Pochodzą głównie z Armenii i Azerbejdżanu. Na sochaczewskim rynku sprzedają od lat. Prowadzą tu działalność gospodarczą, płacą ZUS, podatki i placowe.
Minęły już czasy, gdy mieszkańcy byłego Związku Radzieckiego przy okazji wycieczek do Żelazowej Woli zajmowali się handlem na sochaczewskim targowisku. Nie ma już wyścigów pomiędzy przyjezdnymi, którzy po wysypaniu się z autokarów chcą zająć najlepsze miejsca. Mimo wszystko sochaczewskie targowisko to nadal tygiel kulturowy. Walierij z żoną Aimą oraz Armen są obywatelami Rosji. Pochodzą z Armenii. Na sochaczewskim rynku sprzedają od 12 lat. Głównie odzież. Prowadzą tu działalność gospodarczą, płacą ZUS, podatki i placowe. - Ciężkie życie prowadzimy - mówi Aima - musimy płacić ZUS, podatki i nawet dachu nam nie zrobią. Armen skończył ekonomię w Polsce. Lepszej pracy nie znalazł. Mówią, że wejście Polski do Unii Europejskiej jak na razie nie utrudniło im życia. Aima ma kartę stałego pobytu, Walierij pobyt czasowy. Wszystko niby legalnie. Zaznaczają że lubią Polaków. - Ja przyjechałem do Polski z tym – mówi Gienadij z sąsiedniego stoiska pokazując widły. Gienadij sprzedaje na sochaczewskim rynku już od kilkunastu lat. - Nie ma żadnych konfliktów. Handel jest bardziej ucywilizowany - tłumaczy Mariusz Cieślak, Kierownik Targowicy Miejskiej - w latach 90, wiadomo, kiedy był napływ handlujących zza wschodniej granicy, koledzy którzy tu dłużej pracowali mówili, że owszem były jakieś konflikty, ale to raczej między sobą nawzajem. Podobnie uważa Ryszard, Polak sprzedający na rynku zegarki. - Ja tam konfliktów nie miałem - mówi. - Obcokrajowcy z targowiska miejskiego działają na takich zasadach jak Polacy - mówi M. Cieślak - muszą mieć wpis do Ewidencji Działalności Gospodarczej i płacić placowe. Każdy ma swoje stanowisko. Każdy handluje na warunkach tak jak tutaj wszyscy. Oni mają swoje stanowiska czyli muszą rezerwację opłacić, normalnie opłatę dzienną. Mają swoje mieszkania lub wynajmują, swoje życie już z Polską wiążą, swoje dzieci posyłają do polskich szkół. Córka jednego pana, który jest z Armenii, ma swoje mieszkanie, studiuje w Krakowie i zna kilka języków. Są nawet małżeństwa polsko-ukraińskie. Faktem też jest, że wejście Polski do Unii Europejskiej ograniczyło liczbę kupców zza wschodniej granicy. Panie z firankami, które przyjeżdżają tu od czasu do czasu (…) nie mają stanowisk na stałe przypisanych tylko patrzą, gdzie jest wolne miejsce i wtedy się rozkładają. I wtedy widać, że one przyjeżdżają raz na jakiś czas. To są dwie, trzy osoby. Targowisko miejskie jest własnością miasta zarządzaną przez MKS Orkan. Uchwała Rady Miejskiej na początku lat dziewięćdziesiątych przekazała zarząd nad terenem targowiska klubowi MKS Orkan. Nieco inaczej sytuacja wygląda na części rolno-spożywczej zarządzanej przez PSS Społem. Znaczną część obcokrajowców stanowią tam Cyganie rumuńscy i bułgarscy. Jest też kilku azjatów. Oni również płacą placowe i opłatę targową. - To taki folklor - mówi kierownik części rolno-spożywczej - sto procent legalności to tu nie ma - dodaje jednak nieoficjalnie. Prawo do kontrolowania obcokrajowców mają bowiem tylko odpowiednie służby. Od czasu gdy Rumunia i Bułgaria należą do Unii Europejskiej, ciężej ich kontrolować. Obywatel każdego kraju UE może bowiem wjechać i przebywać na terytorium naszego kraju do 3 miesięcy na podstawie ważnego dokumentu podróży lub innego ważnego dokumentu potwierdzającego obywatelstwo. Mimo wszystko kupujący są zadowoleni, a przecież to jest chyba najważniejsze.
Daniel Grabarek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze