Doskonalenie się w Sztukach Walki może przybierać różne formy. Legendarni Mistrzowie doskonalili osobowość szukając natchnienia w Przestrzeni Natury. Samuraj Tsukahara Bokuden zbudował drewnianą chatę nad górskim stawem i wykonywał dziennie kilka tysięcy cięć w drzewa widząc w nich nacierających przeciwników. Masutatsu Oyama przez półtora roku próby samotnie w górach powtarzając kata po 100 razy dziennie. Mistrz Gogen Yamaguchi godzinami medytował zimą pod lodowatym wodospadem. Aby choć w skromny sposób iść drogą legendarnych Mistrzów Klub Taekwon-do i Karate Goju-Ryu zorganizował zimowy, 3 dniowy spływ kajakowy. Ze względu na ekstremalne warunki i zagrożenie oraz niebezpieczeństwo pojechało 2 doświadczonych zawodników: instruktor Krzysztof Buczyński i Dariusz Wendrychowicz. Przygotowywaliśmy się do tej wyprawy od dawna. 11 listopada i 14 grudnia pokonaliśmy 2 „spartańskie maratony” na Bzurze. W styczniu skuta lodem, po przymusowej kąpieli, rzeka zmusiła nas, do odwrotu. Na zimowy spływ wyruszyliśmy w lutym. Rano -10 st. C, ale wyjeżdżamy. W Wyszogrodzie wysokie zwały lodowych bloków uniemożliwiają dostęp do wody. Przy brzegach lód, a z wartkim prądem płyną tafle szumiącej i syczącej kry. Pierwsza myśl: Nie wygłupiać się i wracać do domu. Ale to stracona szansa przygody i świadomość przegranej. A przecież Spartanin nie liczył trudności i wrogów i nigdy nie uciekał z bitwy, nawet pozbawionej szans na zwycięstwo jak pod Termopilami. Jedziemy do Kamiona. Bzura wygląda lepiej. Wykuwamy wiosłem lód przy brzegu i zasiadamy w kajaku. Płyniemy powoli otoczeni krą. Słońce pięknie świeci i mimo mrozu nie odczuwamy zimna. Szybko wypływamy na Wisłę. Ale pod mostem w Wyszogrodzie na płyciźnie zatrzymuje nas lód. Wchodzę w gumowcach do wody i ostrożnie próbuję wyrąbać drogę. Na próżno. Zdesperowani cofamy się pod prąd szukając przejścia. Razem z dryfującą krą skręcamy w jakąś odnogę mając nadzieję, że wypłyniemy na Wisłę. Na brzegach olbrzymie lodowe bloki „śpiewają” topniejąc w słońcu. Biel śniegu, bezlistne drzewa i krzewy, śpiewające bloki lodu, złowieszczy szum kry i dudnienie wody na spadkach oraz syczące kręgi wirów zwiastują niebezpieczeństwo. Tu kończą się żarty. Ale pływają tu dzikie kaczki i łabędzie. Skoro one potrafią przetrwać – może przeżyjemy i my? Na brzegach pustka. Jesteśmy sami. To groźny i dziki świat, ale piękny jak w bajce. Czujemy zagrożenie, strach ale i wielkie, podniosłe, majestatyczne uniesienie. Prawdopodobnie dlatego alpiniści ryzykują życie wspinając się na górskie szczyty. Kra miejscami gęstnieje i nie widać przepływu. „I śmiesznie i strasznie”. Ale wciąż powoli płyniemy. Po 5 godzinach lądujemy na wyspie. Dziś jest tu nasze królestwo. Rozbijamy namiot i rozpalamy ogień. Zapatrzeni w cudownie rozgwieżdżone niebo spożywamy posiłek. Jest zimno ale nie wiemy, że aż -16 st. C. Leżąc przy ognisku wsłuchujemy się w ciszę otaczającej nas natury. Nocą w śpiworach trochę przymarzamy ale zawsze może być gorzej. Przeżyliśmy i rano przy płonącym ognisku spożywamy śniadanie. Wykuwamy lód przy brzegu i płyniemy dalej. Wieje zimny wiatr i sypie śnieg. Nad wodą unosi się mgła. Szaro i nieprzyjemnie. Kra zgęstniała, ciągle uderza w dziób i burty. Czujemy się jak okręt na polu minowym. Jest przenikliwie zimno, palce drętwieją w rękawicach. W śnieżnej zadymce ocierając się o syczącą krę płyniemy środkiem Wisły. I cieszymy się, że podążamy naprzód bo przecież zwały lodu mogą nas zablokować w każdej chwili na środku rzeki. Po 4 i pół godzinie widać znajomą wieś i szosę na lewym brzegu. W zapadających ciemnościach z trudem wyciągamy kajak po śliskiej skarpie. W namiocie gotujemy „spartańską zupę”. Zmęczeni i zmarznięci zaszywamy się w śpiworach. Rano mróz ustaje ale siąpi deszcz. Wisła szeroka. Czujemy się już bezpieczni. Za zakrętem ukazuje się nowy most w Płocku, ale przed nami nie widać przejścia. Po lewej płycizna i zwały lodu, na całej szerokości aż gęsto od kry. Wykręcamy gwałtownie pod prąd i między metalowymi beczkami powiązanymi stalową liną przeciskamy się pod lewy brzeg. Kajak dryfuje z prądem ściśnięty przez krę. Wściekły szum wody na płyciznach ostrzega. Nagle widzimy wąskie przejście i gwałtownie skręcamy. Przeciskamy się odpychając wiosłami napierający lód. Wreszcie przed dziobem szeroka wstęga Wisły. Powoli, majestatycznie dobijamy do brzegu tuż pod płocką Katedrą. Po zalodzonych schodach wyciągamy kajak. Za chwilę człapiąc po śliskim stromym nabrzeżu przychodzi wspaniały łabędź i wita nas w Płocku sykiem dopominając się o chleb. Oczekując na samochód karmimy stado łabędzi i mew, bo człowiek powinien żyć w przyjaźni z naturą. Przeżyliśmy trudną, ale ekscytującą przygodę. Nie gdzieś daleko w obcych krajach ale na naszym, ojczystym Mazowszu. Przeżyte trudy i niebezpieczeństwa oczyszczają nas i uspokajają. Natchnieni nowymi siłami i zadowoleni z wykonanego zadania, w podniosłym nastroju i niecodziennej zadumie wracamy szczęśliwi do domu.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze