Kolejowe czy nasze śmieci Zadzwoniła do nas mieszkanka Sochaczewa, która często urządza sobie, podobnie jak inni, wycieczki wzdłuż torów kolejki wąskotorowej. Jest tam wąska ścieżka, na której można spotkać pieszych i rowerzystów. Niestety można też spotkać całe hałdy śmieci, dzikie wysypiska, setki butelek i różnych odpadów rozrzuconych wzdłuż tej trasy. – Jaka to będzie reklama dla naszego miasta, kiedy tym szlakiem ruszą wycieczki z całej Polski. Kolejka wąskotorowa zawsze w maju otwiera sezon turystyczny i tą drogą, do Chodakowa i dalej do Puszczy Kampinoskiej, wozi ludzi z różnych zakątków kraju – pyta nasza czytelniczka. Jest to pytanie tym bardziej zasadne, że w tych okolicach ma powstać w przyszłości ścieżka rowerowa. Podobny problem zgłosił czytelnik z Chodakowa, który zasygnalizował nam dzikie wysypiska przy ul. Kolejowej, tuż przy torach. Jak twierdzi, nie byłoby problemu ze zidentyfikowaniem właścicieli tych śmieci, bo są tam nawet zeszyty szkolne podpisane imieniem i nazwiskiem. Wystarczyłoby, żeby odpowiednie służby zajęły się tym problem – twierdzi nasz czytelnik. W sprawie śmieci wzdłuż torów kolejki skontaktowaliśmy się z kierownikiem Muzeum Kolei Wąskotorowej w Sochaczewie, Czesławem Gwarą. Wyjaśnił nam, że do jego obowiązków należy sprzątanie terenu w pasie 4 metrów od osi toru, czyli dwa metry z jednej i dwa metry z drugiej strony. Dodał przy tym, że w tym roku jego muzeum wywiozło siedem samochodów różnych odpadów zabranych z trasy kolejki. Co do pozostałego terenu odesłał nas do Oddziału Gospodarowania Nieruchomościami PKP w Warszawie. Andrzej Dudziński z tejże instytucji poinformował nas jednak, że jego firma ma podpisaną umowę z Muzeum Kolejnictwa w Warszawie na utrzymanie i zarządzanie całym terenem kolejowym wzdłuż torów kolejki. Muzeum Kolei Wąskotorowej w Sochaczewie jest oddziałem warszawskiego muzeum i to do niego należy dbanie o ten teren. Tej sugestii zaprzecza Czesław Gwara, twierdząc, że nie ma takiej umowy, która zobowiązywałaby go do sprzątania całego terenu, przez który przebiegają tory. Wygląda więc na to, że służby kolejowe powinny się dogadać, co do zasady, bo problem nie jest jednorazowy, powtarza się co rok. Nie zmienia to jednak faktu, że kolej nie uprzątnie wszystkich śmieci wyprodukowanych i porzuconych przez mieszkańców miasta. Zwłaszcza wysypisk, o których mówi nasz czytelnik. Miasto niewątpliwie powinno się włączyć w ten problem. Po raz kolejny mści się tu sztywny podział na właścicieli terenów, odpowiadających za ich utrzymanie. Dla wielu z nas jest to problem niezrozumiały, bo myślimy o mieście jako całości. Zakład Gospodarki Mieszkaniowej, który na zlecenie ratusza sprząta miasto, mógłby uprzątnąć np. dzikie wysypiska, ale musi takie zlecenie dostać, bo w ślad za tym idą duże pieniądze. Miasto z kolei może finansować porządkowanie własnych terenów. Tak się stało ostatnio w okolicach ulic Kochanowskiego i Konopnickiej. Trzeba tu przypomnieć, że kilka lat temu ratusz zorganizował referendum w sprawie podatku od śmieci. Zgodnie z założeniami, wszyscy bylibyśmy obciążeni określoną kwotą za wywóz nieczystości, a wybrana firma, na zlecenie miasta, zajmowałaby się sprzątaniem. Mieszkańcy odrzucili jednak ten pomysł, wydaje się, że zrobili to ci, którzy do tej pory swoje śmieci podrzucają innym. Z ust naszego czytelnika pada jeszcze jeden zarzut, a mianowicie, że z chwilą likwidacji Straży Miejskiej, jej obowiązki miała przejąć policja, przy czym miasto partycypowałoby w kosztach utrzymania policji. Chodzi tu o karanie właścicieli śmieci, którzy podrzucają je na cudzy teren. Czasy się zmieniły, radni, którzy podejmowali decyzję o likwidacji straży też. Pozostał jedynie trudny do rozwiązania problem. W sytuacji, kiedy odpady udaje się zidentyfikować, można sprawę skierować na policję, a później do sądu. Opisywaliśmy przypadki wysokich kar pieniężnych, jakie zasądzał sochaczewski sąd. Ktoś musi jednak sprawę zgłosić na policję. I tu się koło zamyka. Nasza gazeta niemal co tydzień opisuje przypadki niewłaściwych zachowań w tym względzie, apeluje, straszy i przemawia do sumień tych, którym szkoda kilkunastu czy kilkudziesięciu złotych na pojemnik na śmieci. Potrzebni są nam sojusznicy, którzy podobnie rozumieją problem zaśmiecania miasta. Sojusznikiem byłoby tu na pewno dobre, restrykcyjne prawo. Jolanta Śmielak-Sosnowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze