Ze wszystkich entuzajazmów, jakie potrafimy w sobie wzbudzić, największy jest entuzjazm w osądzaniu innych. Kiedy tylko któremuś z naszych bliźnich powinie się noga, odkładamy na bok codzienne sprawy i międlimy jego winę. W sposób szczególny nasze serca radują się, kiedy możemy skazywać na śmierć. Oczywiście może to być śmierć cywilna, ale daleką większą przyjemność daje nam skazywanie na śmierć rzeczywistą, kompletną i ostateczną. Nie jesteśmy jednak zbyt wytrwali. Roztrząsanie win bawi nas przez tydzień, dwa, a potem wracamy do obiegowej „starej bidy”. Z pomocą przychodzi nieoceniona w takich sytuacjach prasa. To ona rozliczy „arcykapusia”, przeprowadzi przy pomocy opłacanych intelektualistów debatę na temat konieczności wprowadzenia kary śmierci, a przede wszystkim odmaluje nam obrazek, na którym to my jesteśmy dobrzy, moralni, bezgrzeszni i to my możemy wskazać bestię. Po zabójstwie siedmioletniej dziewczynki, dziennik „Fakt” podgrzewa atmosferę. Na jego łamach „wybitny filozof hiszpański” Gustavo Bueno maluje nam obraz moralnych imbecyli, dla których nie ma już żadnej nadziei, w związku z tym… Cóż, wyjście jest tylko jedno - śmierć. „Ani Platon, ani Arystoteles, ani św. Tomasz, ani Kant, ani Hegel nigdy nie wątpili w konieczność istnienia instytucji najwyższego wymiaru kary” - pisze Bueno. Więc dlaczego on, Bueno, miałby wątpić? W kontekście tego morderstwa powraca pomysł przeprowadzenia narodowego referendum w sprawie kary śmierci. Bardzo dobrze, myślę. Chciałbym zobaczyć miny tych, którzy zakreślą „tak”, kiedy potem w wieczornych wiadomościach usłyszą, że oto na jakimś tam Józefie K. wykonano karę śmierci, a stało się to po tym, jak naród wypowiedział się w referendum… Obok mnie leży Biblia. Boję się po nią sięgać. Mój lęk ma podłoże w ciekawej obserwacji. Kiedy w rozmowach o karze śmierci, lustracji i tym podobnych powołuję się na Chrystusowe nie sądźcie a nie będziecie sądzeni, nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni albo czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz, że nie wspomnę już o rzucaniu kamieniem, rozmówcy nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić. - Co ten dziwak wygaduje, czy on urwał się z choinki? - myślą. - Literacko to nawet ciekawe, ale żeby traktować Chrystusa dosłownie! W takich chwilach zupełnie na serio zastawiam się, czy jeszcze jestem normalny. Przypuszczam, że nasza chęć oceniania i wydawania sądów ma podłoże estetyczne. Taniec jaki odbywa się wokół ofiarnych kozłów, pozwala nam na uczestnictwo w przeżywaniu piękna drzemiącego w strukturze owego dramatu. Przyjdzie nam co prawda zapłacić cenę za udział w widowisku, ale refleksja z tym związana jest zbyt późna, aby w ogóle brać ją pod uwagę. W całym tym zamieszaniu zdarza się, że nie odróżniamy zbrodniarza od człowieka słabego duchem. Kiedyś Jacek Kleyff śpiewał: Są w świecie dziś rachunki krzywd, lecz gdy tłum będzie gonił kogoś w strzępach munduru ślepą drogą, to póki co uchylę drzwi. Są w kraju tym rachunki krzywd, lecz póki co uchylę drzwi… Nie, nie twierdzę, że to łatwe. Ale miast czytać domorosłych moralistów i filozofów za siedmiu mórz, warto choć przez małą chwilkę pomyśleć, że takie wyjście również istnieje.
Andrzej Gąsiorowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze