Reklama

Pocztówka z Indonezji

21/09/2007 11:31
Rozpoczynamy cykl felietonów, których autorem jest Adam Komorowski, mieszkaniec naszego miasta przebywający na rocznym stypendium na wyspie Bali. Adam wraz ze swoją żoną będą zapoznawali nas z kulturą, obyczajami i codziennym życiem balijskiej ludności. Dzięki tym reportażom będziemy mogli uczestniczyć w ich przygodzie. Zachęcamy do wspólnych wędrówek po egzotycznej Indonezji.

Obiecaliśmy wysłać pierwszy felieton do redakcji e-sochaczew.pl w połowie września, ale jesteśmy juz trzy tygodnie w Indonezji, a tutaj czas wygląda nieco inaczej. Od władz naszego uniwersytetu nauczyliśmy się trochę o punktualności, kiedy pierwsze spotkanie na ISI Denpasar (Institut Seni Indonesia – Instytut Sztuki Indonezyjskiej) zaplanowane na 10.00 rozpoczęło się z 45 minutowym poślizgiem. Na lekcje nie opłaca się przychodzić wcześniej, niż 15 minut po czasie podanym w rozkładzie zajęć. Poddając się upływowi czasu na indonezyjską modłę, 17 września zasiadamy przed laptopem razem - ja i mój mąż.

W Sochaczewie jest teraz za dziesięć pierwsza, u nas jest sześć godzin później. Słońce zaszło już jakiś czas temu. Życie tutaj toczy się tylko w dwóch porach dnia: pierwsza, od wschodu słońca o szóstej rano do południa, kiedy cień rzucany przez człowieka nie sięga dalej niż jego stopy oraz po zmierzchu kiedy zaczyna się życie towarzyskie. Denpasar nie jest miastem studenckim, nie ma tu prawdziwych akademików - studenci mieszkają w wynajętych domach lub pokojach przy indonezyjskich rodzinach. Jeżeli ktoś chce spędzić noc w stylu europejskim, musi udać się do Kuty. Jest to przeraźliwie tłoczne i głośne nadmorskie miasteczko, które z czasem prawdopodobnie zostanie wchłonięte przez Denpasar jako kolejna dzielnica. Juz teraz nie da się wskazać granicy między tymi miastami, po prostu nagle zmieniają się ceny w sklepach z indonezyjskich na europejskie, otaczają cię handlarze okularów przeciwsłonecznych i czujesz się jak na rodzimym kontynencie, gdyż Balijczycy stanowią tu mniejszość. A propos cen, również w samym Denpasar zależnie od koloru skóry inaczej zapłacimy za większość produktów. Należy się targować zaczynając od połowy ceny, ale i tak zapłacimy więcej niż Indonezyjczyk. Jak wytłumaczył nam jeden z naszych sąsiadów, w czasach sprzed zamachów terrorystycznych w 2002, a następnie w 2005 roku, na Bali przyjeżdżało trzykrotnie więcej turystów. Osoby utrzymujące się z nich, jak np. taksówkarze (miejscowi jeżdżą po dziesięć osób zdezelowanymi minivanami, komunikacja miejska właściwie nie istnieje), korzystają z każdej okazji by zarobić na europejczykach. Ceny nie są bardzo wysokie dla kogoś, kto przyjechał tylko na dwa tygodnie wakacji, ale mając milion rupii miesięcznego stypendium, spędzamy długie minuty tłumacząc sprzedawcom: Saya mahasiswa. Saya bukan turis.(Jestem studentem. Nie jestem turystą.)

Z czasem miejscowi powinni się do nas przyzwyczaić. Na ISI Denpasar studiuje najliczniejsza grupa z Darmasiswa - prawie 60 osób. Z Polski jest nas dziesiątka, z Sochaczewa dwójka. Większość z nas mieszka na jednej ulicy - Nusa Indah (czyli Piękna Wyspa), na niej też mieści się nasza uczelnia. Standardowe mieszkanie studenta, to pokój z łazienką. Balijczycy mało czasu spędzają wewnątrz pomieszczeń. Ważne są werandy i tzw. pokoje balijskie - stojące w ogrodzie tarasy z dachem wspartym na czterech kolumnach. W domach do wynajęcia rzadko kiedy jest kuchnia. Podnosi to cenę nawet o połowę. Jadamy w jednym warungu i planujemy nauczyć właścicielkę, Ibu Darmi, robić pierogi. Do krzesełka można się przykleić, sztućce są wiecznie tłuste (myją je w zimnej wodzie), a po ścianach biegają gekony. Dobrze, że nie karaluchy. Te można spotkać późną nocą na ulicach. Zamiast uciekać na widok człowieka, często biegną w jego stronę. W marketach środki owadobójcze stanowią zawsze jeden z najlepiej zaopatrzonych działów.

U nas w domu karaluchów akurat nie ma, mamy za to ze trzy rodzaje mrówek i gekony. Myślimy nad kupnem kota, ale balijskie nie słyną z urody. Brzydsze są tylko psy, które przez wyznawców hindu (religijna większośc na Bali) uznawane są za reinkarnacje złych ludzi i są tutaj często bardzo zaniedbane. Koty charakteryzują się nieproporcjonalnie długimi i chudymi łapami, spiczastymi uszami oraz ogonem zwiniętym jak u prosiaka. Czasami widujemy je jak spacerują po murze oddzielającym posesje. Jest on na szczycie wyłożony odłamkami szkła. To chyba dosyć popularna metoda zabezpieczania się przed włamaniem, a wygląda niewątpliwie ładniej niż drut kolczasty, który widzieliśmy rozpięty nawet na dachu. Z drugiej jednak strony, gdy wyjeżdżaliśmy na tydzień do Jakarty, na rozpoczęcie Programu Darmasiswa, człowiek, od którego wynajmujemy mieszkanie powiedział, że wszystkie cenne rzeczy możemy bez obaw zostawić w domu i rzeczywiście nic im sie nie stało.

Rozpoczęcie Darmasiswy w Jakarcie. Trzy hostele, 548 studentów ze wszystkich kontynentów, podłe jedzenie, brudne pokoje, karaluchy w łazienkach i nudne prelekcje. A mimo to jedno z najbardziej niesamowitych przeżyć w naszym życiu. Rozmowy do białego rana o kulturze innych krajów, o zwyczajach, sytuacji politycznej, o językach czy po prostu o głupotach. Polscy studenci stanowią drugą największą grupę na tegorocznej Darmasiswie, więcej jest tylko chińczyków. Już drugiego dnia krążyły wśród ludzi historie o tym jak szybko Polacy wykupili cały zapas piwa z hotelowej kawiarenki, o chłopakach z Poznania, którzy wypili 3 litry wódki jednego dnia ("Ale to przecież żaden problem!") i o tym jak brzmią polskie przekleństwa. W Jakarcie było nas naprawdę wielu i gdzie by człowiek nie poszedł, trafiał na "polish corner". Myślę, że Polacy byli najbardziej zauważalną nacją i niewątpliwie lubianą.

Czas w Indonezji płynie inaczej. Płynie inaczej w trakcie zaledwie 12 godzinnego dnia (i tak jest przez cały rok), w trakcie 30 godzinnej podróży autobusem z Jakarty do Denpasar, w trakcie długich nocy spędzonych na dyskusjach z ludzmi z Afryki, Azji, Australii, obu Ameryk, czy z Europy. Inaczej traktuje się tutaj punktualność. Stwierdzenie: "Musicie być tutaj jutro dokładnie około 10-tej" nie jest niczym dziwnym. Gdy Indonezyjczyk mówi "jutro", nie spodziewajcie się czegoś jutro, lecz w bliżej nieokreślonej przyszłości. Czas płynie tu inaczej. Jest jakby z gumy, często pytając o godzinę usłyszymy odpowiedź: "godzina gumowa" (niektórzy nawet noszą gumowe atrapy zegarków). Wracamy więc do naszych wieczornych zajęć, gdyż jutro „dokładnie około 10-tej” zaczynamy pierwsze zajęcia Karawitanu.

Pozdrawiamy

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    luciferatu 2007-09-22 10:03:47

    no fuck!tycznie Olechniewicz. Sorka. No to nieźle im się udało.W takim bądź razie wraz z żoną 3mamy za nich kciuki. POZDRAWIAM

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Maniuś 2007-09-21 21:41:52

    Nie "Lechniewicz", tylko Olechniewicz, wiem, bo to moja siorka, heh.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Jamajca 2007-09-21 19:18:26

    Tak, tak... Adaś z afro i Gosia ;))

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości