1 sierpnia obchodzić będziemy 78. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Z tej okazji w Sochaczewie odbędzie się cykl wydarzeń upamiętniających bohaterski zryw. Zaplanowano wykłady, koncerty i tradycyjne spotkanie na placu Kościuszki.
Sochaczew jak co roku uczci pamięć powstańców warszawskich. Urząd Miejski przygotował kilka wydarzeń upamiętniających rocznicę wybuchu Powstania. 31 lipca odbędą się trzy koncerty nawiązujące do tej tematyki, a 1 sierpnia wykłady i spotkanie na placu Kościuszki.
Szczegółowy program wygląda następująco:
31 lipca 2022:
16.00 - koncert piosenek powstańczych w parku w Chodakowie - wystąpi Piotr Milczarek z zespołem
17.30 - piosenki powstańcze w wykonaniu Orkiestry z Chmielnej - koncert w parku Garbolewskiego
19.00 - koncert "Baczyński 100" - Włodek Pawlik i goście w Amfiteatrze
1 sierpnia 2022:
14.00 - wykład Radosława Jarosińskiego o eksodusie ludności z Warszawy do Sochaczewa (Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą)
15.00 - wykład Marcina Wilczka o Zgrupowaniu Stołpeckim AK i jego udziale w Powstaniu Warszawskim (Muzeum)
16.00 - wykład Michała Górnego o uzbrojeniu powstańców (Muzeum)
16.30 - złożenie kwiatów na grobach żołnierzy AK (Cmentarz Wojskowy przy al. 600-lecia)
17.00 - uroczystość na placu Kościuszki - syreny, apel pamięci, wystąpienia okolicznościowe. W uroczystości udział wezmą poczty sztandarowe, kompania honorowa wojska.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
https://youtu.be/0aCDKYvvfCE
Popieram czczenie pamięci o ofiarach Powstania Warszawskiego , ale... praktycznie nie spotkałem się z czczeniem pamięci ofiar cywilnych , a było ich ponad 200.000 , kobiety mężczyźni i dzieci. zawsze na plan pierwszy wystawiano żyjących powstańców-żołnierzy , to ci którzy przeżyli hekatombę . O tragedii i cierpieniach zwykłych ludzi-prawie nigdy . Jakby chciano zatuszować , że ten zryw pochłonął tyle niewinnych ofiar .na początku powstania było dwóch (?) generałów , po zakończeniu 7 .
racja,mój dziadek został zastrzelony na woli - mieszkał na Kolejowej
Najważniejsze, że na tygrysy mieli visy. Ale że ludzie się palili żywcem w piwnicach i byli mordowani, to już nie pasuje do tej powstańczej fajnosci.
zginęło również ok. 2000 żołnierzy LWP , z tak potępianej dywizji utworzonej w ZSRR
Co ma Sochaczew wspólnego z Powstaniem Warszawskim? No ale to nie przypadek, że wszystko organizują ludzie z PIS dla ludzi z PIS; wszystko za pieniądze podatników. Świnie.
Ma i to dużo. Oddziały powstańcze z Kampinosu i Sochaczewa przedarły sie do walczącej Warszawy i wzięły udział w kilkakrotnym ataku na dworzec Gdański. Oddziały zostały rozbite a większość żołnierzy poległa.i Fragment Wspomnień Kpt. Mścisława; Po północy z 20 na 21 sierpnia nadszedł rozkaz ataku. "Cała linia rozwiniętych kompanii poszła naprzód.[...] Na razie sprzyjało szczęście. Już pierwsze 50 metrów mają chłopcy za sobą, a nieprzyjaciel milczy, nie wypuszcza nawet rakiet. Gdy drugą pięćdziesiątkę przebywa pierwsza linia, na ulicy Lisa Kuli już formuje się drugi rzut, by na dany znak iść na pomoc lub przejść bez walki pasem oczyszczonym od nieprzyjaciela.[...] Lecz wtedy spokój i ciemność przerwała pierwsza rakieta. Nie zdążyli nasi paść tak, by z przeciwnej strony nikt ich nie zauważył. Nim rakieta zgasła, już niemiecka linia ożyła, zaszczekały cekaemy, rozpoczęła się bezładna, lecz gęsta palba zwykłych nieprzyjacielskich karabinów. Z różnych stron zaczęły bić w niebo inne rakiety, cały teren objęty został czerwienią światła. Choć nasi starali się kryć w terenie, Niemcy rozpoznali wielkość nacierających sił i skierowali ogień wszelkiej broni na pas ataku. Rakieta za rakietą biły z sykiem z ziemi w górę i wybuchały. Każda z nich długo, zbyt długo wisiała w górze i oświetlała cały teren. Złorzeczyli nasi tym fajerwerkom, choć obojętny tej walce, bezpieczny widz mógłby podziwiać piękno tej iluminacji. Ogień z przodu nie był na razie zbyt groźny, więc nasi ruszyli skokami naprzód. Lecz po paru minutach zaczęto siec z broni maszynowej z prawej flanki z Instytutu Chemicznego. Dochodził też ogień z lewa, z Cytadeli, i z domów koło wiaduktu żoliborskiego. Do huku broni maszynowej doszły wnet odgłosy wybuchów pocisków artyleryjskich, moździerzy i granatników. To Niemcy uruchomili artylerię i ciężką broń piechoty z Cytadeli, fortu Bema i z pociągu pancernego z Dworca Gdańskiego. Na wąskim pasie długości 300 metrów i nie większej szerokości rozpętało się prawdziwe piekło. Optymizm informatorów o siłach niemieckich był oparty na fałszywych przesłankach. Z przodu mieli natknąć się na parę lub kilka bunkrów położonych za torami, a tu widać jak z kilkudziesięciu lecą w naszych serie kul z broni maszynowej. Bunkry jeden przy drugim znajdowały się z tej strony torów, a przed nimi gęste zasieki, widać też ogień broni maszynowej i działek z bunkrów umieszczonych wśród torów. Takiego ognia nie zaznali jeszcze leśni partyzanci. [...] Gęste wiązki kul świetlnych z broni maszynowej leciały z trzech stron. Tuż nad ziemią lub nieco wyżej z krzyżujących się świetlnych pocisków tworzyła się jakby gęsta siatka. Mimo że pociski świetlne stanowiły tylko część tego, co zostało wystrzelone, nie tylko atakującym w pierwszym rzucie, lecz i rezerwowym kompaniom wydawało się, że w takiej ulewie ołowiu nikt śmierci nie ujdzie. A cały niewielki obszar ziemi, po którym atakowano, wstrząsany był wybuchami pocisków artyleryjskich, moździerzy i granatów. Mimo to wciąż jeszcze pierwszy rzut parł naprzód, choć wielu żołnierzy padało na ziemię, by już nigdy nie powstać, niemało też wiło się z bólu po otrzymaniu śmiertelnych ran i nie mniejsza liczba lżej rannych próbowała wycofać się z tego piekła.[...] Pierwsza dociera do torów kompania porucznika "Dana". Słychać tu szczególne nasilenie ognia broni maszynowej i niezliczone wybuchy granatów. Z tej odległości obie strony skutecznie ostrzeliwują się z pistoletów maszynowych. A tej broni jest po każdej stronie wiele. Nie można odróżnić terkotu tego lub innego cekaemu, ręcznego karabinu maszynowego, czy też pistoletu maszynowego. Słychać tylko jeden nie kończący się jazgot. Daje się jeszcze odróżnić wybuchy granatów - inny huk pojedynczych zaczepnych, inny, gdy nasi podrzucają pod bunkry wiązki granatów, a jeszcze inaczej brzmi wybuch obronnych, niezmiernie silnych angielskich, zrzutowych "gamonów". Wystrzeliwane rakiety oświetlały teren śmiertelnych zmagań. Gdy rakiety gasły, ciemnię nocy przerywały liczne wybuchy ręcznych granatów i smugi świetlnych kul. Co chwila było jasno i co chwila ciemno. W tych warunkach walka staje się niesamowita, nigdy w dzień nie widzi się takiej grozy piekła na ziemi, jak wtedy gdy w ostatniej fazie nocnego boju, w bezpośredniej szturmowej odległości obie strony chcą zadać śmiertelny cios. Szereg niemieckich bunkrów milknie. Granaty lub bezpośrednie celne strzały zabijają załogi. Lecz bunkrów tych jest wiele. Co kilkanaście kroków ze szczelin tych małych twierdz lecą na naszych serie kul. Straty atakujących są bardzo duże.[...] Pierwszej linii, która znalazła się w bezpośredniej styczności z Niemcami, nie grozi już ogień artyleryjski czy ciężkiej broni piechoty. Za to drugi rzut wciąż jeszcze znajduje się w sferze tego ognia. Jeżeli powstańcy zostaną odrzuceni od bunkrów, będą musieli przejść przez pole, na którym nieprzerwanie wybuchają pociski artyleryjskie różnej broni niemieckiej Gdy atakujący zetknęli się z rzeczywistą linią obrony niemieckiej, nie było czasu nawet kląć na tych, którzy opowiadali, że jest tu tylko parę bunkrów. Rozmach ataku oddziałów leśnych był tak wielki, iż nie pozwolił na spokojny rachunek sił, musiało się spełnić do końca to, po co tu przyszli: albo wybiją załogi bunkrów, albo też legną wśród nich. Niemcy byli wystarczająco przygotowani na odparcie każdego ataku piechoty. Bez porażenia załóg bunkrów artyleryjską nawałą ogniową przed atakiem piechoty nie można było przerwać linii niemieckiej. Uszło uwagi naszych dowódców na Żoliborzu i na Starówce, że na Dworcu Gdańskim i na torach lub obok torów aż do Powązek Niemcy zbudowali gęstą sieć różnej wielkości bunkrów, od dwuosobowych do dużych, mogących pomieścić kilku żołnierzy. Bunkry stanowiły nie jedną, lecz parę linii. Teren między Cytadelą a Instytutem Chemicznym był pokryty ogniem broni maszynowej nie tylko z frontu, ale i z prawa i z lewa. Niemcy mogli tu skoncentrować ogień artyleryjski z kilku stron. A po torach jeździł pociąg pancerny, który stwarzał silne, niezmiernie silne ruchome gniazdo wszelkiego rodzaju ognia.[...] Jeszcze wśród bunkrów walka trwała, nie milkł terkot broni maszynowej, granaty ręczne co chwila przerywały monotonię nieprzerwanego ognia maszynowego. Ale były to już ostatnie chwile zdolności naszych do atakowania.[...] Mijają chwile beznadziejnej już walki, nie pozostaje nic, tylko wycofać się. Pojedynczy żołnierze i ich grupki na rozkaz odwrotu odrywają się od bunkrów i biegną w tył. Nie ma mowy o wyciąganiu rannych, trudno nawet stwierdzić gdzie który z nich leży. Trzeba też przejść kilkaset metrów przez teren, w który nieprzerwanie bije artyleria. Wśród tych, którzy się cofają, jeszcze niejeden zostanie na przedpolu.[...] W pierwszym ataku na Dworzec Gdański zginęło ponad 100 powstańców.[...] Oddali swe życie liczni podoficerowie i szeregowcy, którzy z odległej Puszczy Nalibockiej przyszli aż tu do stolicy i mieli dać skuteczną, choćby nawet chwilową pomoc Starówce. Ginęli też w atakujących kompaniach chłopi-żołnierze ze wsi przypuszczańskich czy też z Puszczy Kampinoskiej.[...] Niedługo pozwolono [kpt. "Mścisławowi" i innym] dowódcom oddziałów leśnych odpoczywać po ciężkim boju. Znowu łącznicy pobudzili śpiących i przekazali im rozkaz, że major "Okoń" wzywa na odprawę. Tym razem odprawa była znacznie liczniejsza. Szeptem przekazywano sobie wieść, że znajduje się na niej generał Tadeusz Pełczyński, "Grzegorz", szef sztabu generała "Bora"[Komorowskiego]. Opowiadano, że przyszedł kanałami ze Starówki, by przypilnować uderzenia na tory i doprowadzić do przebicia się oddziałów leśnych na Starówkę. W zasadzie [nowe] uderzenie miało być takie samo jak uprzednio. By jednak stworzyć większe szanse powodzenia, planowano zaatakować Niemców z dwu stron: od Żoliborza i od Starówki. W związku z tym silne oddziały ze Starówki miały atakować od południa."(1) "Najważniejsze w Warszawie 22 sierpnia było to, co działo się na Żoliborzu i na Starym Mieście. Około godz.2 w nocy, mniej więcej na dwie godziny przed świtem, oddziały powstańcze z Żoliborza i Kampinosu ruszyły na szerokim froncie - od Cytadeli po Instytut Chemiczny i baterie niemieckie na Burakowie - do natarcia na tory kolejowe dzielące Żoliborz od Starówki. Dowodził tym natarciem ppłk Mieczysław Niedzielski-"Żywiciel", komendant Obwodu Żoliborz. Ale na Żoliborzu znajdowali się również dwaj członkowie Komendy Głównej AK - gen. Pełczyński i płk dypl. Iranek-Osmecki, którzy przybyli tu specjalnie dla zorganizowania tej akcji i pokierowania nią. Podobnie jednak jak i poprzedniej nocy, nie udało się oddziałom AK zaskoczyć nieprzyjaciela. Niemcy otworzyli na czas silną zaporę ogniową. Harcerka-łącznik z punktu sanitarnego, położonego w pobliżu stanowisk wyjściowych do natarcia,[...] opowiada swe wrażenia z tej nocy na Żoliborzu : Patrzyłam z Kozietulskiego róg Alei Wojska Polskiego. Najpierw czekałyśmy na natarcie w napięciu, siedząc za barykadą. Około pół do trzeciej chłopcy ruszyli. Nagle rozbłysły pierwsze rakiety, gdzieś w kierunku zabudowań dworca i niemal równocześnie rozbrzmiały pierwsze strzały z karabinów maszynowych. Zaraz potem rakiety zaczęły strzelać w górę w olbrzymich ilościach. Zrobiło się widno jak w dzień i jakoś niesamowicie kolorowo. Strzały zamieniały się w jeden nieustający łoskot. Pociski świetlne świstały jeszcze daleko za linią walki po ogródkach. Wtedy nasze oddziały wychodziły zza barykad do natarcia. Artyleria zaczęła strzelać z taką siłą, że wydawało się, że nikt nie wyjdzie żywy z tego gołego pola obok torów."(4) "Niemcy tak jak uprzedniego dnia, rozpoczęli straszny ogień z wszelkiej broni. Kotłowało się na małym kawałku ziemi, który atakowały nasze leśne oddziały; świeciły wystrzelane rakiety, pociski artyleryjskie ryły ziemię, odłamki granatów świszczały w powietrzu i raziły naszych. Kule świetlne z broni maszynowej leciały z trzech stron. Ekrazytówki wystrzelone z karabinów wybuchały co chwila całymi setkami w zetknięciu się z krzakami, ziemią czy ciałem atakujących powstańców. Znowu powtórzyło się piekło z dnia poprzedniego i tak jak wczoraj pociąg pancerny rzygał ulewą żelaza i materiałów wybuchowych. [...] Lecz niektórym oddziałom udało się znowu dotrzeć do torów i rozpocząć bombardowanie granatami ręcznymi znajdujące się tam bunkry. Tym razem na lewym skrzydle posuwał się batalion pod dowództwem porucznika "Witolda", z prawej strony uderzał batalion, któremu przewodził kapitan "Mścisław".[...] Ogień z pociągu pancernego, z Cytadeli i z bunkrów kładł pokotem wielu powstańców, nikt nie wiedział, kto gdzie zginął, bo to noc i piekło ognia. Wiadomo tylko, że nikt nie był w stanie bez wsparcia artylerii zniszczyć linii niemieckich bunkrów."(1) "Rzeczywiście oddziały powstańcze rozrzucone na płaskim i zupełnie odkrytym terenie nie miały możności przedrzeć się przez silną zaporę ogniową, wspartą jeszcze ostrzałem z dział z pociągu pancernego, który nadjechał od strony mostu kolejowego. Pociski padały tak nisko przy ziemi, że nawet czołganie się po terenie oświetlonym rakietami jak gigantyczna scena teatralna było prawie niemożliwe. Mimo to kilkunastoosobowe grupy atakujących zdołały się bohaterskim szturmem, z zupełną pogardą śmierci, przedrzeć w tym ogniu do torów kolejowych, a nawet poza tory - na przykład kpt. "Mścisław" z kilkunastoma żołnierzami. Ale śmiałkowie ci polegli niemal wszyscy."(4) "Kapitana przy tym dosłownie posiekły liczne odłamki pocisków i choć były to rany niegroźne, krwawił obficie."(1) "...z kilkunastoma żołnierzami przedarł się przez tory "ziejące ogniem", lecz w dalszym ruchu ku Stawkom większość jego oddziału zginęła, ranny kapitan z 1 szeregowcem ukryli się w ruinach getta. Po kilku nieudanych próbach przedostania się na Stare Miasto udało mu się przejść z powrotem do Puszczy Kampinoskiej."(2) "...gdzie ponownie objął dowództwo nad kompanią."(5) "Większość batalionu [kpt. "Mścisława"] przydusił ogień wroga, plutony po stracie oficerów wycofały się ponosząc straty. Pluton ppor. Zawieji (Zygmunt Raczkowski) z prawoskrzydłej kompanii, która zmyliła kierunek, zaatakował Niemców w Instytucie Chemicznym, wysadził granatami bramę, lecz został odrzucony ze stratami."(2) "Ostatecznie całe natarcie zarówno na tory, jak i w kierunku stanowisk artylerii nieprzyjaciela na Burakowie załamało się całkowicie. Na krótko przed świtem rozbite oddziały AK wycofały się w głąb Al.Wojska i na ul.Mickiewicza, tracąc jeszcze wielu ludzi w czasie odwrotu. Już o brzasku sanitariuszki ściągały z największym poświęceniem rannych z przedpola pod ogniem nieprzyjaciela ponosząc przy tym dodatkowe straty.[...] Liczba krwawych ofiar tej nocy, poległych i rannych, przekroczyła 300 żołnierzy. Niektóre oddziały poniosły do 75% strat. Był to kwiat młodzieży z Żoliborza, z oddziałów partyzanckich Puszczy Kampinoskiej. W ciągu 22 sierpnia niedobitki z Puszczy odeszły z mjrem "Okoniem"- Kotowskim do Kampinosu..."(4) Ci co zginęli - byli to chłopcy z dalekich kresów Rzeczpospolitej - Puszczy Nalibockiej, wileńszczyzny, a także z Puszczy Kampinoskiej i sąsiadujących z nią wsi. Stanisław Jankowski por."Agaton" tak pisze o nich: "Żołnierz leśny drogo zapłacił tym razem za bilet wstępu na warszawską tragedię. Wielu z tych chłopców widziało Warszawę z bliska po raz pierwszy i mogło ją oglądać tylko bardzo krótko. Ale niejeden z nich miał zachwyt w gasnących oczach, gdy wśród wiązek pocisków smugowych, w migotliwym świetle różnobarwnych rakiet przywarł ostatnim spojrzeniem do murów Warszawy, prześwietlonych łuną pożarów. Szedł do niej setki kilometrów, a zabrakło mu tych ostatnich czterystu metrów."(7)
Skoro będą władze PiS i SFS to może zaopatrzymy się w taczki, atrakcyjna cena w OBI 88,88zł. Może już warto zacząć ich wywozić z UM, Starostwa
Zwołajcie radę anty PiS i anty SFS i przygotowujcie się do wyborów samorządowych. Podacie nam kandydatów. Ja widzę z eSochaczew Ertmana, Myszkowską i Goryniak. Właściciele 77, właściciele Qlturki, Arek Bałdyga przedsiębiorca, itd. Zbierzcie się na spotkanie i rozmowy. Tyle ludzi jest w Sochaczewie i Powiecie co mają łeb na karku. Wstyd, bo skazujecie nas na PiS i SFS.
Tylko LEGIA UKOCHANA SIE LICZY NIC WIĘCEJ,RESZTA TO TYLKO KLAKIERZY I POKAZÓWKA OKAZYJNA.
https://youtu.be/0aCDKYvvfCE
Popieram czczenie pamięci o ofiarach Powstania Warszawskiego , ale... praktycznie nie spotkałem się z czczeniem pamięci ofiar cywilnych , a było ich ponad 200.000 , kobiety mężczyźni i dzieci. zawsze na plan pierwszy wystawiano żyjących powstańców-żołnierzy , to ci którzy przeżyli hekatombę . O tragedii i cierpieniach zwykłych ludzi-prawie nigdy . Jakby chciano zatuszować , że ten zryw pochłonął tyle niewinnych ofiar .na początku powstania było dwóch (?) generałów , po zakończeniu 7 .
racja,mój dziadek został zastrzelony na woli - mieszkał na Kolejowej