Reklama

Podróż Międzygwiezdna na grzbiecie Ufomammuta- Relacja z koncertów: Ufomammut, Dopelord, Belzebong.

Kulturka
19/07/2012 23:34
Podróż Międzygwiezdna na grzbiecie Ufomammuta
Relacja z koncertów: Ufomammut, Dopelord, Belzebong.
(18.07.2012 „Progresja”, Warszawa)


Days Of The Ceremony C.D.


Dopelord- Wykastrowany Tytan

O tym, że Lublin stoner/ doomem stoi wiadomo od jakiegoś czasu, za sprawą takich grup jak: nieistniejące już Fifty Foot Woman i jego późniejsza inkarnacja, Major Kong, a także Solarbabes i ich mroczniejszy kuzyn, Dopelord.
I właśnie ostatnia z wymienionych kapel mogła uraczyć wszystkich zgromadzonych 18lipca w „Progresji” swym najnowszym daniem zwącym się „Magic Rites”. Warto zaznaczyć, że płyta została wydana przez naszych starych dobrych znajomych z serwisu Doomsmoker. A tak ściśle rzecz ujmując przez nowo powstałą wytwórnię gustującą w „grubych” i pachnących konopnymi wywarami dźwiękach, o wdzięcznej nazwie „Can"t Tell You Records”. A jak muzyka lubelskich
stoner- doomowców wybrzmiała na żywo?
Chciałoby się powiedzieć, że tak samo jak na płycie, czyli znakomicie, ale niestety tak dobrze to nie było. Moim skromnym zdaniem było niewiele ponad przyzwoicie, co nie do końca jest sprawką samych muzyków. Otóż niby wszystko było upichcone zgodnie z najbardziej sprawdzoną doomową recepturą, czyli: riffy ciężkie, monumentalnie kroczące w stronę mrocznych czeluści piekieł, perkusja rytualnie obijana przez pałkera. Do tego bas...no właśnie i tutaj zaczynają się schody. Niestety brzmienie basu pozostawiało wiele do życzenia i bynajmniej nie czepiam się tutaj basowego, który jest znakomitym fachowcem, co zresztą słychać doskonale na płycie, ale bardziej panów odpowiedzialnych za nagłośnienie. Cóż, nie było słychać w ogóle dołu, a brzmienie było „wykastrowane” jak u grup typu: Bon Jovi, czy może w najlepszym wypadku Poison, a nie takich klasyków gatunku jak: Electric Wizard, z których to zresztą kapela czerpie pełnymi garściami.
Żeby już jednak nie pastwić się nad koncertem Dopelorda powiem, że podobało mi się w szczególności zestawienie brudu gitary prowadzącej z bardziej psychodeliczno- space"owymi akcentami drugiego wiosła. Solówki również dawały radę. To samo można powiedzieć o wokalu. A jednak zabrakło tego czegoś co sprawiłoby, że można pogrążyć się bez reszty w tej muzyce, zatonąć w dźwiękach i bić pokłon Rogatemu. Tego czegoś co miała niby prostsza konstrukcyjnie muzyka kolejnej kapeli, czyli Belzebonga.

Belzebong- „Is Smokin" Some Doom”.

Tak jak wspomniałem, muzyka grana przez Belzebonga jest pozornie prostsza. A tempa są zdecydowanie dołujące. O ile Dopelord ma w sobie również pierwiastki bardziej stonerowe (czytaj: skoczniejsze i do przodu) to twórcy „Sonic Scapes & Weedy Grooves” skupiają się na doomie w najczystszej postaci (w zasadzie najbrudniejszej:)).
Riffy wygrywane przez Seru Mana i jego kompana występującego w koszulce ze starym dobrym znajomym Szatana, Aleisterem Crowleyem po prostu miażdżą, a bas dodaje temu wszystkiemu głębi. Perkusista swym oszczędnym stylem opartym na molestowanie talerzy (głównie crasha) i tamów doskonale wpasowywał się w całość. Brakowało mi jedynie tylko sampli z filmów, w tym klasycznego „Alice In Acidland”, który otwiera ich jedyny jak dotychczas album. Za to świetnie wkomponował się w to wszystko wszechogarniający dym (niestety nie z bongów) z mgielnicy i wizualizacje (nie jestem pewien, ale był chyba nawet fragment z mocno kontrowersyjnego, acz klasycznego „The Freaks”Toda Browninga z 1932 roku). Taka aura sprawiła, że byliśmy odpowiednio przygotowani by powitać przybyszów z kosmosu, a w zasadzie raczej ze słonecznej Italii, czyli ekipę Ufomammuta.


Ufoammut- I otworzyły się Bramy Piekieł.

H.P. Lovercraft zwykł mawiać: „Ludzie o szerszym intelekcie wiedzą, że nie ma ostrej granicy między tym co realne i nierealne...”. Po środowym koncercie Ufomammuta uznaję to zdanie za wielki komplement i przywłaszczam sobie, bo obcując na żywo z muzyką włoskiego bandu za cholerę nie wiedziałem co dzieje się naprawdę, a co jest tylko złudzeniem.
Koncert Włochów odbył się w ramach trasy promującej album „Oro” wydany w kwietniu tego roku. Jest to pierwsza z dwóch części koncept albumu. Druga płyta wydana ma zostać już we wrześniu. Stąd też wiadomo było przed samym koncertem, że muzycy z Półwyspu Apenińskiego skupią się na odegraniu całego materiału z tego krążka. I rzeczywiście tak też było. Zaczęli podobnie jak na większych festiwalach w tym roku, czyli numerem „Stigma” otwierającym doskonały long „Idolum”. A potem popłynęły dźwięki z „Oro”. Niby, że schemat, brak zaskoczenia? Jak dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. I choć po koncercie odezwały się głosy malkontentów, że zabrakło bardziej przekrojowego setu, czy starszych numerów, to jednak utwory, które zabrzmiały tego wieczoru, moim zdaniem pozwoliły nam na międzygwiezdną podróż. Dodatkowo tworzyły zwartą całość, koncept, którego po prostu nie można rozerwać i przedzielić czymś pomiędzy. Koncerty Ufomammuta to magiczne misteria, gdzie obraz i muzyka stanowią jedność. Tak było i tym razem w „Progresji”.
Podczas swojego koncertu Poia i ekipa nie dali nam ani razu dotknąć ziemi. Przypomniał mi się kawałek legendy stoner rocka, grupy Kyuss: „50Million YearTrip...” , który jest znakomitą parafrazą do tego co działo się 18 lipca w „Progresji”. Faktycznie była to niesamowita międzygwiezdna podróż podczas której dotknęliśmy absolutu, ujrzeliśmy oblicze Khtuhlu i innych prastarych potworów, a potem wraz z deszczem meteorytów spadliśmy na ziemię równie nagle tak jak zaczął się koncert Włochów.
Widać było na twarzy muzyków, że czują się naprawdę dobrze w Polsce. Na co zapewne miał wpływ wywar z polskich piw. Szczególnie Urlo, basista grupy co jakiś czas sączący „Perłę” tryskał poczuciem humoru (oczywiście jak na standardy tej kapeli), bawił się w gitarowe jammy i co rusz wyciągał kolegów, by zagrać coś jeszcze. Raz nawet zaintonował „Interstellar Overdrive” Pink Floyd. A propo"s bandu Watersa i Gilmoura, to w muzyce Ufomammuta, jak i ich postrzeganiu koncertowego show jest wiele z Floydów. Szczególnie kłaniają się pierwsze płyty (do „Meddle” włącznie) i to co robili na „Live In Pompei”. Były również fragmenty, które brzmiały niczym Kyuss na kwasie, czy nawet Neurosis. Ale mimo wszystko można powiedzieć, że jest to jedna z najoryginalniejszych obecnie kapel na scenie metalowej, której nie sposób pomylić z kimkolwiek.
Czekamy z niecierpliwością na wrześniową premierę nowego albumu (zajawki są już udostępnione przez grupę w necie) i kolejne koncerty w naszym kraju, który jak pokazał Urlo wymownym gestem mają głęboko w sercu.

Zapraszamy na kolejne koncerty w ramach "Days Of The Ceremony"!!!

Fotorelacja obiektywem Pawła Wygody już wkrótce!!!


Tekst: Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości