Reklama

Tatuaż sztuka czy konfekcja?

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
12/09/2006 14:32
Jeszcze nie tak dawno temu człowiek z tatuażem, jak się mówiło - wydziergany, postrzegany był jako wielokrotny pensjonariusz zakładów zamkniętych, groźny recydywista. I lepiej było takiego omijać z daleka. Jednak nie w więzieniach wymyślono tatuaże. Mają one bardzo długą tradycję, zwłaszcza w kulturze plemiennej Ameryki czy Afryki, gdzie bywały oznaką szczepowej przynależności lub rodzajem amuletu chroniącego przed złymi mocami. Sama nazwa pochodzi zaś od tahitańskiego słowa tatau „znak”.
Dziś na tym polu nastąpiła wielka odmiana a tatuują ciała dla ozdoby głównie ludzie młodzi, którzy w ten sposób próbują zamanifestować swoją oryginalność i niezależność. Andrzej Sikorowski z grupą „Pod Budą” śpiewa w jednej ze swych pieśni:
Siedzę pod drzewem migdałowym
i sączę białe, białe wino.
Mam oczy dookoła głowy,
przyglądam się dziewczynom.
One zdobyły szturmem plażę,
od spojrzeń kipi, kipi woda.
Z dumą obnoszą tatuaże,
bo taka teraz moda.
Czerwona róża pod łopatką,
na brzuchu dwa splecione drzewa.
Skorpion się wspina po pośladku,
dokąd, aż wstydzę się zaśpiewać.
Ramię oplata liść laurowy,
łydkę aztecki bóg płodności.
Na biuście ptaszek kolorowy,
jemu to tylko pozazdrościć…
Te dziewczyny, o których śpiewa Andrzej Sikorowski, pojawiły się również w naszym mieście. Zwłaszcza latem coraz częściej obserwujemy odsłonięte wytatuowane brzuchy, plecy czy ramiona. I coraz mniej nas to już szokuje. Żeby tak jednak było musza być również ci, którzy tatuaże tworzą. Mówią o nich, niezbyt zgrabnie: tatuażyści. Jedną z nich, jedyną w Sochaczewie kobietą w tej branży jest Anna.
Okazuje się, że aby tworzyć na skórach innych wyszukane wzory, niekoniecznie trzeba kończyć artystyczne uczelnie. Dobrze jednak, gdy przygotowania plastycznego nie brakuje, bo wówczas efekty są na pewno dużo lepsze. W przypadku Anny, był to rok malarstwa na warszawskiej ASP, której, jako niepokorna dusza, nie ukończyła. Zanim jednak dotarła do tatuażu, zajmowała się różnymi rzeczami, projektowaniem ubrań, makijażem. „W pewnym momencie znajomy kupił profesjonalny sprzęt do tatuowania i tak się zaczęło – wspomina Anna. – On uczył się na mnie, ja na nim. Potem robiłam tatuaże rodzinie i znajomym, ale rodzina w końcu się zbuntowała”.
Bardzo niewiele kobiet zajmuje się tatuażem, przeważają mężczyźni. „Chyba mają do nich większe zaufanie – mówi Anna. – Jestem jedyną w Sochaczewie dziewczyną – tatuażystką, ale mam wielu stałych fanów. Skąd czerpię pomysły? Właściwie zewsząd. – Dostaję, kupuję, jest tego wiele w Internecie, ale te powodują ryzyko, że będą się powielać. Jest też miejsce dla własnej twórczości. Mam kilku takich chłopców, którym rysuję wymyślone przez siebie wzory bezpośrednio na ciele. Takie freehandy. I są z tego zadowoleni. Większość jednak woli wybrać coś gotowego, wówczas dokładnie wiedzą, jak ich tatuaż będzie wyglądał. Są też tacy, którzy przychodzą z własnymi pomysłami i to jest najfajniejsze”.
Okazuje się, że w tatuażu, zwłaszcza tym naszym, trudno odnaleźć jakieś sezonowe mody. Od lat najpopularniejsze są tribale, czyli czarne mocne ornamenty, na przykład opasujące przedramię lub zdobiące plecy czy lędźwie. Są to najpopularniejsze miejsca na ciele, podobnie jak łydki czy pośladki albo brzuch, ale na nim najbardziej boli. „Najlepsze są miejsca, które najmniej bolą, poza plecami, które bolą zawsze. Jednak to w końcu tatuaż…” – konkluduje Anna. Popularna jest również tzw. biomechanika, czyli bardziej wyrafinowane od tribali kompozycje i ornamenty przypominające fantazyjną siatkę z żyłek i naciągniętych skór. Anna woli jednak motywy orientalne.
Sama ma kilka na własnym ciele. Nie wszystko na co dzień widać, ale na plaży… „To jest też moja reklama, bo przecież chudy kucharz byłby zupełnie niewiarygodny”. Przyznaje się do ornamentu orientalnego na nodze, japońskich kwiatków na ręku i jaszczurki na brzuchu. Ale to nie wszystko. Posiada także tatuaż niewidoczny, możliwy do zobaczenia jedynie przy ultrafioletowym świetle, na przykład w dyskotece.
Inna sprawa to bezpieczeństwo takiego zabiegu. Ważne jest, aby sprzęt był sterylny i oczywiście igły jednorazowe. Anna jest pod tym względem przeczulona. Twierdzi, że w jej gabinecie nikt zarazić się nie może. Sprzęt jest po każdym użyciu dokładnie myty i odkażany w sterylizatorze, jaki posiadają dentyści. Zaś jednorazowe igły to podstawa. Jest ostrożna, bo uważa, że to właśnie ona najbardziej narażona jest na przypadkowe ukłucie.
Dziś nie tatuuje się, jak kiedyś, jedną igłą. W specjalnym „pistolecie” umieszcza się całe ich wiązki, a ten, działając jak miniaturowy młot pneumatyczny, uderza bardzo szybko, robiąc jednocześnie po dziesięć, dwadzieścia dziurek w skórze. W zależności jaką wiązkę zastosujemy.
Chociaż, są jeszcze mistrzowie tej sztuki, głównie w Japonii, którzy tatuują ręcznie. Trwa to czasem miesiącami, ale efekty bywają naprawdę wyjątkowe. U Anny całe ramię powstaje w cztery – pięć godzin, w zależności od skomplikowania wzoru. Czasem jednak trzeba robić na raty, bo nie wszyscy mają jednakowo mocną i wytrzymałą na wbijanie igieł skórę. Jeśli jest słabsza, po pewnym czasie zaczyna puchnąć, i nie przyjmuje już barwnika. Wtedy trzeba przerwać i poczekać, aż się zagoi. Dopiero wtedy można robić dalej.
Potężni faceci wybierają duże kompozycje, aby nie zginęły na ich umięśnionym ciele. Wolą też wzory czarne od kolorowych. Niektórzy z nich jeszcze te mięśnie podkreślają, uwypuklają za pomocą tatuażu. Ale są i tacy, którzy tatuują sobie na rękach kości. „Najśmieszniejszym tatuażem jaki widziałam – mówi Anna - był facecik z kosiarką umieszczony na brzuchu tuż nad włosami.”
Największe zainteresowanie tatuażem jest wiosną i latem, kiedy mamy w perspektywie skąpe odzienie, zwłaszcza na plaży. Ale latem tatuaż gorzej się goi, bo jest gorąco i kurz, łatwiej wtedy o infekcję. Nie wolno go wówczas przez miesiąc wystawiać na słońce. Solarium również odpada. Nie jest do końca prawdą, że raz zrobiony tatuaż trzeba nosić całe życie. Anna zapewnia, że jest możliwość „przykrycia” go innym. Pokrywając farbą pewne partie, powstaje inna kompozycja. I tak się często robi, gdy znudzi się on właścicielowi.
Mimo to tatuaże u nas ciągle jeszcze nie są zbyt popularne, jak choćby na Zachodzie. Ale to się zmienia, zwłaszcza wśród młodzieży. Tyle tylko, że dla Polaka, na dodatek mieszkającego w niewielkim mieście jak Sochaczew, to nadal spory wydatek. W gabinecie Anny galeria wzorów i ceny. Od 400 do 700 zł. Chociaż wielu jej znajomych robi tatuaże w domach „na dziko” i wtedy może być taniej. Tyle, że wówczas sprzęt i warunki sanitarne nie zawsze bywają na właściwym poziomie (najczęściej nie ma nawet autoklawu). Tutaj, w licencjonowanym gabinecie, musi być wszystko tak, jak życzy sobie sanepid.
Ceny są jakie są, ale jak mówi Anna: „Jest to ciężka fizyczna praca, a także duże obciążenie psychiczne. Nakłuwam w końcu żywego człowieka i on to czuje, więc muszę być przez te parę godzin maksymalnie skoncentrowana. Cały czas w pewnym napięciu”. Oczywiście są maście znieczulające, jednak bardzo często powodują uczulenia, i skóra wówczas potrafi odrzucić barwnik. Pozostają brzydkie blizny. Anna więc ich nie poleca.
Polska szkoła tatuażu, jak twierdzi moja rozmówczyni, wyróżnia się w Europie. Głównie wyrafinowanymi niesztampowymi kompozycjami i malarskością. Dlatego nasi twórcy są tam cenieni, a wielu z nich osiągnęło w tej dziedzinie prawdziwe sukcesy. Mają autorskie studia w największych metropoliach stałego kontynentu. Może właśnie dlatego i tatuażystka z Sochaczewa już niebawem wybiera się do Anglii, aby doskonalić się i rozwijać. Bo jak mówi: „Tam jest większy rynek i większe możliwości, a wiem, że robię to dobrze”.
Sławomir Burzyński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    qbs666 2006-09-13 14:56:31

    a ile jest w socho ludzi, którzy robią tatuaże? wiem, że oficjalnych "salonów" znajdzie się może trzy sztuki. poza tym wiem, że kila osób tatuuje w domach, bo nie stać ich na otwożenie własnego interesu, chociaż są naprawdę dobrzy. prawdę powiedziawszy to poziom tatuowania w sochaczewie pozostawia jeszcze dużo do życzenia, ale trudno się dziwić. z reguły ludzie którzy "dziabią" są samoukami. chciałbym zwrócić tu uwagę, że nie tatuażyści zaniżąją poziom, ale w głównej mierze robią to ich klienci. bo jak można się rozwijać gdy z reguły tatuuje się tribale (którymi chyba rzyga już każdy tatuator), albo delfinki czy różyczki?
    tatuaż to nie moda to styl życia i każdy kto decyduje się na wzorek niech rozważy fakt, że jest on na całę życie. niech rozważnie przemyśli kilka razy co chce mieć na skórze i jak się będzie z tym czuł. tatuaż powinien odzwierciedlać charakter człowieka. każda osoba posiadająca jakikolwiek tattoo powinna się z nim identyfikować.
    moim zdaniem to nie zabawa. tatuowanie się zachacza o swerę mistyczną.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama