W ten sposób dziedzictwo socjalizmu i prowizorki przetrwało i przeniknęło do nowej rzeczywistości. Wolność, którą przyniosła transformacja, stała się dla wielu ciężarem. Decyzje już nie zapadały „z góry”, ale brak przygotowania i wspólnej odpowiedzialności prowadził do frustracji i stagnacji. Zostawiono to wszystko tak, jakby komunizm i socjalizm miały trwać wiecznie.
Państwowe Gospodarstwa Rolne (PGR-y) nie upadły same z siebie, nie ogłosiły bankructwa. One zostały zlikwidowane decyzją państwa. W 1991 roku, na mocy ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa, rozwiązano PGR-y w całej Polsce. Majątek, którym dotąd zarządzały, został przejęty przez nowo utworzoną Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa (późniejszą Agencję Nieruchomości Rolnych).
W miejsce dawnych PGR-ów powoływano nowe jednostki — Gospodarstwa Rolnicze i Przedsiębiorstwa Rolnicze, które miały kontynuować działalność w innych warunkach, choć w praktyce sposób zarządzania w wielu miejscach długo jeszcze pozostawał żywcem przeniesiony z poprzedniej epoki. Decyzje nadal zapadały odgórnie, a ludzie na dole mieli niewiele do powiedzenia.
Za dawnych czasów pracownicy nie płacili za mieszkania, a jeśli ich nie posiadali, otrzymywali dodatki mieszkaniowe doliczane do wynagrodzeń. System funkcjonował tak, jakby socjalizm miał trwać wiecznie. Mieszkanie było częścią etatu, a o ewentualnych problemach remontowych decydowano w ramach zakładu. Pracownicy Przedsiębiorstw Rolniczych przychodzili, by stale coś reperować, poprawiać, łatać — z założeniem, że takie poprawki będą trwać w nieskończoność.
Jednak tak się nie stało. Gdy nadeszły przemiany ustrojowe, cała ta logika się załamała. Problemy, których kiedyś nie rozwiązywano "bo jeszcze się zdąży", pozostały i zaczęły narastać. Do dziś, w wielu takich miejscowościach widać pozostałości tamtej prowizorki: krzywe ściany, nieotynkowane bloki, źle położone posadzki, odpadające tynki, cieknące dachy. Po socjalizmie została spuścizna niekończących się napraw, na które już nikt nie ma ani środków, ani ludzi.
Dla wielu rodzin wspomnieniem tamtych czasów jest również sam sposób zamieszkiwania. Dzieci zmarłych pracowników, a często dziś już wnuki, które kupiły mieszkania po swoich dziadkach, pamiętają jak, za PGR-u nie płaciło się czynszu, a mieszkania były po prostu przydzielane. Tymczasem oni musieli wykupić te same mieszkania — często na kredyt. Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa w imieniu Skarbu Państwa przeprowadziła sprzedaż lokali, formalnie rozwiązując status prawny mieszkań, ale nie rozwiązując wieloletnich problemów technicznych i budowlanych.
Najlepiej realia tamtej transformacji widać na przykładzie jednej z takich wsi. Na końcu lat 80., jeszcze za czasów Przedsiębiorstwa Rolniczego, rozpoczęto tam budowę nowej obory na 114 krów oraz osiedla mieszkaniowego — bloku dla osiemnastu rodzin pracowników.
Prace budowlane prowadziła lokalna firma, która — aby ograniczyć koszty i przyspieszyć roboty — zatrudniała dzieci, które jeszcze chodziły do szkoły oraz pomocników i ludzi zupełnie niewykwalifikowanych. Tynki kładziono w pośpiechu, na oko, bez trzymania pionów i poziomów. Ściany wyszły krzywe, z zaciekami, falami i ubytkami. Podłogi zalewano betonem bez poziomowania, z widocznymi garbami i spadkami.
W trakcie budowy doszło też do charakterystycznego dla tamtego ustroju absurdu. Gdy zabrakło cementu na wykończenie wnętrz obory i cielętnika, Dyrektor Przedsiębiorstwa Rolniczego — za zgodą Kierownika Gospodarstwa Rolniczego — zdecydował o zabraniu cementu z placu budowy bloku mieszkalnego. Mieszkańcy, przyszli lokatorzy bloku, nie mieli nic do powiedzenia. Liczyła się produkcja, nie komfort ludzi. Kiedyś się otynkuje i się nie otynkowało ….
Mimo wszystkich niedociągnięć, w latach 1989–1990 blok został oddany do użytku. Mieszkania przekazano w stanie surowym — bez wykończenia wnętrz. Pracownicy musieli sami, na własny koszt i własnymi rękami, położyć podłogi, glazurę, terakotę, zamontować sanitariaty. Kto miał trochę więcej pieniędzy i znajomości, zdobywał drugiej klasy płytki PCV, inni kupowali, co było dostępne. Ale nawet najlepsze kafle nie były w stanie zakryć krzywych ścian i przekoszonych podłóg. Każdą płytkę trzeba było docinać, korygować, kombinować, by w ogóle dało się ją położyć.
Do dziś dnia budynek stoi nieotynkowany, z surową cegłą na zewnątrz — niemym świadkiem tamtej epoki i decyzji podejmowanych przez dyrekcje i urzędy. Mimo że Agencja Własności Rolnej sprzedała te mieszkania mieszkańcom, problemy techniczne i formalne ciągną się do dzisiaj.
W latach późniejszych, gdy państwowa agencja pozbyła się już własności, mieszkańcy — nie mając innego wyjścia — zaczęli zakładać Spółdzielnie Mieszkaniowe albo Wspólnoty Mieszkaniowe. Jednak mentalność pozostała ta sama: nie chciano podnosić czynszów ani inwestować większych kwot w remonty. Składki ustalano zwykle na poziomie wystarczającym ledwie na zakup opału na zimę i podstawowe naprawy awaryjne. Gdy pojawiały się propozycje większych remontów czy modernizacji, szybko wybuchały lokalne spory i bunty. Ludzie przyzwyczajeni do wieloletniej socjalistycznej „opieki” nie chcieli sami finansować kosztownych napraw. Tak przez długie lata budynek pozostawał w stanie coraz gorszym.
Dodatkowo mieszkańcy — pozostawieni sami sobie — zaczęli na własną rękę wprowadzać różne przeróbki i "ulepszenia" wokół budynku. Sadzenie drzewek odbywało się tam, gdzie akurat ktoś chciał posadzić — bez planu, bez uzgodnień. Pojawiały się samowolne zejścia z balkonów na parterze — jedni robili sobie schodki, inni montowali furtki, by wyjść prosto na placyk pod oknem, który każdy urządzał wedle własnego uznania. Z czasem pod klatkami schodowymi zaczęły gromadzić się pojedyncze śmietniki wystawiane przez mieszkańców, którzy nie chcieli współfinansować budowy zbiorowego, większego śmietnika z tyłu budynku. Kiedy wreszcie próbowano wylać nową, utwardzoną powierzchnię pod wspólny śmietnik, nikt z mieszkańców nie kwapił się, by pomóc — zamiast tego toczono spory, kto, ile ma zapłacić, kto korzysta częściej, kto mniej, a kto wcale. Każdy pilnował swojego skrawka, nikt nie czuł się odpowiedzialny za całość.
Tak oto — w skali mikro — wyglądały skutki polskiej transformacji na prowincji. Tam, gdzie przez dekady decyzje podejmował ktoś „na górze”, a mieszkańcy byli jedynie wykonawcami poleceń, nagła konieczność samodzielnego zarządzania wspólnym dobrem okazywała się często ponad siły. Mentalność socjalistyczna zderzyła się z brutalnymi realiami kapitalizmu, a skutki tamtej zapaści są widoczne w tych miejscach po dziś dzień.
Adnotacja prawna autora
W trosce o ochronę dóbr osobistych i prywatności osób, których losy, zachowania i sytuacje mogły posłużyć jako inspiracja do opisanych w niniejszej publikacji wydarzeń, wszelkie imiona, nazwiska oraz inne dane identyfikujące bohaterów zostały celowo zmienione lub zmodyfikowane. Część opisanych sytuacji, choć inspirowanych faktami, została przedstawiona w sposób literacki i nie powinna być utożsamiana wprost z rzeczywistymi zdarzeniami ani osobami.
Zmiana danych osobowych podyktowana jest koniecznością poszanowania prywatności zarówno osób żyjących, jak i tych, które już odeszły, a także obowiązkiem ochrony ich dobrego imienia, zgodnie z przepisami prawa cywilnego, w szczególności art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego.
Jednocześnie autor informuje, iż na potrzeby niniejszej książki przyjął imię „Mirek”. Wybór ten wynika z osobistych doświadczeń autora, bowiem w środowisku zawodowym i prywatnym wiele osób tak się do niego zwracało, ze względu na jego uprzejmość i życzliwość wobec innych. Jeden z kierowników gospodarstwa, w którym autor pracował, zwykł mawiać:
„Nie słuchaj pan tych awantur, po co to panu — idź pan i nie zawracaj sobie tym głowy”,
czym zachęcał autora do unikania niepotrzebnych konfliktów.
Również Dyrektor Generalny jednej z czołowych firm w Polsce, mimo osobistych problemów zdrowotnych, odnosił się do autora z dużym szacunkiem, zawsze zwracając się słowami:
„Panie Mirku...”,
co zapadło autorowi głęboko w pamięć i skłoniło do wyboru tego właśnie imienia jako swoistego pseudonimu w tej publikacji.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze