sytuację, jest 30 km i Ursynów. Dużo kibiców, gdzieś tu koleżanka z pracy miała mi z mężem i dziećmi pokibicować. Obiecała, że przyniesie pół browarka. Nie widzę ich, po 30 km nie mam już też tyle sił żeby się rozglądać. Szybko mija ten Ursynów, dużo ludzi kibicuje z dziećmi, a te wyciągają ręce, żeby przybić piątkę. Na koniec 31 km mam jeszcze minutę zapasu do czasu 4h wg rozpiski na ręku. Jednak właśnie sobie uświadomiłem, że na 4 h nie dam już rady. Dwa kęsy banana co 5 km i parę łyków izotonika to za mało, brakuje mi wciąż energii, w żołądku pustka, czuję ból z głodu - każda próba utrzymania założonego tempa czy przyspieszenia kończy się kolką. Szkoda bo nogi chcą nieść, głowa jeszcze przytomna, tylko paliwa nie ma. Jest 32 km i Dolina Służewiecka, zaraz zacznie sie Puławska, mijamy stację metra Wilanowska i znowu długa prosta. Bieganie po długich prostych ma swoje zalety i wady, pewnie jak wszystko inne. Ale dla mnie istotna jest jedna kwestia - jest tylko jeden punkt odniesienia na horyzoncie, który wydaje się, że w ogóle się nie zbliża, to trochę deprymujące. Szczególnie na dużym zmęczeniu. Gdzieś po drodze przy Puławskiej po prawej widzę pomnik Jana Matejki. U jego stóp błazen, zapewne Stańczyk. Uf, w końcu kończy się Puławska - to podobno najdłuższa ulica w Warszawie, całe szczęście, że biegliśmy tylko kawałek. Na jej końcu na 37 km siedziba mojej firmy. Pierwszy z trzech kolejnych placów - Plac Unii Lubelskiej. Zaraz potem skręcamy w Szucha. Nazwa kojarzy się nieprzyjemnie. Choć sam Szuch jest temu Bogu ducha winny - był sobie po prostu architektem. Zaraz potem Plac na Rozdrożu i Aleje Ujazdowskie, a za moment Plac Trzech Krzyży i 39 kilometr. Tu pierwszy raz pomyślałem, że już tak niedaleko. Po prawej mijam znany hotel, a za nim jest taka mała uliczka Prusa - to tu ma swoją siedzibę klub szachowy YMCA, w którym czasem rozgrywam kołowe turnieje szachowe. Kawałek dalej mijamy po prawej budynek Giełdy. I jeeest! Widzę palmę. Naprawdę się cieszę. Przy palmie w prawo na most. Po prawej Muzeum Narodowe. Z tym muzeum kojarzy mi się jedna ciekawa historia. Kiedy padła Kasztanka Piłsudskiego to podobno została wypchana i w takiej formie przetrwała w Muzeum całą hitlerowską okupację, a nawet Powstanie Warszawskie. Ale jak weszli sowieci, jeden z polskich generałów z LWP - dawny przedwojenny kawalerzysta rozpoznał Kasztankę i wkrótce zaginęła bez wieści. Nie pamiętam nazwiska tego gościa. Postanawiam sprawdzić w domu w necie. (Sprawdziłem - marszałek Michał Rola-Żymierski). Jestem na przedmościu, widzę daleko przed sobą tabliczkę z napisem 41 km. Po lewej w dole stacja Powiśle. Mam do niej duży sentyment - tu przez kilka lat wysiadałem podczas studiów, kiedy miałem wykłady na Krakowskim Przedmieściu. Od tamtego czasu była kilka razy w remoncie i ciągle wygląda tak samo. Zaczyna się most, Wisły prawie nie widać w dole. Staram sie jeszcze przyśpieszyć, choć już dawno wiem, że w 4h się nie wyrobię. Znowu kolka, ale tym razem już nie zwalniam. Taki kawałeczek da się wytrzymać. Jest 41 km, zaraz ślimakiem w  dół i stronę Stadionu Narodowego. Imprezie towarzyszy drugi rok z rzędu hasło "Zostań bohaterem Narodowego". Jak dla mnie to pojęcie "bohatera" w ostatnich czasach mocno się zdewaluowało, podobnie jak słowo "maratończyk". Na 150 metrów do mety decyduję sie jeszcze przyśpieszyć. To mój pierwszy maraton, którego nie kończę na ostatnich nogach ze zwieszoną głową. Mijam kilku biegaczy, wpadam do tunelu. Nie widzę ciemności i nie widzę światełka w tunelu - chyba więc jest wszystko ok. :)  Zaraz wybiegam na stadionie, ostatnie metry Garmin pokazuje prędkość 16 km/h, aż się sam dziwię. Mijam jeszcze kilka osób na samym stadionie. Niestety jeden maratończyk w czarnym dresie mija też mnie, jest meta. Czas netto 4 h 7 minut 5 sekund. Trochę zabrakło. Za metą każą iść w prawo do tunelu, w rogu boiska. Ostatnia refleksja - gdzieś właśnie w tym rogu siedziałem na meczu, w którym mój imiennik z Dortmundu strzelał Grekom bramkę na inaugurację Euro. W tunelu wręczyli medal, potem napoje. Odbiór depozytów i na stację Stadion. Wolnym kroczkiem, bo już nie ma się po co śpieszyć.

Reklama

W dwa lata od września 2011r. przebiegłem w sumie 6 maratonów, w tym 5 z Korony. Zgubiłem 18 kg. To ostatni mój maraton do Korony Maratonów Polskich. Ostatni też w ogóle. Ja lubię sporty niszowe. Dlatego całe życie gram w szachy. Jeszcze w 2000 roku najliczniejszy maraton w Polsce liczył podobno 700 uczestników, gdy dwa lata temu biegłem swój pierwszy w Warszawie było 4 tysiące biegaczy, ten ukończyło w sumie 8.5 tys. Bieganie stało się sportem masowym, i to dobrze. Bieganie maratonów również stało się masowe, czy to dobrze to już nie wiem. To nie jest taki sobie zwykły bieg. W każdym razie ja tłumów nie lubię. W długie jesienne wieczory poszukam sobie nowej dyscypliny.

Kolega maratończyk jak to usłyszał doradził mi, bym od przyszłego sezonu zaczął biegać maratony poniżej 3 h 30 min - bo tam podobno nie ma takiego tłumu i może tam powinienem poszukać swojej niszy. :)

Reklama

Robert Milczarek

 


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama