Bogowie Doom Metalu zapoczątkowali „Days Of The Ceremony” Relacja z Saint Vitus!
27 czerwca 2012 r. w warszawskim "Centrum Promocji Kultury" odbył się długo oczekiwany przez wszystkich koncert zespołu Saint Vitus. Był to drugi zaplanowany w ramach trasy koncert w Polsce; pierwszy odbył się w podszczecińskim Goleniowie dzień wcześniej. Zespołami supporującymi były warszawski Leash Eye oraz śląski Gallileous. O supportach pisać nie będę ponieważ przyjechałem tylko na główną gwiazdę wieczoru, którą Saint Vitus na pewno było. Osób przybyło więcej niż się spodziewałem, sala była prawie cała wypełniona co sprawiało dobre wrażenie, chociaż była ona średniej wielkości. „Ciężkie dragi braliśmy tylko dla zabawy, marihuana to co innego. Będziemy więc bardzo wdzięczni za każdą porcję trawy podczas koncertów w Polsce...” Lider Saint Vitus, Scott „Wino” Weinrich nie rzuca słów na wiatr. Zarówno on sam jak i jego ekipa czatowała na swoich fanów przed wejściem do klubu ładnych parę godzin. Zero gwiazdorstwa, „wożenia się”. Chętnie rozmawiali, pozowali do fotek, podpisywali płyty i oczywiście gustowali w wyżej wymienionych naszych polskich, ziołowych specjałach. To było niesamowite powitanie naszej publiki. Ponoć to Polacy słyną z gościnności, a tutaj: niespodzianka- Dave Chandler, gitarzysta kapeli sam zaprosił nas na swój koncert. Wznosząc pięść ku górze i skandując: „Right On! Right On!...” A my wraz z nim idąc za jego plecami jak mała armia. Już wtedy wiadomo było, że koncert „Świętego Vita” będzie niesamowitym przeżyciem. Koło godziny 21:30 na scenie zaczęły się końcowe przygotowania przed ostatnim gigiem. Po chwili na arenę wkroczyli gladiatorzy : gitarzysta Dave Chandler, basista Mark Adams, bębniarz Henry Vasquez oraz wokalista Scott "Wino" Weinrich. Panowie występ rozpoczęli utworem "Blessed Night" z ostatniego ich albumu Lillie: F-65; zapowiadał on też album na singlu „Blessed Night” wydanym rok wcześniej, którego edycja 7 calowa na vinylu ograniczona została do 1000 numerowanych sztuk. Wracając do koncertu, nagłośnienie o dziwo było bardzo dobre. Za plecami muzyków na ekranie wyświetlane były wizualizacje zawierające często liść konopii, której na sali zabraknąć oczywiście przy takim zespole nie mogło. Kolejne po „Blessed Night” poleciały: z albumu V- „I Bleed Black”, z genialnego Born Too Late- „Clear Windowpane” oraz monumentalny „Let Them Fall” z ostatniego albumu Lillie: F-65. Jest to utwór do którego został stworzony teledysk promujący płytę. Następnie zagrane zostały: z Lillie: F-65- „The Bleeding Ground”, V- „Living Backwards”, Born Too Late- „Look Behind You”, ponownie z Lillie: F-65- „The Waste Of Time”, oraz jeden z utwór na który osobiście czekałem, czyli „White Stallions” z mojego ulubionego albumu „Hallow"s Victim”. Genialna gra Chandlera, szybkośc Vasqueza, bas Adamsa oraz charyzma i donośny specyficzny wokal Weinricha po prostu musiały dać mieszankę wybuchową. "Wino" miał dobry kontakt z publiką, od czasu do czasu popijając Jacka Daniels"a, którego publiczność ku uciesze również dostała! Każdy z muzyków widać było, że chce dać z siebie wszystko i się cholernie angażuje w to co robi i gra. Na koniec tego wspaniałego wieczoru Panowie zagrali ponownie z Hallow"s Victim-”Mystic Lady”, z Saint Vitus-”Saint Vitus” i z Born Too Late- „Dying Inside”, a także numer tytułowy. Reasumując, koncert był genialny. Nie nawaliło, ani nagłośnienie, ludzie. Miejsce było genialnie przygotowane do tego typu gigu. A oczywiscie sam zespół po prostu konkretnie przypierdolili i tylko tego można się było po nich spodziewać. Zespół najwyższej półki bez dwóch zdań! Merchandising kapeli również wyróżniał się in plus. Można było zakupić nie tylko płyty, koszulki, czy inne akcesoria, ale nawet sosy firmowane logiem Saint Vitus. Warto zaznaczyć, że koncert amerykańskiej formacji był "before party" przed oficjalną częścią „Days Of The Ceremony”. Skoro festiwał zaczyna się tak mocnym uderzeniem to teraz poprzeczka nie może już spaść niżej. Czy uda się ten poziom utrzymać kolejnym kapelom? Zobaczymy już wkrótce, a jako pierwszy wystartuje legenda desert rocka, Fatso Jetson. Na koniec pozdrowienia dla całej ekipy która ze mną była.
Stay Doomed!
Wojciech "Wojtas" Samborski Zdjęcia: Paweł Wygoda
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze