Moja „przygoda” z PZU zaczęła się trochę z przymusu. Kupując samochód miałem do wyboru dwie równie „dobre” firmy tzn. Wartę i PZU. Wybrałem PZU, bo było tańsze. Zaczęło się już niefortunnie. Kupując wyżej wspomniany samochód, mogłem wybrać ubezpieczenie w pakiecie. Usiadłem uśmiechnięty przed panią od ubezpieczeniem i... tu nastąpił mały zgrzyt, bo panią najwidoczniej zirytował mój uśmiech. Zapytała znużona z czego tak się cieszę i nie czekając na odpowiedź kazała szukać mi ksera. Wytłumaczyła mi, że jak wyjdę przed budynek, skręcę w lewo, zrobię 17 kroków i obrócę się przez prawe ramię... itd.. W końcu dotarłem tam, szczęśliwie wróciłem a pani była coraz bardziej zła na ten świat. Była dopiero 11 rano i nie mogłem tego sobie wytłumaczyć zmęczeniem pracą. Cały czas miałem świadomość, że wydam u tej pani ok. 2000 zł, że ona z tego pewnie zarobi jakieś, skromnie licząc, 200 zł i może dlatego podświadomie oczekiwałem innego traktowania. No cóż, mieliśmy z tą panią diametralnie inne wyobrażenie jak powinna wyglądać obsługa klienta. Z drugiej strony może gdybym wybrał Wartę coś by to zmieniło? Stało się, moim „opiekunem” zostało PZU. Jeździłem szczęśliwie trzy miesiące i pewnego dnia za późno nacisnąłem na hamulec. Mógłbym się tłumaczyć, że ślisko, ciemno itd., ale to nic nie zmieni. Uderzyłem w tył mercedesa. W tamtym samochodzie odpadł zderzak, mi popękał, żadnych ofiar. Napisałem oświadczenie i rozstaliśmy się prawie w zgodzie. Z resztkami dobrego humoru pojechałem do inspektoratu PZU na ul. Warszawskiej i pan STASIAK, którego nazwisko będę przytaczał tu wielokrotnie, z lubością zniszczył te resztki (dobrego humoru). Od razu powtórzyła się sprawa z kserem. Na dzień dobry dostałem formularz do wypełnienia i zostałem wysłany z powrotem na miasto bym pokserował potrzebne mu dokumenty. Na nieśmiałą, jeszcze wtedy, sugestię, że to chyba nie leży po stronie moich obowiązków, że jest to ich polisa AC i firmę stać na ksero. Usłyszałem, wypowiedziane obraźliwym tonem, że jego to nie obchodzi, bez kserówek nie mam co tu się pokazywać. Wyszedłem z postanowieniem, że następnym razem nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Wróciłem jednak pełen pokory, gotowy do współpracy, z wypełnionym formularzem. Chyba jednak zbyt mocno buntowałem się poprzednim razem, bo pan STASIAK od razu „walnął z grubej rury”. Stwierdził, że ja nie mogę dokonać tego zgłoszenia, bo jestem drugim właścicielem. O ważności decyduje kolejność wpisu do dowodu rejestracyjnego. Na szczęście wymyśliłem, że pierwszy właściciel jest w szpitalu, ale i tak, tak łatwo się nie wywinąłem. Musiałem napisać stosowne oświadczenie. Mój wrodzony uśmiech coraz bardziej denerwował pana STASIAKA. Przyczepił się dlaczego nie wezwaliśmy policji (dostałbym wtedy od razu mandat), dlaczego nie ma świadków, dlaczego mój szkic sytuacyjny jest tak niedokładny i brzydki, zakwestionował też, że na obszarze zabudowanym, gdy znaki nie "mówią" inaczej, dozwoloną maksymalną szybkością jest 60 km/h. Ja mu za to palnąłem, że nie wiem co się zniszczyło, czy błotnik, czy może zderzak więc najlepiej będzie jak sam zejdzie i obejrzy. No wtedy chyba czara się przepełniła i usłyszałem parę słów o mojej technicznej niewiedzy. Takie przepychanki słowne trwały do samego końca. Najgorszy był sposób w jaki pan STASIAK wypowiadał się, trochę mniej treść. Jest to bardzo obcesowy, zgryźliwy i chyba już zmęczony swoja pracą człowiek. Przyznam się, że z początku myślałem, że to moja wina, że może coś źle zrobiłem, że domagam się niestworzonych rzeczy. Opowiedziałem tę historię znajomym i okazało się, że ich kontakt z tym panem wyglądał tak samo. Wiele osób wyraziło wręcz zdumienie, że jeszcze tam pracuje. Moja sprawa nie została załatwiona do końca, pieniądze nie zostały jeszcze wypłacone i już czuję zbliżający się horror, w którym w głównej roli wystąpi pan STASIAK. Dlatego gorąco ostrzegam przed tą postacią i chyba całą firmą, bo kto jest wizytówka firmy jak nie jej pracownicy.
Artur
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze