Ze spotkania w sochaczewskim starostwie, dotyczącego zagrożenia ptasią grypą, wyniknął, jak się wydaje, jeden podstawowy wniosek. Mianowicie, że gdyby nie dziennikarze i gazety, ptasiej grypy by nie było. To oni bowiem roznoszą wirusy po kraju, szerzą defetyzm i panikę, a przecież mamy jeszcze trochę czasu, zanim ona nas dopadnie. Powiatowy lekarz apelował o spokój, bo przecież zanim nasze kury zaczną z gorączki znosić jaja na twardo i trzeba będzie je wytłuc, jaja też, możemy jeść drób bez obawy, że nam dziobem w gardle stanie. I powiem wam: całe szczęście, że bociany odleciały, bo jak teraz na kominie domu usiądzie mały ptaszek, cała rodzina wpada w panikę, to co byłoby w przypadku bociana? A tak przy okazji, wiecie, jaka jest różnica między bocianem a kominiarzem? To proste, bocian jest biały, a ogon ma czarny, zaś kominiarz... nie je żab. A wracając do spotkania w starostwie, to były też żale radnych do policji, że nie wlepia mandatów za złe parkowanie drobiu, jak to się dzieje w innych rejonach kraju. U nas, jak słyszałem, tylko jeden rolnik dostał za kury mandat i to tylko dlatego, że funkcjonariusz poślizgnął się na gumnie o kurze, przepraszam za wyrażenie, rudymenta i wypaćkał sobie konfekcję. Komendant sochaczewskich niebieskich powiedział, że jego ludzie, choć niezłe koguty, kurników pilnować nie będą, bo jaja to oni mają wystarczające w swojej robocie na co dzień. A ponadto kury, jak zobaczyły mundurowych z pałkami, to ze strachu przestały się nieść. I jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie pomyśleć o ustawie o ochronie jaja poczętego. Poza tym, przesłuchiwanie kurczaków na okoliczność ich stanu zdrowia może się oprzeć o międzynarodowe instytucje ochrony praw drobiu. Chociaż trzeba przyznać, że w myśl najnowszych naukowych odkryć, funkcjonariusze nasi mieliby ułatwione zadanie. Bowiem, jak dowodzą uczeni amerykańscy, dotychczasowe metody wykrywania kłamstw, oparte na pracy serca czy mózgu, mogą być zawodne. Ustalono teraz, że najbardziej wrażliwym na wypowiadane kłamstwa naszym organem jest... żołądek. Gdy łżemy jak kura w malignie, następują znaczne zakłócenia w jego funkcjonowaniu. A jeśli tak, sprawa wydaje się prosta, bo wówczas będzie to wyraźnie słychać. Tak czy owak, wcześniej czy później, zbrojna konfrontacja ze zmasowanymi nalotami ptasich eskadr nam grozi. Wczoraj mój samochód został w centrum miasta „zbombardowany” celnie i skutecznie. W życiu nie widziałem tak osr... pojazdu. Może ich służby doniosły, że piszę ten ostrzegawczy komunikat. Kiedyś to bym się nawet ucieszył, bo istniał przesąd, mówiący, że ten, na kogo nafetolił ptak, będzie miał szczęście. Teraz zaś strach się do tego dotknąć! Bo a nuż z wirusem. I właściwie powinienem tak jeździć, ale co będzie, jak mi jeszcze dowalą?! Przecież taki wirus to może i blachę przeżreć! Nie ma żartów. Należy więc pochwalić władze miasta, że nie zasypiają gruszek w popiele i że w jednej z komórek urzędu tworzony jest właśnie „Plan operacyjny funkcjonowania gminy miasta Sochaczew w warunkach zewnętrznego zagrożenia bezpieczeństwa państwa i w czasie wojny”. I tam jest dokładnie wszystko opisane, na przykład, co robić, jak przylecą - wiać! Zwłaszcza, że bunkrów mamy niewiele, podobno zaledwie kilka i zmieszczą się w nich tylko pracownicy urzędu, a i to nie wszyscy. Będzie trzeba zrobić selekcję. Schronią się więc tylko ci najcenniejsi, a reszta na mury i pruć do wroga! Właśnie dlatego w dokumencie owym jest podobno zapis o obowiązku zabezpieczenia przez władze produkcji wojennej, czyli łuków i proc na ptaki! Zaś w posługiwaniu się tą bronią szkolić ochotników będą członkowie oddziałów dywersyjnych złożonych z wyrostków z patologicznych okolic Sochaczewa. Bo ochotnicy będą, nie wypuści się ich tak łatwo z miasta. Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze