Kiedy Sebastian Figat opuszczał 27 kwietnia Sochaczew, by odbyć swój najdłuższy kajakowy rejs wodami rzek Ukrainy, Białorusi, Polski i Niemiec z Kijowa do Berlina, na pewno nawet nie przypuszczał, że skończy się to tak dramatycznie, jak się skończyło.
Ale po kolei. Do Kijowa dotarł następnego dnia po południu wynajętym samochodem i tu zaczęły się pierwsze kłopoty. Okazało się bowiem, że w samym mieście nie ma właściwie miejsca gdzie można by zwodować kajak. Pojawił się również problem z noclegiem. „Razem z kierowcą, który mnie przywiózł – opowiada Sebastian Figat – szukamy długo odpowiedniego miejsca, ale przeważnie jesteśmy z nabrzeża przepędzani. Na przykład, wjeżdżamy na parking restauracji dla tzw. nowych Ruskich, jak ich się tam nazywa, i proszę o możliwość rozstawienia na noc namiotu, reakcja jest natychmiastowa i nieprzychylna”.
Sebastian próbuje więc od razu rozpocząć swój rejs, ale po kilku kilometrach okazuje się, że pomylił drogę i wpłynął na zalew. Trzeba było wrócić i poszukać noclegu na brzegu Dniepru w Kijowie. Na szczęście w mieście jest wiele plaż i ośrodków wypoczynkowych, bo rzeka jest tu bardzo czysta. Na jednej z nich za napiwek udaje się znaleźć miejsce pod namiot.
Gdzie jest ta granica?
O 7 rano następuje prawdziwy początek wyprawy. Pierwszy dzień to pokonanie 40 kilometrów pod prąd. „Nie spieszyłem się – mówi Sebastian – bo dopiero od pierwszego miałem wizę białoruską, więc mogłem płynąć spokojnie, na trzy dni miałem do pokonania 120 kilometrów. Powoli się rozpędzałem, tym bardziej, że kajak nie opływany, bo przywieziono go dosłownie na dwie godziny przed wyjazdem z domu”.
Tego dnia Sebastian pokonuje pierwszą śluzę. Aby wpłynąć na Kijowskie Morze, jak tam nazywają zbiornik Kijowski, musi przeciągnąc kajak po lądzie pół kilometra. Nocuje na brzegu. Gdy idzie spać, woda jest spokojna i równa jak stół. Jednak następnego dnia zaczyna się burza i pojawiają się fale. Czeka go więc wielogodzinna ciężka z nimi walka, tym trudniejsza, że atakują kajak od tyłu. Dodatkowy kłopot to fakt, że Morze Kijowskie to olbrzymi akwen, i naprawdę trudno trafić do ujścia Dniepru, którym ma dalej płynąć. Wiele wysepek i zakoli bardzo go myliło.
Po drodze spotkanie z białoruskimi kajakarzami. Sebastiana szokuje prymitywny sprzęt pływający tamtych – składane, obciągane brezentem kajaki, na jakich bałby się w ogóle wypłynąć. „Do dziś jestem pod wrażeniem ich odwagi – mówi Sebastian. – Oni z kolei, wzięli mnie chyba za szaleńca, gdy im powiedziałem, skąd płynę i gdzie mam zamiar dotrzeć”.
W końcu udaje się trafić na Dniepr i o godzinie 15.00 Sebastian nie zatrzymywany przez nikogo, nieświadom swojej pozycji, ląduje w miejscowości Niżne Żary, już za granicą białoruską. „Tu właśnie popełniłem największy błąd całej wyprawy, przepłynąłem granicę z ominięciem posterunku celnego”. Dlaczego tak się stało? Sebastian mówi, że powodów było kilka. Po pierwsze, płynąc przez Kijowskie Morze, doznał udaru słonecznego. Płynął bez czapki, tam zaś wiatr i słońce zrobiły swoje. Potworny ból głowy nie dawał spokoju. Potem przez dwa dni schodziła mu skóra z głowy i twarzy. Doszło też zmęczenie po walce z falami i wiatrem na tym wielkim akwenie. A na dodatek posłuchał Ukraińców, którzy zapewniali , że w Niżnych Żarach spotka straż graniczną. Nikogo tam jednk nie było.
Gdy zorientował się, co się stało, doszedł do wniosku, że w tej sytuacji szukanie posterunku celnego nie ma sensu, bo niechybnie zatrzymany zostałby za nielegalne przekroczenie granicy.
Jak się później okazało, granicę tę przekroczył tam wielokrotnie. Biegnie ona bowiem środkiem rzeki, on musiał natomiast, płynąć pod prąd, szukać słabszego nurtu. Zmieniał więc strony rzeki wielokrotnie. Nikt tego jednak nie zauważył, żadnych pograniczników w tym miejscu nie było.
Świeże ryby, wódka i komary
W Niżnych Żarach Sebastian rozpoczął poszukiwania samochodu, który zawiózłby go do Mozyrza nad Prypecią. Nie mógł płynąć bezpośrednio rzeką, musiał bowiem ominąć skażoną strefę wokół Czarnobyla. Chociaż dzisiaj uważa, że mógłby płynąć, bowiem strefa owa, czyli 20 km od elektrowni, która znajduje się w jakieś małej wiosce daleko od samego miasta, do rzeki jest zachowana. Podczas przygotowań do wyprawy, pomoc przy transporcie do Mozyrza zadeklarowało tutejsze polskie koło, jednak akurat wtedy, gdy zjawił się Sebastian, mieli jakieś swoje święto i z obietnicy się nie wywiązali. Szukał więc transportu na własną rękę po niewielkich Niżnych Żarach, aż w końcu trafił na właściciela starej łady, który zgodził się zawieźć go za 20 euro. Mimo, że trasa spora, bo 160 km w jedną stronę, to zapłata niemała zważywszy, że kierowca to człowiek niezamożny, utrzymujący się z łowienia ryb. A więc kajak na dach i w drogę.
Na miejsce docierają późno, na dodatek nie ma kontaktu z ową polską organizacją. Telefon po prostu milczy. Sebastian decyduje się nocować na brzegu za Mozyrzem. Wsiada więc w kajak i płynie przez miasto, podziwiając z wody dużą białoruską aglomerację.
Drugiego maja robi 40 kilometrów Prypecią znów pod prąd. Ale tak naprawdę, że tyle, dowiaduje się dopiero parę dni później, bo znaki na brzegu okazują się bardzo nieprecyzyjne. Za to spotykani ludzie są bardzo życzliwi. Zdarza się, że częstują jedzeniem. Rybacy goszczą go nad brzegiem, gdy smażą ryby, próbują częstować wódką. Dziwią się, kiedy wypicia odmawia. „Dałem się poczęstować rybami, choć gdybym zjadł swoje pożywienie, kajak byłby lżejszy – mówi Sebastian.- Jednak gdy w perspektywie przez kilkanaście dni jeść mam ciągle to samo, odmiana się przydaje” Na co dzień żywi się daniami gotowymi zalewanymi wrzątkiem. „Gdy spotkani ludzie dowiadują się, skąd i gdzie płynę, na ogół wszyscy są w sporym szoku, że robię to sam. Trudno mi wytłumaczyć, że nie mogłem w kraju znaleźć nikogo więcej”.
Trzeciego maja robi, też według znaków, 50 km, a tak naprawdę około 40 . Dociera do miejscowości Petrykov i nocuje na promie, który „łączy” tam brzegi Prypeci. Okazuje się, że był to jednak błąd. Niezamknięte pomieszczenie nie zabezpiecza tak przed chmarami komarów, jak szczelny namiot. Nie pomagają żadne opryski, owady nie boją się niczego. Sebastian spędza więc nieprzespaną noc walcząc z natrętami.
Otarł się o Łukaszenkę
Kolejny postój to Laskovicze. Tam, na holowniku, kursującym jako statek wycieczkowy spotyka życzliwych ludzi, którzy, dowiadując się o jego wyprawie, goszczą go i nocują, a co najważniejsze, rozpisują mu całą dalszą trasę po Białorusi. Laskovicze to w ogóle taki mały kurort, gdzie bywają zagraniczni goście, i płacą duże pieniądze, aby zapolować tu na wilki, a także zwiedzać statkiem okolicę. Ma tam też willę prezydent Łukaszenko. „Miałem ją sfotografować, ale w końcu jakoś zapomniałem. Byłem tam pięć dni po jego wyjeździe. - opowiada Sebastian. - Z Laskovicz robię pierwsze porządne kilometry. Płynę 50 kilometrów do miejscowości Turov. Pogoda niesamowita deszcz, wiatr i ostre słońce, wszystko w ciągu kilku godzin na przemian. Rzeka płynie w jedną stronę, a w rzeczywistości jakby w dwie , bo góra rzeki pod naporem wiatru cofa się, powodując ogromne fale ze spienionymi grzbietami. I cały czas pod prąd”.
„Kolejny etap to Turov – Miklaszewice 50 km. Znowu deszcz i wiatr. Słońca już tego dnia nie widać. Drugi dzień, niemal cały czas leje. Wieczorem wiatr jest tak silny, że składa mi namiot. Trzeba podpierać stelaż wiosłem, bo inaczej rozłożyłby się zupełnie. Przez to wszystko wylała mi się w namiocie gorąca woda. Więc ogromna złość, bo przecież tylko dzięki niej mogę coś zjeść. W Miklaszewicach szokujące spotkanie. Gdy chcę nabrać wody na dalszą drogę, wychodzi do mnie człowiek w wojskowym mundurze, a za nim z samochodu wyczołguje się pijany oficer milicji. Dopiero później okazuje się, że to grupa Białorusinów zrobiła sobie piknik, przebierając się w rozmaite mundury wojskowe. Wyglądali jak jakaś organizacja paramilitarna. Tak się tam ludzie bawią.”
A ja znów na wodę i na trasę Miklaszewicze – Stacja Prypeć 60 kilometrów. Tu kolejny ośrodek wypoczynkowy, ale inny. Prywatne domki różnego typu, nieraz bardzo oryginalne i zabawne, na przykład zrobione z samochodowej chłodni albo wręcz starego auta przerobionego na ubogie dacze. Budki pozbijane z desek i innych rozmaitych przedmiotów. Nocuję tam w namiocie i jest to trzeci dzień, gdy pada deszcz. Mam wszystko mokre i jest bardzo zimno. Przez trzy dni zrobiłem 160 km.”
„Następnego dnia znowu pada. Przeciągam kajak przez pierwszą na Prypeci śluzę. Podczas całej podróży przeciągam kajak przez 13 śluz. Zresztą, z tymi śluzami to ciekawa sytuacja. Obsługi śluz, jeśli były, miały ze mną niezłą zabawę. Pomagali mi z kajakiem, a potem dzwonili na kolejną, aby powiadomić tamtych, że ktoś taki do nich płynie. Przy okazji wymieniali na mój temat poglądy. Mieli ubaw”.
U kresu wytrzymałości
„Dziewiątego dnia wyprawy byłem u kresu wytrzymałości. Pogoda, zmęczenie, zimno i mokro, oprócz bielizny mam przecież jedno ubranie na całą podróż. Wtedy spotykam statek, który płynie do Pińska, do którego jest jeszcze 25 km. Decyduję się zabrać z nimi, by podsuszyć się i odpocząć. Inaczej nie miałbym chyba siły płynąć dalej. Na szczęście pozwalają mi na to. Noc spędzam w kapitanacie rzecznym. Tam wreszcie jest normalnie. Suszę rzeczy i 9 maja jestem gotowy do wypłynięcia, ale decyduję się zostać na dzień w Pińsku, by zobaczyć okolicę. Wybieram się z pielgrzymką na wycieczkę do Sanktuarium Maryjnego w okolicach miasta. A rano 10 maja znów na wodę. Zostało mi 200 km do Brześcia.”
„Jednego dnia pokonuję aż 72 km pod prąd i pięć śluz. Nadal wiatr. Nocuję na śluzie w Laskowiczach, już drugim po drodze. Na zwykłej ławce, ale pod dachem. Jest to śluza z 1938 r. którą pobudowali Polacy. I to widać. Inne otoczenie, jakoś to zagospodarowane. Jest nawet obok duża willa dla obsługi.”
„Następny etap to Kobryń – 60 km. Tu miałem przygodę, która zapowiadała się groźnie. Spacerując nad rzeką nie spodobałem się popijającej tam grupie młodzieży. Mało brakowało a byłoby ze mną źle. Udawałem jednak, że nic nie rozumiem i poczęstowałem ich ciastkami, które kupiłem tam w sklepie. Skończyło się na popychankach. Oprócz tego incydentu przez piętnaście dni spędzonych na Ukrainie i Białorusi podobnych problemów nie miałem z nikim. Choć spotkani tam ludzie pytali: Nie boisz się? Nic ci się nie stało? Przecież Białoruś to jest pierwsza bandycka republika. Dziwili się sami Białorusini.
Z Kobrynia do Brześcia pozostało mi 60 km i docieram tam ok. godz. 16.00. A już o 16.50 trafiam na pierwsze przesłuchanie.”
Początek horroru
Zanim jednak do tego doszło, Sebastian, chcąc wpłynąć na rzekę Bóg, podpłynął do posterunku milicyjnego na nabrzeżu, pytając, czy może tędy płynąć dalej. Oni zadzwonili na posterunek graniczny i powiedzieli: płyń do nich, będzie wszystko dobrze. Tam jednak, gdy zobaczyli, że nie ma w paszporcie pieczątki wjazdowej z Ukrainy na Białoruś, po prostu zatrzymali go. Przy okazji dołożyli jeszcze oskarżenie o próbę nielegalnego przekroczenia granicy białorusko-polskiej. Aresztowany Sebastian Figat trafia do więzienia w Brześciu, w którym spędza w tragicznych warunkach 7 dni. Dopiero po dwóch dniach pozwolono mu zatelefonować, dzięki czemu powiadomił rodzinę i Urząd Miasta w Sochaczewie, a konkretnie rzecznika burmistrza Daniela Wachowskiego o swoim położeniu. Burmistrz Jerzy Żelichowski zawiadamia o wszystkim konsulat w Brześciu i prosi o pomoc. Konsul 17 maja zjawia się w więzieniu. Obiecuje pomoc i domaga się dla Sebastiana poprawy warunków, a przede wszystkim możliwości wykąpania się. Władze więzienne obiecują tzw. banię, czyli saunę i wypuszczenie na wolność.
Jedziemy na wschód, czyli powrót na miejsce przestępstwa
Dzień później zabierają go rano z celi. A gdy już cieszył się, że wraca do domu, okazuje się, iż wywożą go do Homela, 580 km na wschód, blisko miejsca gdzie przekroczył granicę ukraińsko-białoruską. Zanim jednak wyjechali, Sebastian wraz z trzema eskortującymi go żołnierzami zwiedza jeszcze twierdzę brzeską. Nie zabrali się po prostu na pociąg i w oczekiwaniu na następny zrobiliśmy taką właśnie wycieczkę.
Potem jednak wielogodzinna podróż pociągiem i trzy dni w areszcie oraz kolejne przesłuchania. Jak przekroczył granice, gdzie, dlaczego, jaki był cel podróży, z czego się to wzięło, kto pomagał ?– pytali o wszystko. „W tamtych chwilach dziękowałem opatrzności, że jednak nie sfotografowałem rezydencji Łukaszenki. Strach pomyśleć, co by się wówczas stąło” – dodaje Sebastian Fiagat. Po trzech dniach przesłuchań odbyła się szybka rozprawa sądowa w małej miejscowości pod Homlem. Pani sędzina była nawet pod wrażeniem jego wyczynu, ale karę dowaliła taką, że ho ho – 900 dolarów za przekroczenie granicy ukraińsko-białoruskiej, oraz zakaz wjazdu na rok. Można się oczywiście pocieszać, że właściwie jest to grzywna w tej sytuacji nieściągalna, jednak jest jedno „ale”. Białorusini zarekwirowali bowiem Sebastianowi kajak z całym osprzętem, który jest wart więcej i nie wiadomo czy nie stanie się on w tym przypadku kartą przetargową.
Po rozprawie Białorusini kupują Sebastianowi bilet na pociąg i deportują na Ukrainę, skąd przybył. Podróż kończy się w Czernihowie, gdzie Figat zostaje pozostawiony sam sobie zupełnie bez pieniędzy. Na szczęście udaje mu się dodzwonić do konsula w Brześciu, który obiecuje pomoc. Jednak ona nie nadchodzi. Po całym dniu spędzonym na dworcu w Czernihowie Sebastianowi udaje się ostatnim pociągiem wyjechać do Kijowa. A to tylko dzięki jednej z kobiet, które podróżują z Białorusi na Ukrainę po zakupy, bo tam taniej.
W zamian za środki medyczne dostaje siedem grzywien, które wystarczają na bilet do Kijowa. Tam dopiero odbiera go konsul i daje pożyczkę konsularną, 50 dolarów. Tam też Sebastian nocuje w hotelu, gdzie pierwszy raz od 20 dni się kąpie. Wcześniej mył się tylko dwa razy. W pociągach. W aresztach nie było takiej możliwości. W poniedziałek wieczorem 24 maja, po 28 dniach wyprawy, z których niemal połowę spędził w białoruskich aresztach, jest w Sochaczewie. Przez 13 dni wyprawy udało mu się pokonać 612 km w kajaku.
W ten sposób zakończyła się ciekawie zapowiadająca się wyprawa kajakowa Kijów -Berlin. Sebastian Figat chce jednak płynąć dalej. Wszystko zależy teraz od tego, czy służby graniczne Białorusi zwrócą mu łódkę. Jeśli tak, będzie kontynuował zamierzoną trasę już na terenach polskich.
„Jest takie powiedzenie – mówi na zakończenie Sebastian – że to, co nas nie zabije, tylko nas wzmocni. Myślę, że te doświadczenia bardzo mnie wzmocniły.”
Sławomir Burzyński
Sebastian Figat chciałby za naszym pośrednictwem podziękować wszystkim, którzy pomogli mu w organizacji wyprawy oraz oczywiście tym, którzy walczyli o jego uwolnienie z białoruskiego aresztu.
Dziękuje więc przede wszystkim władzom Sochaczewa ze szczególnym uwzględnieniem burmistrza Jerzego Żelichowskiego i Daniela Wachowskiego. Składa również podziękowania władzom powiatu sochaczewskiego a także wójtowi gminy Sochaczew. Dziękuje też Adamowi Jeznachowi za transport i pomoc w organizacji wyjazdu. Dziękuje Adamowi Lemieszowi ze Starostwa, a także Marcinowi Wrzesińskiemu, Ryszardowi Dobrzyńskiemu, Zbigniewowi Rozmarynowskiemu, Mirosławie Miałkos oraz firmom Jakuzzi, Haber, Charon, PSS „Społem”.Szczególne podziękowania są również dla rodziców, którzy popierali jego zamiary od początku, ale i bardzo pomogli w trudnych chwilach.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze