Reklama

Przygotowanie do maratonu

Gotowi? Trzy, dwa, jeden… Spokojnie, spokojnie! Żartowałam. Nie trzeba biec. Dobra, i tak wiem, że nie pobiegliście. Nikt nie dał się nabrać? Jak zwykle. Muszę przyznać, nie jestem w tym najlepsza.

                Jedzenie w mojej lodówce właśnie obróciło się przeciwko mnie. Włoski sos do makaronu strzelił we mnie spleśniałym pomidorem. Naprawdę strzelił, bezczelny. Pierogi w zamrażarce zepsute – w zamrażarce nic nie powinno się psuć! Obrażona postanowiłam opuścić kuchnię i przebiec maraton.

Reklama

                Pierwsze piętnaście minut maratonu poszło mi znakomicie. Pewnie, dzień był gorący jak Bruce Springsteen na okładce płyty Born In The U.S.A., ale wszczęta wojna z zawartością lodówki sprawiała, że czułam się lekka niczym piórko. Wręcz trochę za lekka. Burczało mi w brzuchu. Miałam ochotę napaść na warzywniak.

                Maratończycy wcale się nie głodzą, mruczał mój żołądek. Maratończycy urządzają sobie pasta party z kilogramami białego, zapychającego makaronu. Maratończycy jedzą energetyczne batoniki, kaloryczne jak pączki. Maratończycy piją napoje w zwariowanych kolorach, pełne cukru i nie wiadomo czego.

Reklama

                Trzydziesta minuta. Niewesoło. Ludzie chyba patrzą, może jestem trochę nie na miejscu, w tych sportowych spodenkach i koszulce z logo szkoły? Może jestem zbyt czerwona i zasapana? Może nie pasuję do ich czystych i ładnych twarzy, do ich wyperfumowanych obojczyków, skórzanych torebek i półprzezroczystych bluzek z kołnierzykami? Sfrustrowana przystaję na przejściu dla pieszych, zgrzanymi dłońmi naprędce próbuję ułożyć z oklapniętej grzywki fryzurę upodabniającą mnie w jakimkolwiek stopniu do przepływających obok modelek, gwiazd filmowych i słynnych piękności ze wszystkich dekad ubiegłego i obecnego stulecia, młodych i świeżych jak ze starej fotografii. Przypominają syreny żeglujące majestatycznie po miejskim oceanie, a ja nagle rozumiem, czuję to, widzę, że w tych wodach jestem ledwie małżą przytwierdzoną bisiorem do dna, pachnącego nagrzanym asfaltem.

                Odlepiam się.

Reklama

                Odbiegam.

                Wiem, gdzie biec.

                Na miejscu zastaję pogorzelisko. Obraz wojennego zniszczenia, martwa natura ze spleśniałym pomidorem. Moja kuchnia czeka na mnie. Przypadam do zalanego blatu, ze wzruszeniem wbijam zęby w mokrą nektarynkę. Jest tak cudownie. Nie było po co gniewać się na siebie, prawda? Już wszystko dobrze. Podpisujemy pokój. Zakopujemy topór wojenny. Od jutra biegam regularnie.

               

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości