Kilkanaście dni temu odwiedził nas w redakcji Jan Głuchowski, profesor prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika a także rektor Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu, ale urodzony i wychowany w Sochaczewie i, jak się okazało, wielki miłośnik swego rodzinnego miasta.
Nam, początkowo nieco zaskoczonym, wyjaśnił, że po wieloletniej nieobecności widzi tak wiele pozytywnych budujących go zmian, iż musi się swoimi obserwacjami podzielić. Należy zacząć od tego, że wyjechał stąd w 1957 r., tuż po maturze na studia do Sopotu i do Sochaczewa już nie wrócił, ale zawsze był on jego ukochanym miastem.
Zawsze w sercu Sochaczew
- Gdy zobaczę wśród kandydatów na studia w UMK sochaczewianina, albo już w indeksie, że ktoś jest z mojego miasta, nie ma wtedy dla mnie większej radości - mówi Jan Głuchowski. Przyjechałem tu po raz pierwszy od wielu, wielu lat i jestem zafascynowany zmianami, jakie obserwuję.
Z dumą mówił o pracach na zamkowym wzgórzu, o renowacji fragmentu naszego zamku: - To będzie na pewno piękna wizytówka miasta. Zachęci przyjezdnych, ale też mieszkańców, do odwiedzenia tego miejsca, bo już w zarośniętych resztkach murów przestaną straszyć zwolennicy tanich win, którzy tu przez lata urzędowali.
Zachwycał się też odnowionym rynkiem, bo przecież tu w pierwszej kolejności trafiają goście i na pewno teraz chętniej się zatrzymają. Cieszą go także kramnice i odrestaurowana Warszawska. - Wiele miejsc trudno poznać, tak się na korzyść zmieniły - mówił. - Bardzo mnie to raduje, bo zapewne każdy chciałby być dumny ze swego rodzinnego miasta, dlatego też niezmiennie je sławię, choć są i inni. Mieliśmy na wydziale prawa kolegę z Rypina, który, jak tylko zobaczył w indeksie, że student jest z jego miasta, od razu stawiał dwóję - śmieje się .
Od morza do prawa
Profesor Jan Głuchowski przybył wraz z żoną do rodzinnego miasta z okazji 50. rocznicy ślubu, który brali w Sochaczewie 21 lipca 1963 roku w małym kościółku, na którego miejscu stoi dziś przy placu Kościuszki nowy - pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Nasz gość żartuje, iż skoro kościoła nie ma, to ma ciągle szansę na rozwiązanie małżeństwa. Ale to tylko żart, bo przecież 50 wspólnych lat do czegoś zobowiązuje. - Rozbiegliśmy się po świecie, rodziny nasze, nasze dzieci, choć niektórzy nadal mieszkają w Sochaczewie. Ale teraz z okazji rocznicy wszyscy się tu spotkamy. To będzie dla nas wielki przeżycie.
- Ja wyjechałem w wieku 17 lat na studia do Sopotu - opowiada Jan Głuchowski - gdzie dostałem się na wydział morski. Zmusił mnie do tego ojciec, choć zawsze marzyłem o prawie. On chciał jednak, bym był razem z młodszym bratem, który uczył się w technikum budowy okrętów i pragnął zostać marynarzem. Ostatecznie jednak nim nie został, tylko profesorem na Politechnice Gdańskiej, ale ja musiałem ten wydział skończyć.
Jednak już na seminarium magisterskie wybrał prawo, a w dniu egzaminu profesor zaproponował mu asystenturę na wydziale prawa UMK w Toruniu. Tak w 1962 r. znalazł się w tym mieście. Chociaż, jak wspomina, i na tych niechcianych studiach morskich bywało całkiem ciekawie. Na przykład na praktykach, gdy nadzorowali zaopatrywanie statków w prowiant na kolejny rejs. Po pokwitowaniu odbioru, każdy dostawał butelkę Whisky i dziesięć paczek Camelii.
Okiem 10-latka
- Do szkoły podstawowej latem chodziłem na bosaka - wspomina prof. Głuchowski. - Tak się wtedy chodziło. Mieściła się ona w kamienicy przy ul. Okrzei, która stoi do dziś. Jakoś się tam mieściliśmy, bo powojenne klasy nie były tak liczne jak dziś. Kiedyś, gdy jechałem rowerem do szkoły, oczywiście na bosaka, zobaczyłem olbrzymi pogrzeb. Za trumną szły tłumy ludzi. Miałem wtedy 10 lat i nie wiedziałem, że chowają mojego przyszłego teścia.
A był to pogrzeb Zygmunta Górko, burmistrza Sochaczewa z lat 40-tych. Odsunięto go potem za przynależność do AK. Zmarł na zawał serca w wieku 40 lat. A był rok 1950. Jego żona, Wanda Górko, polonistka, była również bardzo znaną postacią, bo uczyła przez wiele lat w liceum, które było wówczas prestiżową w mieście instytucją .
- Wtedy jednak nie byłem tego wszystkiego świadom. Mieszkaliśmy w postawionym przez ojca pierwszym w tym miejscu prywatnym domu niemal naprzeciwko hotelu oficerskiego. Dookoła były puste pola. Do tego stopnia, że z naszych okien widać było niewielką kamieniczkę z czerwonej cegły pani Paulowej, stojącą do dziś vis a vis liceum. Ojciec postawił dom, bo miał własne przedsiębiorstwo rzeźniczo - wędliniarskie. Jednak bardzo szybko władze nakazały mu wstąpić do PSS-u. Gdy odmówił, nie chcąc tracić prywatnej firmy, SB zamknęło go w więziennej piwnicy przy dzisiejszym pl. Armii Ludowej, gdzie po trzech miesiącach spokorniał, zapisał się do PSS i skasował prywatny interes.
To jest tęsknota za młodością
Jan Głuchowski był w latach 1953-57 uczniem jedynego wówczas w mieście liceum, niewielu dziś jednak nauczycieli pamięta. Wspomina, że uczył już wtedy znany wielu pokoleniom Tadzio Tomaszewski. Wychowawczynią profesora była, nie najlepsza jego zdaniem nauczycielka francuskiego, pani Pluta. Natomiast jako znakomitą romanistkę pamięta madame Pilecką, mieszkającą w małej kamieniczce przy ul. Wojska Polskiego. Równie dobrym romanistą był pan Pawłowski, który mieszkał przy ul. Moniuszki. On też pomógł mu przygotować się do egzaminu na studia. Dobrze wspomina także rusycystkę mieszkającą u państwa Kitkowskich, której nazwiska już nie pamięta.
Za to o wiele lepiej pamięta młodzieńcze fascynacje i przeżycia z Sochaczewa lat 50. Choćby pierwszą w mieście kawiarnię Malinka.
- To była wtedy wielka sensacja - wspomina Jan Głuchowski. - Myśmy ją tylko z zewnątrz oglądali i przez szyby zerkali. Wtedy, jako licealistom, do głowy nam nie przyszło, aby wejść do środka. Baliśmy się, że nas wyrzucą. Dziś jest to dla młodzieży zapewne bardzo śmieszne. Kiedyś w końcu odważyliśmy się z kolegą wejść do Malinki, jednak niepewni, czy w ogóle nam coś podadzą - śmieje się.
Były też już wówczas dwie restauracje Mazowiecka i U Wicka . Jak pamięta pan Jan, do Wicka lubił wpadać premier Cyrankiewicz. I często zamawiał prosiaka, więc Wicek jechał na wieś, gdzie wszyscy wiedzieli o co chodzi, musiał więc płacić za małego prosiaka, jak za dużą świnię. Cyrankiewicz lubił też przepiórki, ale w tym przypadku często zastępowały je podobno małe gapioki.
- Pamiętam też - mówił - że do ogrodów, których było wtedy w mieście wiele, nawet obok liceum, często chodziliśmy z chłopakami na dzierżawę. Nikt bowiem w tamtych czasach nie uważał za coś złego, aby skubnąć trochę owoców. Zaś na dzikie czereśnie, takie małe psiunki, szło się aż na drogę wiodącą do Żyrardowa, jakieś 3-4 kilometry, tylko po to, aby pojeść tych czereśni. Inna sprawa to zabawy na przystani. Już jako dzieci chodzili tam, by ze skarpy kircholu przyglądać się tańczącym i słuchać jak gra orkiestra. To było coś! Na kircholu w latach 50. często biwakowali też Cyganie. Rozbijali tam swój obóz, grali i tańczyli, a oni słuchali tego z pewnej odległości i z zapartym tchem. Takie były te spotkania z kulturą i muzyką.
- Pamiętam też, że gdy z fabryki spuścili do rzeki jakąś truciznę, to płynęły Bzurą, brzuchami do góry, setki ryb. Tyle ich wtedy było. A my patrzyliśmy tylko, których skrzela są czerwone, a których fioletowe. Te z czerwonymi nadawały się jeszcze do jedzenia. Wybierało się je całymi garściami. A były to czasy biedne, więc niejedna rodzina dobrze podjadła.
Niedaleko Malinki stali w tamtym okresie dorożkarze, a że zimy były ostre i śnieżne, często zamieniali dorożki na sanie.
- Pamiętam, jak czepiałem się tych sań i jeździłem nimi po Sochaczewie. Czułem się wtedy jak w balladach Bułata Okudżawy - dodaje Jan Głuchowski.
Sławomir Burzyński
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze