W minionej epoce PRL-u, gdzie kwitło rozdawnictwo wczasów zakładowych, jakaś mądra kadrowa przydzieliła wiejskiemu listonoszowi … wczasy wędrowne. Być może jego syn został później mistrzem olimpijskim w chodzie. Dziś, jak się zdaje, również możemy liczyć na chodziarza, który jest naszą być może jedyną szansą na złoty medal w Atenach. Wiwat listonosze! A zaczęło się wszystko od tego pierwszego listonosza w zbroi, który przebiegł owe 42 kilometry z hakiem między Maratonem a Atenami, by powiadomić o zwycięstwie nad Persami. Przypłacił to życiem, ale dzięki temu 2494 lata później, już za parę dni, będziemy mogli oglądać maratończyków na trasie. Jednak prapoczątki olimpiad datuje się jeszcze wcześniej. Otóż w 776 p.n.e. za sprawą władcy Elidy, Ifitosa zorganizowano pierwsze centralne igrzyska całej Hellady. Pomysł był genialny, bo do maleńskiej Elidy wielkości powiatu sochaczewskiego, tyle, że rzadziej zaludnionej, poczęli tłumnie zjeżdżać zarówno sportowcy jak i kibice. To co zapłacili za oglądanie, jedzenie, picie, spanie i inne uciechy wystarczyło na długo dla mieszkańców tej niewielkiej krainy. A walka szła tam podobno „na ostro”. Nikt się nie patyczkował. Dosypywanie przeciwnikom do potraw środków oszałamiających, lub podsyłanie na kwaterę, umiejących umęczyć człowieka oddanych kobiet, było podobno na porządku dziennym. Z tymi kobietami jednak nie zawsze wychodziło, bo jak wiadomo, Grecy w upodobaniach do kobiet (przepraszam za wyrażenie) nie przodowali. I nawet ich na stadion nie wpuszczano. Ze stratą zapewne dla greckich panien, bo wówczas przecież zawodnicy występowali całkiem nago. Miałyby na co popatrzeć, a tak prężne i młode ciała podziwiali główne starsi panowie, którzy zdecydowanie nie gustowali w urokach dziewczęcych. Dziwne są więc okrzyki organizatorów tegorocznej olimpiady, że kontynuuje ona helleńskie tradycje. Przecież już Pierre de Coubertin od nich odszedł, bo wymyślił sobie bogaty baron amatorstwo za darmochę i czystość sportu. Gdyby faktycznie te zapowiedzi miały się spełnić, trzeba by sportowców rozebrać (sportsmenki też!) i pozwolić na doping i podkładanie nogi na bieżni. Przetrwaliby naprawdę najlepsi. A ile uciechy miałaby widownia! Już widzę, oczyma wyobraźni, te biegi sztafetowe panów i pań na 4x100 metrów. I nie będę nawet cytował, jak to się nazywa po japońsku. Albo loty naszych siatkarzy, jak ptaków nad taśmą. Nie wspominając już o emocjach, jakie zapewne wzbudziłaby Otylka na motylka… A jak zarobiliby farmaceuci! W licznie rozsianych po olimpijskiej wiosce aptekach, od rana ustawiałyby się kolejki sportowców, żeby sobie łyknąć przed startem coś na wzmocnienie. By nie wyjść na frajera. Czyli niemal dokładnie jak teraz, tylko bez strachu, który źle wpływa na zdrowie. Jedno mnie tylko w tym wszystkim martwi. Otóż wraz z całym helleńskim bagażem olimpijskim, należałoby również, tak jak u nich, włączyć do programu konkurencje dziecięce! Gołe dzieci na sportowej arenie, czy państwo sobie to wyobrażają?! Przecież to sodomia i gomoria! Gdyby to było w Polsce, zwłaszcza po ostatnich wypadkach, zaraz wszystkich kibiców na stadionie aresztowano by za pedofilię. Zaś redaktor w telewizyjnym studiu olimpijskim zaczynałby program tak: - Wita państwa Zbigniew S., a moimi gośćmi są dzisiaj trenerzy Jerzy Z. i Zenon H. oraz specjalista od odnowy biologicznej Stefan P. Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze