O tym, w jak zaskakujący sposób może potoczyć się kariera zawodowa, z Jarosławem Modrzejewskim rozmawia Agnieszka Poryszewska.
Szerszej publiczności jest pan znany ze swoich występów w orkiestrze Camerata Mazovia. W kwietniu usłyszeliśmy pana podczas koncertu na gali Sochaczewianin Roku. Jaki rodzaj muzyki Pan preferuje?
Uważam, że nie można zamykać się na żaden gatunek. W każdym można znaleźć coś ciekawego. Tak właśnie staram się robić. Nigdy nie powiedziałbym, że nie słucham tego albo innego rodzaju muzyki. W każdym można znaleźć coś dla siebie, a nawet jeżeli nie, zainspirować się jakimś jego drobnym fragmentem.
W powszechnym odczuciu ktoś, kto kończy Akademię Muzyczną, jest postrzegany jako miłośnik muzyki klasycznej.
Też ją lubię, ale jestem jednym z wielu przykładów osoby, która docenia też muzykę popularną. A w ogóle z pójściem na akademię to była ciekawa sprawa. Nie pochodzę z rodziny z tradycjami artystycznymi.
Więc jak to się stało, że najpierw trafił pan do naszej szkoły muzycznej, a potem zaczął studiować instrumentalistykę?
Wszystko zaczęło się w szkole podstawowej. Miałem bardzo fajną wychowawczynię - panią Mirosławę Dudę, która zauważyła, że ja i moja siostra mamy talent muzyczny. Dzięki niej wybrałem się na egzamin, który zresztą nie poszedł mi zbyt dobrze.
Ale do szkoły muzycznej się pan dostał.
Tak, po przesłuchaniach dodatkowych, z udziałem dyrektora. Chyba podczas egzaminu grupowego zawinił stres. Potem okazało się, że moja nauczycielka się nie myliła. Na zajęcia chodziłem przez długi czas bez większego przekonania. Nie wiązałem z muzyką przyszłości i dlatego lekcji nie traktowałem szczególnie poważnie. Początkowo myślałem o nauce gry na fortepianie, ale dyrektor Mieczysław Nowacki zaproponował mi skrzypce. Okazało się jednak, że nie był to "mój" instrument. Po skończeniu szkoły podstawowej zdałem egzamin do średniej szkoły muzycznej z kontrabasem jako instrumentem głównym. I tak już zostało.
Kiedy pojawił się pomysł, żeby zdawać na Akademię Muzyczną?
Pod koniec szkoły średniej. Wraz z kolegami - wiolonczelistą i puzonistą, doszliśmy do wniosku, że tam właśnie chcemy studiować. To, że byliśmy zdecydowani w trójkę, pozytywnie nas "nakręcało". Nie skupialiśmy się na tym, że na akademię trudno się dostać i nie przeliczaliśmy ilości kandydatów na jedno miejsce. Spokojnie przygotowaliśmy się do egzaminu i udało nam się zdobyć indeksy w Łodzi.
Pełen tekst rozmowy znajdą Państwo w 29 numerze "Ziemi Sochaczewskiej".
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze