Danuta Radzanowska Przewodnicząca Rady Miasta Zapach prochu i ciasta Pamiętam czasy, kiedy mieszkałam w małym domku tuż przy starym szpitalu. Byłam czwartym najmłodszym dzieckiem swoich rodziców i miałam wtedy jakieś pięć lat. Pamiętam, że na Wielkanoc pogoda zawsze była bardzo piękna i od samego rana budziła mnie kanonada strzałów z kalichlorku. Mimo że trochę się bałam, to nie mogłam doczekać się tego ranka, kiedy budziły mnie huki wystrzałów. Pamiętam też stary kościół, bardzo piękny i biały. No i oczywiście zapachy, strucli i innych ciast pieczonych w kuchni węglowej, a także szynkę, na którą czekałam od świąt do świąt. Szynka własnej roboty na przedwojennej recepturze to było coś! Ponadto zawsze miałam na święta nowe ubranie, to też było dla mnie wielkie przeżycie. Nowe kupione ubranie czekało na to, kiedy pierwszy raz, właśnie w Wielkanoc, pójdę w nim do kościoła. To takie zwyczajne wspomnienia, ale do dzisiaj czuję zapachy tamtych świąt. Najważniejsze jednak było to, że to wtedy, bodaj raz do roku, spotykała się przy jednym stole cała, ta dalsza i bliższa, rodzina. Jerzy Żelichowski Wiceburmistrz Sochaczewa Milicyjna sikawka Pierwsze wspomnienie tamtych dziecięcych Wielkanocy to tęsknota za cukrowym barankiem. Czekałem na to, że w to święto będę mógł słodkiego baranka schrupać. Tak na co dzień bowiem takich rarytasów nie produkowano. Były to czasy, gdy mieszkałem z rodzicami i dwoma siostrami w rodzinnym Pińczowie, nazywanym swego czasu Atenami Północy, który postrzegany był jako źródło reformacji. Byli tam też arianie, a więc ma ciekawą i długą historię. I w tych Atenach Północy był komisariat milicji, gdzie mieli specjalne urządzenie do mycia milicyjnych wozów i oni nam w Wielkanoc nieoficjalnie tę sikawkę udostępniali, a my, dzieciaki, polewaliśmy przechodniów w promieniu kilkunastu metrów od siedziby komisariatu. Zanim się ludzie zorientowali, to pierwsze wrażenie mogło być takie, że to milicja leje wodą i w ten sposób studzi u obywateli świąteczną gorączkę. Dr Paweł Piątkiewicz Szef Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Żółw wielkanocny Święta Wielkanocne są świętami szczególnymi, głębokiego przeżycia religijnego i rewizji swoich uczynków. Nie zawsze jest jednak do tego odpowiedni klimat, zwłaszcza, gdy lekarz ma świąteczny dyżur w pogotowiu. Mnie również zdarzało się to niejednokrotnie. Czasem niestety bywa tragicznie w święta, bo to i alkohol, i brawura powrotów ze świąt, ale bywają też zdarzenia zabawne. W pewną niedzielę wielkanocną miałem dyżur w „R” i otrzymaliśmy wezwanie do omdlenia w kościele św. Wawrzyńca. Jadąc do kościoła, a było wcześnie rano i jeszcze puste ulice, po drodze spotkaliśmy… żółwia, który szedł ulicą. Zatrzymaliśmy się na moment, żółwia zabraliśmy do karetki i pojechaliśmy do wezwania. Okazało się, że to nic groźnego i po podstawowych badaniach i podaniu płynów rodzina zabrała tę osobę do domu. Wtedy przypomnieliśmy sobie o żółwiu. Zadzwoniliśmy do radia Fama, które podało, że zespół „R” przywiózł żółwia do szpitala i przebywa on na oddziale intensywnej terapii. Po godzinie zgłosiła się po żółwia babcia z wnuczkiem. Okazało się, że żółw wyszedł w nocy przed dom stojący przy ul.Chełmońskiego, poczuł Bzurę i postanowił pójść do wody. Udało mu się przez całą noc dotrzeć do ulicy Gawłowskiej. A my przeszkodziliśmy mu w wędrówce wielkanocnej do rzeki. Pamiętam jak również w Wielkanoc, gdy pracowałem jeszcze w sochaczewskiej Stacji Dializ, zdarzyło się, że właśnie wtedy pacjentowi naszej stacji przeszczepiono nerkę. Od tej pory nie musiał być już więcej dializowany. Rozpoczął jakby nowe, normalne życie. Beata Sobieraj-Skonieczna Prokurator Rejonowy w Sochaczewie Topienie śpiocha W Młodzieszynie, gdzie się wychowywałam, Święta Wielkanocne kojarzyły mi się bardzo z lanym poniedziałkiem, oblewaniem się nawzajem dosłownie wiadrami. Jeśli ktoś zaspał, to był kompletnie zmoczony razem z łóżkiem. Wszystko spływało wodą. Nie było litości, zaczynał ten kto wcześniej wstał, bladym świtem, przed godziną 6.00, zaczynało się polowanie. Ponieważ należałam do śpiochów, zawsze bywałam oblewana w łóżku, podobnie jak reszta rodziny, poza moim tatą, który otwierał atakującym dyngusowcom na oścież drzwi, by mogli spokojnie wejść i dom od sufitu po podłogi zalać. Ale na tym się nie kończyło. Po wyjściu z domu polowanie z wiadrami, głównie na dziewczyny, trwało dalej, tak, że tego dnia nigdy nie udało mi się dojść do kościoła na mszę, bo zawsze byłam gruntownie zlana wodą. Dariusz Sipak Komendant Policji w Sochaczewie Święta w pościgu Święta policjantów czasami mają specyficzny charakter. Gdy byłem jeszcze naczelnikiem Sekcji Kryminalnej w Rawie Mazowieckiej, jakieś 4 lata temu, w przeddzień Świąt Wielkanocnych mieliśmy zabójstwo. Nożem zamordowano pięćdziesięciolatka, który mieszkał samotnie i schodziło się do niego podejrzane towarzystwo. Święto spędziłem więc tropiąc sprawcę i udało się. Okazało się, że był nim 15-letni dzieciak. W inne święto, kilka lat temu, nietrzeźwy kierowca TIR-a doprowadził do tego, że 4 osoby zginęły, a on uciekł. A więc właśnie w święto, ten dzień modlitwy i skupienia, my goniliśmy w pościgu pijanego kierowcę TIR-a. Taka jest praca w policji. Niebezpiecznie bywa też w lany poniedziałek. Sporo osób przychodzi wtedy do nas na skargę, że za mocno zostały polane. Bardziej niebezpieczne są jednak sytuacje, gdy chłopcy polewają wiadrami przejeżdżające samochody, lub sikają pompkami z samochodów do innych, mijanych pojazdów, bo to może doprowadzić do nieszczęścia. Chciałbym życzyć wszystkim mieszkańcom Sochaczewa, a także całej redakcji „Ziemi Sochaczewskiej”, spokojnych i zdrowych świąt.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze