Żona budzi się w środku nocy i widzi, że mąż stoi nad łóżeczkiem ich nowo narodzonego synka, z wyrazem wielkiej dumy i zadowolenia na twarzy. Rozczulona pyta: - O czym myślisz, kochanie? - To wspaniałe! Pomyśl, że udało mi się kupić to łóżeczko za jedyne 30 zł. Nie zawsze jednak można być dumnym tak tanio. Uczucie dumy, zwłaszcza z członków własnej rodziny, to rzecz często najcenniejsza w życiu. Wychodząc pewnie z takiego założenia, prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki nosi się podobno z zamiarem wykorzystania tej skłonności dla podreperowania kasy miejskiej. Zamierza stworzyć swoisty cennik opłat za nazwanie nazwiskiem, na przykład, ojca lub dziadka, wybranej ulicy lub placu w mieście. Bogaty przedsiębiorca, chcąc uwiecznić zasłużonego dla firmy dziadka, zapłaci słono, aby jego nazwisko widniało na ulicznych tabliczkach w dobrej dzielnicy. Suma musi być odpowiednio wysoka, ale i tak pewnie się niektórym opłaci. Myślę, że pomysł wart jest niewątpliwie naśladowania, a pomnożenie miejskich pieniędzy przyniesie chwałę jego realizatorom, dlatego trzeba zastanowić się nad tym i u nas w Sochaczewie. Przecież główna ulica w mieście naprawdę nie musi nazywać się Warszawska, tak jak w Błoniu i wielu innych małych miejscowościach. Czy u nas musi być jak wszędzie? Gdzie by się przecież nie pojechało, zawsze można być pewnym, że trafi się na ulicę Żeromskiego, Mickiewicza, Kościuszki czy Narutowicza. Są też Kwiatowe, Krótkie, Długie, Krzywe i Złamane, a również Jagiellońskie, Inżynierskie czy Fabryczne. Pod tym względem wyobraźnia Polaków jest dość ograniczona. Postuluję więc, aby dać naszym obywatelom więcej swobody na realizację własnych projekcji. Niech ulica ma za patrona dziadziusia, który może wielkim poetą nie był, ale za to był bogaty i dlatego kochała go cała rodzina. Pełnię szczęścia burzy jednak fakt, że podobno nie można patronów miejskich szlaków komunikacyjnych wybierać spośród ludzi jeszcze żyjących, co może rodzić pewne obawy u osób wybitnych. Chociaż bywają wyjątki, jakim było nazwanie statku „Wałęsa”, ale może dlatego, że łajba to przecież ruchomość, w przeciwieństwie do placów i ulic, gdzie nieruchomi patroni wydawali się bardziej na miejscu. Sytuacja jest jednak nieprzemyślana, bo żywy patron, zwłaszcza taki przy forsie, przecież by o tę swoją ulicę dbał. I nie trzeba by się było przepychać z Generalną Dyrekcją w Warszawie, kto ma ją, znaczy się drogę, remontować. Wystarczyłby odpowiedni punkt w umowie, a problem czystości też zostałby rozwiązany. Podniosą się zapewne jednak głosy, że to pomysł jedynie dla bogaczy. A co ma zrobić zwykły obywatel? Nazwać swoim imieniem błotnistą ścieżkę do wychodka na działce? Nic podobnego, przecież są też małe dziurawe uliczki na podmiejskich osiedlach, które nie muszą się nazywać Tęczowa lub Klonowa nie mówiąc o Łososiowej. Ale nawet ci najubożsi, których na to nie stać, też mieliby szansę. Wystarczy, że skrzyknęliby się w większą grupę i wspólnie zrzuciliby się na taki Plac Armii Ludowej, nazywając go powiedzmy: Placem Winnym, żeby nie było wątpliwości, jaką spełnia on rolę. W ten sposób miasto zmieniłoby swoje oblicze, a nasze drogi i place dopasowałyby się do charakteru otaczającej je okolicy. Nie można przecież zostawić ul.Karola Świerczewskiego, który się komuś tam podobno nie kłaniał, obok dwóch ważnych urzędów: skarbowego i miejskiego, przecież teraz stawiamy na uprzejmą skuteczność referenta. Więc może ul.Arsena Lupina? Natomiast starostwo mieści się obok ul.Botanicznej, i nie można dopuścić, żeby złośliwi mówili, iż pracują tam palmy i rododendrony. Nie można też mówić o żadnych Batalionach Chłopskich obok szpitala. Po co by tam przyszły? Siać porutę? Lepsza byłaby już pewnie ul.Ofiar Medycyny oczywiście Ludowej. I tyle. Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze